października 18, 2018

"Disney Klasyka. Biblioteka Bajek"

"Disney Klasyka. Biblioteka Bajek"
Jako mała dziewczynka bardzo lubiłam czytać bajki i baśnie. Wówczas te z fabryki Disneya nie były tak popularne. Pamiętam, że chyba pierwszą kinową produkcją, jaką obejrzałam był "Kopciuszek". Potem "Król lew" i inne bajki, które niezmiennie mnie zachwycały. Oczywiście wtedy były inne czasy i każda atrakcja w postaci kolorowej ekranizacji, była dla dziecka wychowanego na czarno-białym telewizorze, czymś niezwykłym. Sądzę jednak, że jeśli chodzi o bajki Disneya, to jest to taka kategoria historii, które są ponadczasowe. 

Dlatego właśnie często wyszukuję dla moich chłopaków książki oparte na tych opowieściach. Ucieszył mnie fakt, że Wydawnictwo EGMONT wydało "Bibliotekę bajek". Z zainteresowaniem rozpoczęliśmy lekturę i od pierwszych stron przeniosłam się w świat bohaterów Disneya. Piękne wydanie, kolorowe ilustracje zachęcają do czytania, a dziecko z ciekawością oglądało kolejne strony. 
W "Bibliotece bajek" znajdziecie 18 historyjek o losach m.in. "Zaplątanych", "Potworów i spółki", "Zakochanego kundla", czy "Króla lwa". Ucieszył mnie fakt, że przedstawione w książce bajki są dla mnie nieznane, nie opowiadają o wydarzeniach z życia postaci Disneya, które dotychczas miałam okazję przeczytać lub zobaczyć w kinie.
Podsumowując:

"Biblioteka Bajek" to Disneyowski klasyk w nowoczesnym wydaniu. Uczy, bawi, zachwyca niezmiennie małych i dużych czytelników. A to wszystko przepięknie 'podane'. Duże litery ułatwiają młodym czytelnikom lekturę, a zawarte w książce historie z przesłaniem, są bardzo pouczające. Idealna na prezent lub jako lektura do poduszki.  

Książkę możecie zamówić tutaj:


Ze egzemplarze do recenzji dziękuję Wydawnictwu EGMONT.

https://egmont.pl/

października 17, 2018

„Wakacje z trupami” - Agnieszka Pruska

„Wakacje z trupami” - Agnieszka Pruska
- Ale my nie jesteśmy normalne! - Mów za siebie. Moje wszystkie szare komórki czują się wyśmienicie i bardzo im się podoba taka wakacyjna rozrywka. - Twoje szare komórki zostały zainfekowane kryminałem w zeszłym roku i mają zdecydowane odchylenia od normy - zawyrokowała Julka".

"Wakacje z trupami" zapowiadały lekką i śmieszną historię. Czy opowieść o perypetiach dwóch przyjaciółek na tropie zwłodzieja i ducha, faktycznie była taka zabawna?

Alicja i Julia po poprzednim lecie z "atrakcjami" (o których możecie przeczytać w poprzedniej książce autorki "Zwłoki powinny być martwe"), nie chcą wyjechać na urlop do ciepłych krajów. Chęć przeżycia czegoś ekscytującego powoduje, że decydują się na spędzenie wakacyjnej przerwy we Fromborku gdzie, jak z wynika opowiadań, dzieją się rzeczy nadprzyrodzone. Czy kobiety znowu wpakują się w kłopoty?
Zawód belfra kojarzy się raczej z czymś nudnym, a nauczyciele są utożsamiani z drętwymi profesorami, którzy nie potrafią się wyluzować. Jednak bohaterki książki Agnieszki Pruskiej łamią wszelkie stereotypy. I to od początku lektury bardzo mi się spodobało. Dwie szalone przyjaciółki i ich słowne utarczki niejednokrotnie wywoływały na mojej twarzy uśmiech, a humor uważam za jeden z głównych atutów tej książki. Czasami ich rozkładanie nowo poznanych faktów na czynniki pierwsze i sposób kojarzenia faktów odbiegały nieco od meritum sprawy, ale generalnie dystans i zaangażowanie z jakim podchodziły do tematu złodzieja i ducha, a nade wszystko trupów, były godne podziwu. 
No i tutaj zaczynają się schody... O ile cały pomysł na fabułę, wykreowanie postaci, które mimo, że zakręcone sprawiają wrażenie autentycznych i swojskich, przypadł mi do gustu, o tyle ich wnikliwa i bardzo, ale to bardzo rozbudowana analiza, działała mi momentami na nerwy. Dochodziło nawet do tego, że czułam zniecierpliwienie i wręcz przebierałam nogami powtarzając w myślach: rany, kiedy w końcu zacznie się coś dziać, a one przestaną się przegadywać i skupiać na rzeczach mało istotnych?! Przykładowo: Alicja upatrywała motywu kradzieży w wydarzeniach historycznych i ten wątek był kilkukrotnie poruszany podczas rozmów obu pań. Generalnie takich momentów, które w moim odczuciu nie wnosiły niczego ciekawego do fabuły, było kilka.
Żeby jednak nie było, że jestem na nie, bo książka jest naprawdę fajna dodam, że podobało mi się również umiejscowienie akcji we Fromborku, a co za tym idzie oddanie klimatu miasta, pomysł na całą intrygę i wspomniani wyżej bohaterowie. Po prostu momentami książka wydała mi się "przegadana" i to odwracało moją uwagę od lektury.
Podsumowując:

