maja 19, 2019

"Świat w płomieniach" - Maria Paszyńska [PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana]

"Świat w płomieniach" - Maria Paszyńska [PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana]
Samotność narzucona różni się od tej z wyboru. Jest bardziej rozpaczliwa, trudniej ją zaakceptować, zrozumieć".
Książkę "Świat w płomieniach" Marii Paszyńskiej przeczytałam już jakiś czas temu. Chciałam jednak dobrze przemyśleć to, o czym chciałabym napisać w recenzji. Czy mi się udało? Nie wiem, ale starałam się zrobić to najlepiej jak potrafiłam.

Jest rok 1963. Czterdziestoletnie Stefania i Elżbieta wiodą pozornie szczęśliwe życie u boku mężów. Podjęły decyzje, które miały wreszcie zapewnić im spokój, ale te nadzieje okazały się płonne. Niezagojone rany, niewybaczone winy, niewyleczone traumy coraz silniej zatruwają codzienność kobiet. Halszka, która jest znaną farmaceutką i cenionym naukowcem, nie może zapomnieć o przeszłości, a Stefania, mimo iż osiągnęła swój cel – wyszła za Jędrzeja – nie potrafi odnaleźć się w wymarzonej rzeczywistości. Jak potoczą się ich losy? Czy zmiany zachodzące w Iranie zmienią ich życie na lepsze? A może na gorsze...?
Książka to ucieczka. Od codzienności, od problemów. To sposób na relaks, ale także możliwość poznawania nowych historii. W przypadku książki Marii Paszyńskiej czytelnik wybiera się w trudną podróż do Iranu, kraju, który przechodzi prawdziwą przemianę. To właśnie on stał się w trzecim tomie "Owocu granatu" bohaterem, którego nie sposób nie zauważyć, którego wręcz nie można pominąć. Na pewno zdarzyło się wam nie raz, że w trakcie lektury książki musieliście sięgnąć do dodatkowych źródeł. A nawet nie musieliście, a chcieliście. Zasiane ziarno ciekawości kiełkowało w was, a otrzymany na kartach powieści zaledwie fragment sprawił, że chcieliście więcej. I tak było też w moim przypadku.Autorka sprawiła, że poszerzyłam swoją wiedzę na temat burzliwej historii Iranu, bo przyznaję się, że ten kraj był i jest dla mnie wielką zagadką, jednak dzięki Marii Paszyńskiej otrzymałam wiedzę o nim w pigułce. Dzięki zabiegowi, który polegał na wpleceniu faktów z historii Iranu w losy bohaterów, nie tylko dowiedziałam się dużo więcej, a zdobycie tej wiedzy nie było dla mnie przytłaczające, a ciekawe. Zupełnie tak, jakbym obserwowała zachodzące w nim zmiany społeczno - polityczne, "mimochodem".
Przyznaję, że autorka w najnowszej książce kilkukrotnie sprawiła, że w gardle czułam ucisk i niemal siłą musiałam opanowywać łzy wzruszenia. Nie spodziewałam się, że zostanę obdarowana tak wielkim emocjonalnym ładunkiem, który czasem niełatwo było mi przyswoić. Autorka umiejętnie budowała narastające we mnie napięcie. Były momenty, że sięgało zenitu, aby zaraz opaść. Czułam się jak ślepiec we mgle, który poprzez swoją niepełnosprawność nie jest w stanie wyczuć, z której strony i w którym momencie przyjdzie "atak". Muszę powiedzieć, że to była wspaniała uczta czytelnicza i bardzo cieszy mnie fakt, że przed nami kolejny tom.
Poza emocjami związanymi z licznymi zwrotami fabuły, jakie przygotowała autorka, uderzyła mnie samotność z jaką przyszło się zmagać Halszce i Stefanii. Nie chodzi tyle o "samotność", czyli pozbawienie towarzystwa innego człowieka, ale o wewnętrzną pustkę. Autorce udało się tak dobrze oddać uczucia towarzyszące obu siostrom, że było to dla mnie wręcz namacalne. Zupełnie tak jakbym wchodziła w ich rolę i patrzyła na otaczający je świat, właśnie ich oczami. Myślę, że cały tom osnuty był mgłą samotności, nie tylko w przypadku głównych bohaterek lecz również bohaterów. Autorka zwróciła w nim także uwagę na rolę kobiety w kulturze Iranu. Ciężko jest zrozumieć i zaakceptować ograniczone prawa, jakimi dysponują, zwłaszcza w kontekście obowiązków, jakie spoczywają na ich barkach. 
Podsumowując:

Maria Paszyńska oddała w ręce czytelnika wielopłaszczyznową lekturę. Świat, który opisała tak samo zachwyca, co przeraża. Odnoszę nawet wrażenie, że skupiła się na nim bardziej, niż na losach bohaterów. Dla mnie była to fascynująca podróż, z której wiele wyniosłam dla siebie. Życie i tym razem nie oszczędziło sióstr. Pojawia się zatem pytanie, czy w czwartym, ostatnim, tomie będą potrafiły odnaleźć drogę do szczęścia i do siebie nawzajem? Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy!

Za możliwość zrecenzowania i objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Książnica. 
https://www.facebook.com/Wydawnictwo-Ksi%C4%85%C5%BCnica-1712601658770030/

maja 18, 2019

"Podaruj mi jutro" - Ilona Gołębiewska

"Podaruj mi jutro" - Ilona Gołębiewska
Czasami przychodzi w życiu taki moment, kiedy trzeba postawić wszystko na jedną kartę i nie oglądać się na to, co było, lub czego się lękamy".
Sięgając po książki Ilony Gołębiewskiej wiem, że będzie to klimatyczna historia. Czy i tym razem autorce udało się mnie oczarować?

Dwór na Lipowym Wzgórzu należy do rodziny Horczyńskich niemal od dwustu lat. Stanowi także wielką atrakcję dla turystów odwiedzających Podlasie. Jego właścicielką jest Aniela, słynna malarka. Zmęczona światowym życiem postanawia osiąść w rodzinnych stronach. Zakłada na Lipowym Wzgórzu Akademię Sztuk Anielskich, której pomysł narodził się dzięki lokalnej legendzie o aniołach. Czy jej pomysł spotka się z uznaniem innych? Czy uda się jej rozwiązać tajemnicę z przeszłości i odnaleźć wewnętrzny spokój?
Myśleliście kiedyś o swoim wymarzonym miejscu na ziemi? A może już je odnaleźliście? Dlaczego o to pytam? Bo Lipowe Wzgórze stworzone przez Ilonę Gołębiewską z całą pewnością może pretendować do tego zaszczytnego miana. To prawdziwy raj pachnący kwiatem lipy, oaza i bezpieczny port dla życiowych rozbitków. Sama chętnie odwiedziłabym je i poznała Anielę, a także, kto wie, może wzięła udział w którymś z warsztatów Akademii Sztuk Anielskich? 
Jednak malownicze miejsce akcji to nie jedyne atuty najnowszej książki autorki. Stworzyła ona ciepłą, refleksyjną historię, w której kluczową rolę odgrywają wydarzenia z przeszłości. Próba rozliczenia się z nią staje się dla wielu bohaterów celem życia, który determinuje ich działania. To także opowieść o miłości, która pomimo upływu lat nie wyblakła jak obraz, a nabrała bardziej wyrazistych barw. "Podaruj mi jutro" to jednak przede wszystkim historia ukazująca niezwykłą siłę kobiet. W starciu z przeciwnościami losu, jesteśmy niezwyciężone. Czy jesteśmy zmuszone zmierzyć się ze śmiertelną chorobą i skoncentrować swoje siły na walce z nią, czy też odkryć i pogodzić się z bolesnymi tajemnicami z przeszłości, to prędzej czy później jesteśmy w stanie góry przenosić. Zwłaszcza jeśli obok są bliskie osoby, które wspierają nas w najtrudniejszych momentach.
Podsumowując:

"Podaruj mi jutro" to kolejna bardzo dobra książka autorki. W moim odczuciu ma ona talent do tworzenia sag rodzinnych, gdzie główną bohaterką jest nietuzinkowa kobieta, która mimo niełatwej przeszłości, potrafi stawić czoła negatywnym wydarzeniom, będąc jednocześnie opoką dla innych. Tajemnica, przeznaczenie, miłość, niezwykły klimat, czyli Ilona Gołębiewska w najlepszym wydaniu. I przyznaję, że takie oblicze autorki lubię najbardziej. Stary dwór zaprasza w swoje progi, a nam - czytelnikom pozostaje skorzystać z zaproszenia i poznać sekrety Lipowego Wzgórza. Spróbujcie, a w zamian otrzymacie bardzo wiele. Nauczycie się, że trzeba kochać siebie i innych, że dobro wraca, że warto wierzyć w marzenia i z optymizmem patrzeć w przyszłość, bo być może właśnie teraz jest ten moment kiedy ktoś podaruje wam najpiękniejsze jutro waszego życia. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję autorce oraz Wydawnictwu MUZA SA.
https://www.facebook.com/golebiewska.ilona.pisarka/
https://www.facebook.com/wydawnictwo.muza.sa/


maja 12, 2019

"Szczęście na wyciągnięcie ręki" - Agnieszka Krawczyk

"Szczęście na wyciągnięcie ręki" - Agnieszka Krawczyk

Dobre uczynki stają się tu czymś naturalnym i nikt nie uważa, że dzieje się coś szczególnego".
Podobno "szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli". Czy podobną definicję można odnieść do dobra? W końcu dobro wraca, więc może warto "zainwestować"? 

Bohaterowie sagi Uśmiech losu powracają by zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Czy wreszcie uda się im rozwiązać zagadkę tajemniczego dobroczyńcy? Czy teza, że dobre uczynki wracają do nas po stokroć się potwierdzi? A wreszcie czy dawne tajemnice, które ujrzały światło dzienne, rozwiążą się szczęśliwie?
Czy zastanawialiście się kiedyś co moglibyście zrobić, kiedy ktoś zadał wam do wykonania dobry uczynek? Ale nie miałby na myśli przeprowadzenia staruszki przez jezdnię, co i owszem jest pozytywne, ale coś o szerszym zasięgu? Czegoś co sprawi, że zmieni się na lepszy czyjeś życie, a może nawet nasze własne? I jak zmierzyć "ciężar" dobra, skąd wiedzieć, czy to co akurat zrobiliśmy w szczytnym celu, jest wystarczające? Te i wiele innych pytań pojawiło się w mojej głowie po lekturze najnowszej książki Agnieszki Krawczyk. Chociaż jest to już trzeci tom, dopiero w finale serii pojawiła się tego typu refleksja. Bowiem właśnie w tym tomie autorka otworzyła prawdziwy "róg obfitości" jeśli chodzi o ludzkie zachowania, emocje, a nawet stereotypy.
Jednym z ciekawszych wątków, jaki pojawił się w tym tomie, był ten związany z Feliksem. Nowa postać tchnęła życie w losy bohaterów, a dodatkowo stała się bodźcem do działania i zmiany własnych uprzedzeń wobec osób, które w naszym społeczeństwie zrzucane są na margines. Bezdomni, bo o nich mowa, są z góry traktowania jak trędowaci, jak życiowi rozbitkowie, którzy nie mają szansy, a nawet nie zasługują w oczach wielu na to, aby rzucić im koło ratunkowe. Tak łatwo jest oceniać po pozorach, a przecież nie zawsze to co wydaje się oczywiste, takim się okazuje.
Kluczowym pytaniem na początku lektury "Szczęścia na wyciągnięcie ręki" było to związane z tajemniczym właścicielem kamienicy. Czy bohaterowie dowiedzą się kim był? No i przede wszystkim czy udało im się wykonać postawione zadanie i spełnić dobry uczynek? Co do pierwszego, możecie się domyślać, co do drugiego - musicie przekonać się sami. Ja powiem jedynie, że będziecie zaskoczeni. 
Podsumowując:
 