"Wakacje z trupami" to pełna zabawnych momentów historia, utrzymana w kryminalnym klimacie. Nie jest to jednak typowy przedstawiciel gatunku, co nie zmienia faktu, że nie zabrakło w książce momentów grozy. Nie sposób nie polubić bohaterek, które momentami przypominały mi dwóch starych malkontentów rodem z Muppet Show. Jednego możecie być pewni - adrenaliny wam ni zabraknie.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Oficynka, a za zaproszenie do całej akcji #szukamtrupa - Dorocie z bloga Przeczytanki.

http://oficynka.pl/
UWAGA!

Od 1 do 21 października wypatruj u nas informacji, które pomogą Ci #szukaćtrupa. Do zdobycia będą aż trzy egzemplarze powieści oraz dodatkowe prezenty od autorki oraz Wydawnictwa Oficynka. Konkurs polega na udzieleniu prawidłowych odpowiedzi na pytania, do których wskazówki znajdziecie w naszych wpisach.
Pytania ukażą się 21 października na wszystkich blogach. Odpowiedzi będzie można wysłać na maila żeby nie psuć innym zabawy w szukaniu podpowiedzi.

Zapraszam do zabawy razem z:

października 16, 2018

"Biegiem po miłość" - Marta Radomska [PATRONAT MEDIALNY NIENACZYTANA]

"Biegiem po miłość" - Marta Radomska [PATRONAT MEDIALNY NIENACZYTANA]
Sama zaczynałam pocić się na każdą wzmiankę o każdych butach, bo póki co całe zgromadzone na tym ślubie obuwie powoli wydawało mi się obłożone klątwą".
"Biegiem po miłość" to ukoronowanie historii Aleksandry. Czy po wszystkich wcześniejszych przejściach, uda się jej w końcu stanąć na ślubnym kobiercu? 

Ola i Łukasz przygotowują się do ślubu. Towarzyszy temu, jak to przy takich okazjach, prawdziwe zamieszanie. Nic nie zwiastuje tragedii, ale kiedy w ręce przyszłego pana młodego trafia pudełko z butami oraz notatką: „Ucieknij ze mną”, ślub staje pod znakiem zapytania. Na domiar złego, ktoś wyraźnie próbował unieszkodliwić konsultantkę ślubną. Jak zakończy się "bieg po miłość"?
Kiedy zaczęłam czytać książkę "Biegiem po miłość", od razu w mojej głowie pojawiła się melodia piosenki, którą znam z wykonania Ireny Santor i słowa: 

"O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna (...) 
Stanąć z nim na ślubnym kobiercu
Nawet łzami zalać się
Potem stanąć sercem przy sercu
I usłyszeć… kocham cię."


Wiele kobiet wyobraża sobie swój wymarzony ślub: piękną  suknię, kwiaty, salę pełną gości i niezapomniany wieczór, który zapoczątkuje "i żyli długo i szczęśliwie". Ola nie jest do końca zachwycona przygotowaniami do swojego wielkiego dnia. Nie może znaleźć odpowiednich butów, sukienka nie pasuje, a każdy z "doradców" ma swoją wizję. I kiedy wydaje się, że jakoś to będzie, ktoś próbuje popsuć jej szczęście, sugerując zdradę. Do tego pod stołem zostaje znaleziona konsultantka ślubna, która wygląda na martwą, a przynajmniej niewiele brakowało, aby zabawę skończyła w kostnicy. I tutaj zaczyna się szalona i mocno zakręcona historia, której akcja pędzi w zastraszającym tempie. Tak bardzo, że czasem trudno było mi się połapać, co, kto, dlaczego i czy już coś wiemy, czy może nadal nie. Autorka dała się ponieść wyobraźni, bo przedstawiona w książce intryga daleka jest od rzeczywistości, a niektóre "fakty", jakby wyjęte prosto z kapelusza magika. Ale chyba o to chodzi w książkach, żeby czasem dać się ponieść? 😉
Podsumowując:

Książka Marty Radomskiej to szalony maraton ślubny, który pełen jest niespodziewanych wydarzeń. Jeśli lubicie lekkie historie utrzymane w kryminalno-komediowym klimacie, to "Biegiem po miłość" przypadnie wam do gustu. Zwariowani bohaterowie i ich nieoczywiste perypetie zapewnią wam rozrywkę na długie jesienne wieczory.

Za możliwość przeczytania, zrecenzowania oraz objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.  


https://www.facebook.com/Marta-Radomska-profil-autorski-137288610187700/

https://www.facebook.com/czwartastrona/


października 14, 2018

ILONA GOŁĘBIEWSKA - "TEATR POD BIAŁYM LATAWCEM" - FRAGMENT PRZEDPREMIEROWY

ILONA GOŁĘBIEWSKA - "TEATR POD BIAŁYM LATAWCEM" - FRAGMENT PRZEDPREMIEROWY
 
Jaki ten świat jest mały

Opieka nad niezbyt lubianą sąsiadką okazała się dla Zuzy sporym wyzwaniem. Liczyła na grzeczne odprowadzenie jej pod drzwi mieszkania, życzenie zdrowia i… na tym sprawa miała się zakończyć. Jednak to byłby zbyt łatwy i zbyt piękny scenariusz dla Zuzy. Starsza dama uparła się, że młoda sąsiadka powinna z nią pobyć co najmniej pół godziny, nim nie minie dziwna przypadłość, która utrudniała jej oddychanie. Ponadto od razu
zapowiedziała, że w podzięce za okazaną pomoc i nieporzucenie jej na środku ulicy odwdzięczy się Zuzie herbatą ze słynnymi drożdżówkami.
Zuza nie miała najmniejszej ochoty na przeciągającą się wizytę u sąsiadki, jednak widząc jej upór i wciąż nie do końca dobre samopoczucie, przyjęła zaproszenie. Starsza
pani rozsiadła się na skórzanej kanapie, teatralnym ruchem ręki gładziła czoło, twierdząc, że jeszcze tego brakowało, by ot tak z dnia na dzień umarła. Zuza nie wiedziała, czy to są żarty, czy jednak powinna porządnie przestraszyć się słów tej nieco dziwnej kobiety. Już czego jak czego, ale nie chciała być świadkiem niczyjej śmierci. Chociaż, przeszło jej nagle przez myśl, to mógłby być niezły temat na ckliwy artykuł do „Kobiety Takiej jak Ty”. Po chwili skarciła siebie za taką myśl i postanowiła stanąć na wysokości zadania.
Lepiej już się pani czuje? Może dobrze by było napić się więcej wody? – dopytywała, widząc pobladłą twarz sąsiadki.
Jeszcze chwila i przejdzie. To nagłe skoki ciśnienia. Te upały niedługo nas wszystkich wykończą. Kiedy wreszcie miną?
Podobno jeszcze przez tydzień ma być tak gorąco.
Mogłabyś przynieść z kuchni trochę mięty? Wisi zasuszona nad stołem.
Już się robi.
Zuza poczuła lekki niepokój. Może i nie darzyła sąsiadki wielką sympatią, ale jej złe samopoczucie zaczęło ją martwić. Stanęła pośrodku przestronnego holu i rozejrzała się wokół. Przyznała w duchu, że mieszkanie kobiety naprawdę robi wrażenie. W porównaniu do jej kawalerki porośniętej grzybem i z rozpadającymi się meblami wyglądało jak wzięte wprost z katalogu z wystrojem wnętrz. A co najważniejsze, mieszkanie było naprawdę przestronne,
zaś wychodzące na południe duże okna wpuszczały do środka mnóstwo światła.
Poczuła dziwne ukłucie w sercu. Wróciły dobre wspomnienia. Właśnie tak wyglądało mieszkanie jej babci, po której zresztą dostała imię. Zdecydowanie można też powiedzieć, że odziedziczyła po niej charakter. Babka była silną kobietą, która jak na tamte czasy wiodła
ekstrawaganckie życie, wcale się z tym nie kryła, a każdą wolną chwilę przeznaczała na dalekie podróże. No i lubiła mężczyzn. Tak bardzo, że gdy pojawiała się na salonach, prawie wszystkie zamężne kobiety obierały wspólny front, oby tylko ich mężowie nie padli ofiarą
nadzwyczajnego uroku Zuzanny Witos.
Zuza dokładnie przyglądała się równo wiszącym w holu afiszom teatralnym, oprawionym w piękne drewniane ramy. Zdziwiło ją, że jakieś stare ogłoszenia otrzymały tak piękną oprawę. Dlaczego zamiast nich nie zawisły tu obrazy znanych malarzy? Jednak coś ją zaintrygowało. A raczej ktoś… Zauważyła powtarzające się na nich nazwisko. Elena Nilsen. Zuza kiedyś namiętnie oglądała stare polskie filmy i akurat ta aktorka często w nich występowała. Można powiedzieć, że dla małej dziewczynki tamta piękna kobieta ze
szklanego ekranu była czymś na wzór objawienia. Zuza potrafiła godzinami wyciągać ubrania z szafy matki i babci, a potem naśladować Elenę nie tylko w ubiorze, ale i w sposobie bycia, chodzenia, mowy, gestów. Była nią oczarowana.