Ostatni tom serii "Uśmiech losu" to przede wszystkim historia o rozliczeniu się z przeszłością. Na jaw wyjdą bowiem długo skrywane tajemnice i urazy. Wielu bohaterów dobije do 'spokojnego portu', niektórzy z nich przejdą wielką przemianę, a wszystko to z urokliwymi krakowskimi Dębnikami w tle. I chociaż przyznaje, że nie jest to moja ulubiona część cyklu, to zapewne zasługuje na uwagę nie tylko tych, którzy są ciekawi jak autorka pozamykała poszczególne wątki, ale także tych, którzy lubią historie, które opowiadają o relacjach międzyludzkich i stanowią potwierdzenie słów, że jeśli otworzymy się na drugiego człowieka, jeśli będziemy potrafili dostrzec coś więcej poza czubkiem własnego nosa, to możemy bardzo wiele zrobić dla innych, a przy okazji dla siebie. I kto wie - może nawet zyskamy dużo więcej, niż moglibyśmy się kiedykolwiek spodziewać.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu FILIA.
 
https://www.facebook.com/WydawnictwoFILIA/

maja 11, 2019

"Piosenki (nie)miłosne" - Natalia Sońska

"Piosenki (nie)miłosne" - Natalia Sońska
(...) nie odrzuca się miłości i dobroci, którą ktoś ci ofiarowuje. Bez względu na okoliczności trzeba ufać, że razem można przetrwać wszystko".
Po "Listach (nie) miłosnych" przyszedł czas na piosenki. Czy poznamy w niej przyczynę tajemniczego zniknięcia Igora?

Igor zostawił Zosię. To była najtrudniejsza decyzja w jego życiu. Nie powie niczego więcej, nie zrani jej jeszcze bardziej. A przede wszystkim nie złamie się i nie przyzna do prawdy. O jaką prawdę chodzi i dokąd go ona zaprowadzi?
Pierwszy tom dylogii Natalii Sońskiej był bardzo emocjonalną podróżą w głąb kobiecej psychiki. Poznaliśmy Zosię, która niespodziewanie zostaje porzucona przez swojego narzeczonego Igora. Z jej bólem, spowodowanym rozstaniem, z pewnością mogło się utożsamiać wiele kobiet. Dlatego byłam bardzo ciekawa, aby poznać całą sytuację z perspektywy "głównego winowajcy" wydarzeń z "Listów (nie)miłosnych". 
Przyznaję, że po cichu domyślałam się co kierowało Igorem, kiedy postanowił niejako spalić mosty za swoim dotychczasowym życiem i odciąć się od ukochanej i rodziców. Nie powiem wam jednak, co to było. Mogę jedynie zdradzić, że chciał oszczędzić swoim najbliższym cierpienia. Zwłaszcza Zosi, która dużo przeszła, a w wyniku choroby straciła ukochanego tatę. Podejmując decyzję o zmianie swojego życia chłopak był przekonany o słuszności swojego wyboru. Jednak życie często weryfikuje nasze plany. Igor przeszedł długą i niełatwą drogę. Jego wewnętrzna przemiana stanowiła istotny element fabuły, który śledziłam z dużym zaciekawieniem.
Natalia Sońska bardzo zgrabnie poprowadziła fabułę "Piosenek...". Było to zdaje się o tyle trudne, że napisała swoją książkę z punktu widzenia mężczyzny. Musiała wczuć się w jego sytuację i stworzyć postać na tyle wiarygodnie, aby nie stała się ona groteskowa. I w moim odczuciu jej się to udało. Dobrym zabiegiem, aby to udowodnić, było zestawienie punktu widzenia głównego bohatera z postrzeganiem sytuacji przez jego nową przyjaciółkę Idę, które odzwierciedla kobiece podejście do całej tej sprawy. To co podobało mi się również w najnowszej książce autorki, to motyw wykorzystania piosenek, wśród których znalazłam wiele ulubionych przebojów. Te wplecione w fabułę fragmenty utworów, wzbogaciły całą historię o nowe emocje i uczucia, których czasem nie można wypowiedzieć słowami. Dużo łatwiej je "ubrać w melodię".
Podsumowując:

"Piosenki (nie)miłosne" uważam za bardzo dobre zakończenie losów Zosi i Igora. Autorce udało się stworzyć dwie przeciwległe historie, które tylko razem stanowią nierozerwalną całość. W moim odczuciu ten tom to idealne uzupełnienie, bez którego trudno jest czytelnikowi wyrobić sobie własne zdanie, a może nawet opowiedzieć się po którejś ze stron. To doskonała propozycja dla fanów literatury obyczajowej, którzy lubią ten dreszczyk niepewności związany z zakończeniem historii, które tak naprawdę w trakcie czytania, nie wydaje się wcale takie jednoznaczne.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 


https://www.facebook.com/Natalia-So%C5%84ska-Profil-Autorski-876383479119756/
https://www.facebook.com/czwartastrona/

maja 10, 2019

"Podaruj mi jutro" - Ilona Gołębiewska - PRZEDPREMIEROWY FRAGMENT

"Podaruj mi jutro" - Ilona Gołębiewska - PRZEDPREMIEROWY FRAGMENT

Rozdział II. Czas odmierzany serca biciem – o patrzeniu na przeszłość przez pryzmat miłości, trudnych relacjach w rodzinie i odważnej decyzji, która odmienia życie

Kilka życiowych zakrętów
Dziękuję serdecznie w imieniu naszych czytelników, że zgodziła się pani na wywiad – rzekła z wdzięcznością dziennikarka Olga Koperska, siadając pośpiesznie w wygodnym fotelu stojącym pośrodku dworskiego salonu. Pracowała w białostockim tygodniku „Nowiny Podlasia” i od prawie pół roku namawiała Anielę, by ta podzieliła się z ludźmi opowieścią o swoim życiu. Bądź co bądź na Podlasiu była bardzo znana i wszyscy z dumą podkreślali, że ta ziemia wydała na świat niezwykle zdolną malarkę, której obrazy są rozchwytywane przez największe galerie i znawców prawdziwych dzieł sztuki.
Cała przyjemność po mojej stronie – odparła szczerze Aniela, zadowolona z faktu, że ludzie są wciąż ciekawi jej życia, chcą się dowiedzieć, co u niej słychać, i pragną poznać jej plany, szczególnie te związane z dworem na Lipowym Wzgórzu, który niósł do rangi lokalnej legendy.
Wypadałoby zapytać po prostu, jak to się wszystko zaczęło. Skąd w ogóle pomysł, by zająć się malarstwem? Czy myślała pani o tym już jako dziecko, czy być może decyzja została podjęta dopiero po powrocie pani rodziny do Polski?
Jak to się zaczęło… – speszyła się nieco Aniela, rozglądając się po salonie, którego wystrój wciąż przypominał o dawno minionych czasach. – Myślę, że ogromne znaczenie miała emigracja naszej rodziny zaraz po wojnie w czerwcu czterdziestego piątego roku. Miałam wtedy prawie sześć lat, co nieco pamiętam z tamtego okresu. Z pewnością strach w oczach moich rodziców – przyznała zasmucona. – Ojciec bał się, że lada dzień dostanie wyrok śmierci za to, że w czasie wojny działał na rzecz podziemia. Stąd pojawił się pomysł, by jak najszybciej wyjechać z Polski. Oczywiście nielegalnie, paszportów wtedy nie było. Z pewnością myślał głównie o mnie i mojej matce, chciał dla nas lepszego życia.
Jego początki we Francji były z pewnością trudne, prawda?
Pamiętam ówczesną biedę. Mieszkaliśmy w lokalu, który składał się tak naprawdę z jednego maleńkiego pokoju, w którym stały dwa łóżka, szafa i stolik. Z ledwością można było między nimi przechodzić. W obszernym przedpokoju była wydzielona maleńka kuchnia. Całość miała może ze dwadzieścia pięć metrów. Była tylko jedna toaleta dla wszystkich mieszkańców piętra, zlokalizowana we wspólnym korytarzu.