Teraz podeszła do wiszącego na końcu holu portretu i poczuła, jak robi się jej gorąco. Zerkała na nią sama Elena Nilsen, tylko że na tym portrecie była o jakieś trzydzieści lat starsza od tej, którą Zuza zapamiętała z dzieciństwa. Jednak w tym wszystkim dziwne, a może nawet zaskakujące, było coś zupełnie innego. Ta kobieta była podobna do staruszki siedzącej na kanapie w salonie. Zuza zmrużyła jeszcze raz oczy, starając się uważniej przyjrzeć twarzy sportretowanej kobiety. Jej podejrzenia zaczęły się dziwnie potwierdzać i odniosła wrażenie, że to jakiś żart. Zdecydowanie zawróciła i stanęła w drzwiach prowadzących do salonu.
Mam pytanie… – zaczęła poważnie, czując, że na jej policzkach właśnie pojawił się rumieniec. Była zwyczajnie podekscytowana.
Nie znalazłaś mięty? – spytała starsza pani, która wyglądała zdecydowanie lepiej niż jeszcze kilka minut temu. Jej policzki również się zaróżowiły, co było dobrym znakiem. Prawdopodobnie uznając, że jest sporo starsza od Zuzy, postanowiła zwracać się do niej po imieniu.
A właśnie, mięta! Przepraszam, zaraz po nią pójdę. Zuza ponownie wróciła do holu i po chwili odnalazła kuchnię. Oderwała kilka listków mięty, włożyła je do filiżanki i zalała zagotowaną wodą z czajnika. W drodze powrotnej jeszcze raz spojrzała na portret, stwierdzając, że podobieństwo sąsiadki do kobiety z portretu jest naprawdę uderzające. To oznaczało jedno…
Przepraszam za moje roztargnienie, ale muszę panią o coś zapytać – rzekła Zuza, stawiając przed staruszką wypełnioną po brzegi filiżankę.
Jak cię za bardzo męczę albo nie masz czasu, żeby tu ze mną posiedzieć, to śmiało mów – uprzedziła ją sąsiadka.
Też kiedyś byłam młoda i wiem, że człowieka wtedy ciągnie do robienia czegoś niezwykłego. Sama pamiętam to aż nadto dobrze.
A nie, nie, czas mam i chętnie z panią tu jeszcze pobędę – zaprzeczyła Zuza, dziwiąc się samej sobie, że powiedziała to naprawdę szczerze.
Zatem o co chodzi?
Zobaczyłam wiszące w holu afisze teatralne. No i ten piękny portret. Wydaje mi się, że podobieństwo między…
Tak, to ja jestem Elena Nilsen. Dobrze rozpoznałaś. Wiem, zapewne mogłaś się spodziewać, że jedna z najsławniejszych aktorek minionego stulecia powinna mieszkać co najmniej w willi tuż nad oceanem. Przepraszam, to żaden brak skromności z mojej strony. Po prostu już się przyzwyczaiłam do tego, że ludzie inaczej wyobrażają sobie moje życie. Czasem w ogóle się dziwię, że jeszcze ktoś mnie pamięta – przyznała już bardziej zasmucona.
Niesamowite! – rozemocjonowała się Zuza. – Naprawdę nie spodziewałam się, że moją sąsiadką jest sama Elena Nilsen. I nie chodzi tu o jakieś moje wyobrażenia… tylko tak po prostu… jakoś mi z tym teraz dziwnie. Wie pani, że jako mała dziewczynka bardzo mocno chciałam w przyszłości być właśnie taka jak pani? Mamie podbierałam kapelusze, marząc, że kiedyś sama będę mogła takie kupować.
A tak, kapelusze to mój znak rozpoznawczy. Kiedyś to było coś! – przyznała Elena, a w jej oczach pojawił się nagły blask. Po złym samopoczuciu nie było już nawet śladu. – Za to teraz czasami patrzą na mnie jak na wariatkę, ale co mi tam! Kocham kapelusze i mam zamiar w nich chodzić do końca swoich dni – dodała z uśmiechem.
Przyznaj, że sama też wzięłaś mnie za nieco zdziwaczałą osobę?
Ja? Nie… to znaczy…
Nagle wrodzona przebiegłość Zuzy gdzieś przepadła i za nic w świecie nie mogła wymyślić na poczekaniu taniej bajki o tym, jak z miejsca zachwyciła się oryginalnym sposobem bycia sąsiadki. Zamiast tego język jej się poplątał i poczuła się jak ostatnia fajtłapa.
Wcale ci się, dziecko drogie, nie dziwię. Aj, przepraszam za to dziecko, ale wiesz, w moim wieku to ja mogę już prawie do wszystkich tak mówić – roześmiała się.
To miłe, moja babcia też tak do mnie mówiła. Zresztą, mam nawet po niej imię. Zuzanna. Trochę ją pani przypomina. Była artystką. Dokładnie malarką.
Znałam tylko jedną malarkę o tym imieniu. Poznałyśmy się w Teatrze imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie. Wystawialiśmy tam gościnnie sztukę Żywioły panny Makbet. Tak na marginesie zdradzę ci, że grałam wtedy w sukni, która absolutnie nie przepuszczała powietrza, i omal się w niej nie ugotowałam! Ależ to były szalone czasy. Żeby zdobyć dobry materiał na suknię, trzeba się było nieźle postarać.