Jak w tym wszystkim odnalazła się mała dziewczynka? – dociekała dziennikarka.
Początkowo bałam się nowego miejsca, ludzi mówiących w obcym języku, nie chciałam rozstawać się z mamą, która nocami sprzątała u bogatych Francuzów, aby tylko zarobić pieniądze na nasze utrzymanie. Ojciec za to pracował w ciągu dnia i pamiętam, że wracał bardzo zmęczony, i niekiedy z mamą coś szeptali po kątach, jak by nie chcieli, żebym usłyszała, o czym mówią. Dziwny to był czas, związany z poczuciem strachu i bezsilności.
Potem nie było lepiej?
Z czasem przyzwyczaiłam się do tego, że żyjemy w innym kraju, że nieprędko wrócimy do Polski i że nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś zamieszkamy ponownie we dworze. Tata starał mi się wszystko jakoś tłumaczyć. Zapisał mnie do polskiej szkoły prowadzonej w Paryżu przez Centralny Związek Polaków, dzięki czemu dalej mogłam się uczyć języka ojczystego. Poznałam nowych ludzi i tak z każdym dniem coraz bardziej odnajdywałam się w nowej sytuacji. Kolejne lata były dla nas łaskawsze i można powiedzieć, że prowadziliśmy w miarę spokojne życie.
Skąd zatem decyzja o powrocie do Polski wiosną pięćdziesiątego ósmego roku?
Zarówno rodzice, jak i ja sama nieustannie myśleliśmy o ojczyźnie, o rodzinnym majątku, który po wojnie trafił w ręce nowej władzy. Ojciec nie mógł się z tym pogodzić, ale wiedział, że po powrocie do Polski od razu zostałby aresztowany. Dopiero po Październiku pięćdziesiątego szóstego roku w Polsce przyszła odwilż polityczna, schyłek stalinizmu, i dawni działacze podziemia nie musieli się już martwić o własne życie. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, że być może czas najwyższy wracać do ojczyzny.
Była pani wtedy młodą kobietą. Czy nie obawiała się pani zostawić dobrze znany sobie świat we Francji i wrócić do małej miejscowości w Polsce?
Podeszłam we Francji do matury i zdałam ją z bardzo dobrymi wynikami. Wtedy też już od dziesięciu lat byłam uczennicą prywatnej szkoły rysunku i malarstwa. Tak się złożyło, że od dziecka malowałam, a wraz z wiekiem ta pasja zaczęła się rozwijać. Na szczęście moi rodzice robili dosłownie wszystko, żebym mogła doskonalić swoje zainteresowania i przeznaczali na moje wykształcenie naprawdę duże pieniądze. Opłaciło się, gdyż jeszcze przed maturą przyznano mi stypendium, dzięki czemu zdobyłam pieniądze na dalszą naukę i możliwość studiowania na praktycznie każdej uczelni artystycznej we Francji.
Skąd zatem odważna decyzja, by wrócić z rodzicami do Polski?
Byłam z nimi mocno związana i nie chciałam rozłąki. Widziałam, jak mój ojciec za wszelką cenę pragnął powrotu do ojczyzny. Mama zaś mocno podupadła na zdrowiu, był jej potrzebny spokój. Zatem decyzja o powrocie do Polski wydawała się oczywista.
Była radość, ale też i łzy – weszła jej w słowo dziennikarka. – Czy rzeczywistość po powrocie do kraju była zbieżna z waszymi wyobrażeniami?
Nie mieliśmy zbyt dużych wyobrażeń. Powrót do kraju wiązał się z tym, że należało od nowa układać sobie życie. Na odzyskanie dworu nie było najmniejszych szans. Zamieszkaliśmy w Lipowczanach w jednej z kamienic, która przed wojną należała do majątku rodziny mojej matki. Byliśmy po prostu szczęśliwi, że wróciliśmy do ojczyzny.
Wtedy padł pierwszy cios – pani mama ciężko zachorowała.