Za każdym granym przez wasz zespół przedstawieniem stoi zapewne tyle opowieści, że można by było o tym książkę napisać – rozmarzyła się Zuza, od razu wpadając na pomysł, że coś z tego mogłoby się nadać na artykuł do jej gazety.
Książkę? Co najmniej kilka! A już na pewno kilkutomową encyklopedię. No, ale wracając do tamtych czasów… My graliśmy przedstawienie, a ona, ta znana malarka, miała wtedy w teatrze wystawę swoich prac. Zuzanna Witos. Tak, chyba tak się nazywała.
Niemożliwe! – krzyknęła Zuza, a z jej ręki wypadł telefon. Takiego obrotu spraw się nie spodziewała. – Zuzanna Witos? Właśnie tak nazywała się moja babcia!
Ależ ten świat jest mały! Wtedy poznałam się z Zuzanną i na jej bankiecie piłam najlepszy na świecie poncz malinowy. A teraz, po kilkudziesięciu latach, siedzę w swoim mieszkaniu z jej wnuczką. Matko kochana! Jak życie potrafi zaskoczyć!
Aż trudno w to uwierzyć! Coś takiego! – Zuza z zapartym tchem wyobrażała sobie spotkanie jej babci z Eleną Nilsen. Przypomniało jej się, że babcia kiedyś nawet o tym fakcie wspominała. A teraz? Teraz Elena była na wyciągnięcie ręki. Kobieta, którą podziwiała przez całe dzieciństwo. Skarciła siebie, że tak źle myślała o sąsiadce, nawet jej nie znając.
To były niezwykłe czasy. Dla nas, artystów, liczyła się tylko sztuka. Nikt nie myślał specjalnie o pieniądzach. Wtedy aktorki, nawet te rozchwytywane, wcale nie zarabiały tak dużo jak teraz te… no, jak to tam się je nazywa?
Ma pani na myśli celebrytki?
Ano właśnie. Skaranie boskie z nimi i powiem ci, że aż mi nieraz ciśnienie skoczy, jak o jednej czy drugiej w tych gazetach piszą. Same plotki tylko o operacjach plastycznych,
romansach i tym podobnych błahostkach. I taka jeszcze potrafi siebie nazywać aktorką! Koniec świata!
Niestety, wstyd się przyznać, ale pracuję w jednej z takich gazet. Tak się życie chwilowo ułożyło, ale jestem dobrej myśli, że niebawem znajdę lepszą pracę – powiedziała Zuza, dziwiąc się, że pierwszy raz mówi o tym tak bezpośrednio.
Całe życie przed tobą. Możesz przebierać w ofertach pracy.
Oby! Chociaż myślę, że nawet nasze czytelniczki zainteresowałby wywiad z panią.
Pomyślimy i o tym. Jak trzeba będzie, to chętnie pomogę.
Zuza długo wpatrywała się w twarz Eleny i musiała przyznać, że trafiła jej się od życia prawdziwa gratka. Owszem, widziała w tej relacji pewien interes i wyobraziła sobie minę Idalii na wieść, że zrobi wywiad z prawdziwego zdarzenia. I to nie z byle kim, tylko z samą Eleną Nilsen! Jednak pierwszy raz od dłuższego czasu tak zwyczajnie ucieszyła się na myśl, że ma blisko siebie serdeczną osobę. Jakoś jej się cieplej na sercu zrobiło.
Powiem ci… przepraszam… nie zapytałam, czy mogę ci mówić po imieniu?
Będzie mi bardzo miło. Zresztą sama pani nazwała mnie dzieckiem, co w moim wieku już się traktuje jako komplement. Trzydziestka dawno za mną – zaśmiała się Zuza.
Trzydzieści parę lat… przecież to dopiero taka rozgrzewka przed życiem. Jak nieraz patrzę na moje dzieciaki z fundacji, to aż im zazdroszczę tych młodych lat.
A właśnie… pani współpracuje z tą fundacja, co od czasu do czasu prowadzi zajęcia z młodzieżą w ogrodzie na tyłach teatru? Tak pomyślałam, że mogłabym napisać o nich artykuł. Jestem dziennikarką, zatem wiecznie szukam dobrego tematu. Niepełnosprawność to ważny temat społeczny. Fundacja też mogłaby zyskać na artykule – emocjonowała się Zuza.
Co ja ci będę opowiadała, dziecko? Jutro z rana idziesz do fundacji razem ze mną!
Jutro? – spytała zdziwiona Zuza. Już szykowała w głowie plan, jak by tu podejść sąsiadkę, a ta od razu nie dość, że uprzedziła jej plany, to jeszcze robiła to bezinteresownie.
A na co mamy czekać? Monika się ucieszy. Fundacja i podopieczni to jej oczko w głowie. Ma dziewczyna złote serce i potrafi pomagać innym – pochwaliła Elena.

października 13, 2018

MIŚ KORALIK - GRAŻYNA NOWAK-BALCER

MIŚ KORALIK - GRAŻYNA NOWAK-BALCER
Miś Koralik to wyjątkowa seria stworzona z myślą o dzieciach do drugiego roku życia. Każdy z tomów opowiada nieskomplikowane, ale przy tym bardzo zabawne historie. Bogato ilustrowane opowieści są dostosowane do wieku i wiedzy dziecka.
Jestem mamą 2-letniego Leosia i maluch od razu zwrócił uwagę na te książeczki. Myślę, że przyciągnęły go wyraziste kolory oraz postać misia, którą bardzo lubi.

Mieliśmy okazję przeczytać cztery opowiadania o losach małego bohatera. Pierwszym z nich było to o "Okularach"
Dziadek Koralika nie mógł znaleźć swoich okularów, a wnuczek pomagał mu w szukaniu. Był ciekawy dlaczego okulary są magiczne. Jakie było jego zdziwienie, kiedy po ubraniu ich okazało się, że miś nie widzi wyraźnie. Dziadek wytłumaczył mu, że okulary noszą tylko ci, którzy mają chore oczy. Maluch zauważył, że w jego rodzinie tata nosi, a nawet ma dwie pary, podczas gdy mama nie ma ani jednej. Dlatego rezolutny Koralik ofiarował jej magiczne okulary z uśmiechami. 
Książeczka wyjaśnia małemu czytelnikowi  po co nosi się okulary. W przystępny sposób tłumaczy, dlaczego są "magiczne". 
Dziecko znajdzie w książeczce szablon do wycięcia swoich okularów, jak również mini zagadkę na rozpoznawanie kolorów. Na końcu bajki znajdują się też proste pytania, które można mu zadać, aby sprawdzić co zapamiętało z lektury.

Kolejna historyjka nosi tytuł "Rysa". Opowiada o wyjściu małego misia na spacer z tatą. Koralik jechał hulajnogą, jednak mimo ostrzeżeń nie uważał podczas wycieczki.

Spowodowało to małe zderzenie ze słupkiem i rysę na hulajnodze. Kiedy tata obiecał zamalować uszkodzenie, miś postanowił je zostawić jako przypomnienie o tym, aby być bardziej uważnym podczas zabawy.
To opowiadanie uczy zasad zachowania bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Zwraca uwagę na odpowiednie zabezpieczenie dziecka w kask oraz konieczność poruszania się wyznaczonymi trasami do jazdy rowerem lub hulajnogą. Na końcu książeczki dziecko znajdzie szablon wiatraczka, który może przy pomocy rodzica złożyć i jak Miś Koralik przyczepić sobie np. do rowerka.  
Kolejna historia przypadła mi do gustu z powodu odwiecznego problemu ze "Skarpetkami". Podobnie jak u Koralika mamy mnóstwo par, które wiecznie są zdekompletowane.
Ciągłe poszukiwanie odpowiedniej pary może być fajną zabawą dla malucha. Nie tylko zajmie na jakiś czas jego uwagę, ale także pomoże w rozwoju spostrzegawczości. Podobnie jak w książeczce, w której mama misia zaproponowała synkowi zabawę w parowanie. 
Opowiadanie zwraca uwagę nie tylko na rozwijaniu u dziecka spostrzegawczości, ale także na wykorzystanie niepotrzebnych przedmiotów w kreatywny sposób np. zamiana skarpetek w pacynki. Wzory kukiełek znajdziecie także do wycięcia na końcu książeczki, podobnie jak "skarpetkowe zagadki". 
Ostatnia historyjka nosi ciekawy tytuł "Bulbul".  Tym razem nasz bohater szuka tajemniczego bulbula, którego słyszy w rurach, w doniczce, w czajniku i zastanawia się kim on właściwie jest. 
Chcąc go znaleźć odkręca kran i słucha płynącej wody. Mama tłumaczy Koralikowi, że wodę należy oszczędzać. Misio w końcu wpada na to, kim jest Bulbul. On mieszka w wodzie i należy o nią dbać, wtedy zostanie na zawsze.
Kolejna mądra historia, która uczy małego czytelnika ekologicznego podejścia do życia w tak prozaicznych czynnościach jak zakręcanie wody, czy uważne podlewanie kwiatów. Dzięki niej dziecko może zrozumieć, dlaczego tak ważne jest oszczędzanie wody. Na końcu nagroda za uwagę w postaci wycinanki do samodzielnego ozdobienia pokoju zabaw.

Podsumowując:

Seria książeczek "Miś Koralik" to świetna propozycja dla maluchów. Zwracają uwagę barwnymi ilustracjami Anny Zboiny oraz przyjaźnie nastawionym bohaterem. Dziecko chociaż małe, już teraz może utożsamiać się z misiem i tak jak on poznawać nowe rzeczy, uczyć się i bawić. Mój synek z zainteresowaniem słuchał opowieści o Koraliku i jego przygodach. Martwił się, kiedy misio uszkodził hulajnogę, cieszył się kiedy podczas czytania naśladowałam bulgotanie wody. To idealna propozycja, która angażuje zarówno dzieci, jak i rodziców. Umieszczenie na końcu każdej książeczki zagadek oraz szablonu do wycięcia, dodatkowo podnosi jej atrakcyjność. 

Za egzemplarze do recenzji dziękuję Wydawnictwu Wilga.


 

października 12, 2018

CZYTAM SOBIE Z KOTYLIONEM 📚

CZYTAM SOBIE Z KOTYLIONEM 📚

Książki z serii Czytam sobie z kotylionem to propozycja przygotowana specjalnie z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Bohaterowie serii oprowadzają po tematach związanych z niepodległością i patriotyzmem. Opisują wydarzenia prawdziwe poprzez pryzmat ich uczestników, przedstawiają ludzi, którzy w ciągu tych 100 lat byli dla rozwoju niepodległej Polski istotni. Bohaterowie książek z różnych warstw społecznych, a każdy uczestniczy w budowaniu wewnętrznej wolności społeczeństwa. 

Pośród bogatego wyboru książeczek z tej serii, którą możecie znaleźć na stronie wydawnictwa EGMONT, ja wybrałam trzy, należące do trzech różnych poziomów trudności.
"Koronkowa parasolka z Gdyni. Opowieść o mieście" - Natalia Fiedorczuk-Cieślak, ilustracje: Izabela Kaczmarek - Szurek
Mała parasolka, którą wiatr wyrwał z rąk Ani, pełni w tej historii rolę przewodnika. Zabiera małego czytelnika do Gdyni sprzed 100 lat. Podczas czytania dziecko może jej oczami zobaczyć jak wówczas wyglądało miasto, jakie stroje nosili mieszkańcy, jakie pojazdy poruszały się wtedy po drogach. Opowiada o wielkim transatlantyku i przewożeniu towarów wozem zaprzężonym w konia, co w dzisiejszych czasach jest rzadkością. 
Książeczka należy do poziomu 1 serii czytam sobie, co oznacza, że jest idealną lekturą dla początkującego czytelnika. Duże litery, kolorowe obrazki, wyszczególnienie trudniejszych słów, to wszystko sprawia, że dziecko ma możliwość łatwiejszego przyswojenia sobie nowo poznanych wyrazów. Nagrodą za czytanie, poza poznaniem ciekawej opowieści, jest "DYPLOM sukcesu", który znajdziemy na skrzydełku okładki. Maluch może sam sobie wkleić kotylion i pochwalić się swoimi sukcesami na przykład przez babcią lub dziadkiem. 
Do drugiego poziomu trudności należy kolejna propozycja z serii z kotylionem: "O Zofii co zbierała kolory. O Zofii Stryjeńskiej" autorstwa Angeliki Kuźniak z ilustracjami Macieja Blaźniaka.  
Książeczka opowiada historię życia wybitnej polskiej malarki Zofii Stryjeńskiej. Pokazuje młodym czytelnikom, z jakimi przeszkodami musiała na początku XX wieku zmierzyć się dziewczynka, a potem kobieta, która chciała realizować swoje pasje i spełniać marzenia. Opowieść uświadamia, że ciężką pracą i determinacją można osiągnąć to, do czego się dąży, a potem dzielić się tym z innymi.Nie sposób nie zwrócić uwagi w przypadku tej książeczki na ilustracje, które nie tylko oddają klimat epoki ale także doskonale wpisują się w malarski styl głównej bohaterki. 
W przypadku drugiego poziomu nadal mamy do dyspozycji dużą czcionkę, ale od razu można zauważyć, że na poszczególnych stronach znajduje się więcej tekstu, a wyrazy podzielone są na sylaby. Fakt, że dziecko posiada większe umiejętności w czytaniu, nie oznacza, że pozostanie bez nagrody. Podobnie jak w książeczce z poziomu 1, na końcu lektury czeka dyplom z naklejkami. 
Seria czytam sobie to także propozycja dla starszych dzieci, czyli poziom trzeci. Ja wybrałam historię o rodzinie Jabłkowskich pt. "Aniela i inni. O Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy" autorstwa Cezarego Łazarewicza i ilustratracjami Aleksandry Artymowskiej.
Pełna niezwykłych detali i fascynujących faktów opowieść o znanym domu towarowym, który w międzywojennej Polsce stał się symbolem dobrobytu i ulubionym miejscem eleganckich obywateli II RP. Ciekawostką może być fakt, że Cezary Łazarewicz, który postanowił przybliżyć tę historię dzieciom, jest także autorem książki o Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy dla dorosłych. To naprawdę ciekawa opowieść oddająca realia tamtej epoki, prowadzona przez wszystkie lata i pokolenia, aż po czasy współczesne. 
Od razu można zauważyć różnice w odniesieniu do poprzednich książeczek. Ilustracje już nie są kolorowe, historia podzielona jest na rozdziały, a najtrudniejsze słowa zostały zebrany w słowniczku pojęć na końcu. Punktem wspólnym serii jest nagroda za czytanie w postaci dyplomu.
Podsumowując:

W myśl zasady, że każdy znajdzie coś dla siebie, koniecznie zaproponujcie tę serię waszym młodym wielbicielom literatury. Bez względu na wiek, czy umiejętności, dzieci mają szansę na pełen sukces czytelniczy. Książeczki nie tylko zachęcają do zapoznania się z nią, ale także dają możliwość przyswojenia sobie wielu ciekawostek związanych z przeszłością naszego kraju. A to wszystko zaserwowane w sposób przystępny i interesujący. Czego można chcieć więcej? Proponuję zasiąść do czytania z dzieckiem i samemu dowiedzieć się czegoś o 100 letniej historii Polski.

Książeczki możecie zamówić tutaj:


Ze egzemplarze do recenzji dziękuję Wydawnictwu EGMONT.

https://egmont.pl/

października 10, 2018

"Sekret Tatiany" - Gill Paul

"Sekret Tatiany" - Gill Paul
 Melancholia to stan rosyjskiej duszy".
Historia przeplata się z teraźniejszością. Rodzinne tajemnice i wojenna zawierucha - to wszystko składało się na idealną powieść na jesienne wieczory. Czy "Sekret Tatiany" porwał mnie swoją fabułą? 

Księżna Tatiana zakochuje się z wzajemnością w Dymitrze Malama – oficerze kawalerii, którym, po tym jak został ranny, opiekowała się w szpitalu polowym. Młodym nie jest jednak dane rozpocząć wspólnego życia. Wojna krzyżuje ich plany. Czy zakochani odnajdą się pomimo wielu przeciwności i czyhających na nich niebezpieczeństw? 
Kitty po odkryciu zdrady męża, ucieka do odziedziczonego  po pradziadku domku nad jeziorem Akanabee. Tam znajduje niezwykły, wysadzany klejnotami naszyjnik, który odkrywa przed nią rodzinny sekret... Co łączy obie kobiety? Czy Kitty uda się poznać przeszłość swojego przodka?
Jeśli lubicie romanse historyczne, to ta opowieść na pewno wam się spodoba. Ja też byłam nią zaintrygowana zwłaszcza, że postacie głównych bohaterów są autentyczne! Tak, zarówno Tatiana, jak i Dymir Malama mieli swoje pierwowzory w rzeczywistości. Wystarczy sięgnąć do historii rosyjskich monarchów, aby poznać tragiczne losy rodziny Romanowów, którzy zostali zamordowani w nocy z 16 na 17 lipca 1918 roku w Jekaterynburgu. Autorka pokusiła się jednak pójść o krok dalej i dała dwójce zakochanych nowe literackie życie, które z prawdziwym rozmachem opisała na kartach "Sekretu Tatiany".
Przyznaję, że były momenty podczas których czułam się odrobinę znużona. Rozbudowane opisy i duża ilość listów sprawiały, że trudno było mi skupić się na czytanej książce. Podobnie rzecz miała się z początkowymi rozdziałami poświęconymi współczesnej bohaterce - Kitty. Jej opowieść była nijaka i mało interesująca. Na szczęście z czasem akcja zaczęła nabierać tempa, a zarówno opowieść prowadzona w przeszłości, jak i teraźniejszości, trzymała w napięciu. Moja ciekawość rosła z każdą przewracają kartką. Niecierpliwie czekałam na to, co stanie się z Tatianą i Dymitrem. Czy Kitty uda się połączyć wszystkie elementy tajemniczej układanki i poznać sekret pradziadka? 
Zakończenie satysfakcjonuje. Zgrabna klamra jaką Gill Paul spięła wszystkie wydarzenia, jest imponująca i zaskakująca. 
Podsumowując:

Jeżeli lubicie powieści z historią w tle, to koniecznie sięgnijcie po "Sekret Tatiany". Książka Gill Paul porusza, zachwyca, a momentami wywołuje przerażenie. Podobało mi się bardzo to, że autorka tak wiernie starała się przedstawić losy Romanowów i tchnęła w ich smutną historię nowe życie, które za sprawą Tatiany i Malamy przekazała czytelnikom. Polecam wam tę książkę. Nie jest może pozbawiona wad, ale jej lektura z pewnością umili jesienne wieczory, zabierając was w świat carskiej Rosji. Uważam, że autorce udało się przemycić w niej melancholijną duszę, tak charakterystyczną dla literatury rosyjskiej. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu MANDO. 
https://www.facebook.com/wydawnictwomando/

"Disney Klasyka. Biblioteka Bajek"

Jako mała dziewczynka bardzo lubiłam czytać bajki i baśnie. Wówczas te z fabryki Disneya nie były tak popularne. Pamiętam, że chyba pie...

Copyright © 2016 NIEnaczytana , Blogger