– Tak, dokładnie tydzień po naszym przyjeździe. Ojciec jeździł z nią do najlepszych lekarzy, jednak wszyscy rozkładali ręce. Być może był to nowotwór płuc, nie jestem pewna, ale to właśnie płuca bolały ją najbardziej i oddychała z wielkim trudem. Zmarła pod koniec czerwca, równo trzy miesiące po naszym powrocie.
To musiał być dla pani bardzo poważny cios, prawda?
Przyznaję, że wtedy się zwyczajnie załamałam – odparła zasmucona Aniela.
Miała pani jednak wsparcie w swoim ukochanym Witku. Czy mogłaby pani uchylić nieco rąbka tajemnicy o waszej relacji, która do dziś budzi wielkie zaciekawienie?
Przepraszam, ale to zbyt prywatna sprawa i nie chciałabym do niej wracać. Minęło już tak wiele lat od tamtego czasu… – tłumaczyła się Aniela, czując w sercu silne ukłucie. Mogła oszukiwać nawet i cały świat, jednak nie mogła oszukać siebie. Każda najmniejsza wzmianka o Witku powodowała, że na nowo czuła ból, rozpacz i brak zgody na to, jak okrutnie los ich doświadczył. Minęło tyle lat… a ona nie zapomniała o nim nawet na sekundę.
Zatem przejdźmy do czasu studiów. Akademia Sztuk Pięknych… skąd ten pomysł?
Dla mnie wybór tej uczelni był czymś naturalnym. Uwielbiałam malować, odniosłam już wiele sukcesów, moi nauczyciele w Paryżu wciąż powtarzali, że mam wielki talent, a poza tym po prostu kochałam sztukę i nie wyobrażałam sobie innego zajęcia. Co prawda tata miał nieco inną wizję mojej dalszej edukacji, marzył o tym, bym tak jak on została prawnikiem, ale odpuścił, widząc, że jednak to malarstwo jest moją pasją. Bardzo mi pomógł w dostaniu się na uczelnię. Zagraniczna matura była w tamtych czasach sporym utrudnieniem, musiałam zdać dodatkowe egzaminy. Dzięki zdobytemu w Paryżu stypendium przygotowałam swoją pierwszą wystawę prac, która uzyskała przychylne oceny znawców sztuki. Po roku przerwy na załatwienie tych wszystkich spraw dostałam się na wymarzoną uczelnię w Warszawie i w wieku dwudziestu lat wyprowadziłam się z domu.
Potem było pasmo sukcesów… – podpowiedziała z uśmiechem dziennikarka, która z dużą wnikliwością zapoznała się z życiorysem Anieli i jej dorobkiem malarskim.
Moje wybory życiowe nigdy nie były podyktowane chęcią zysku, sukcesu, podziwu… Nie, to z pewnością nie było tak. Malarstwo to moja pasja i oddałam się mu bez reszty. A widać rzeczywiście jestem dobra w swoim fachu, gdyż już na studiach miałam różne ciekawe propozycje wystaw, wernisaży.
I wyjazdów po całym świecie – wtrąciła dziennikarka. – Udało mi się ustalić, że była pani w kilkudziesięciu krajach. Podróże z pewnością zmieniają perspektywę, prawda?
Są inspiracją dla pasji, dla życia, dla wyborów. Do dzisiaj uważam, że każdy z nas rozwija się wyłącznie poprzez kontakty z innymi ludźmi. Nic nas tak nie wzbogaca jak rozmowy i spotkania z kimś, kto może nas zainspirować.
Ojciec zapewne był dumny z pani sukcesów?
Oczywiście, że tak. Mieliśmy ze sobą bardzo bliskie relacje. Jednak zależało nam na czymś innym. Ja skupiałam się na podróżach, rozwoju, szukaniu inspiracji, a mój ojciec – można powiedzieć, że poświęcał czas na szukanie sposobu, by dwór na Lipowym Wzgórzu powrócił do naszej rodziny. Oczywiście, mocno go w tych staraniach wspierałam, jednak na pewno nie aż tak, jak by tego ode mnie oczekiwał.
Miała też pani inne obowiązki. Została pani matką. Jak się pani odnalazła w nowej roli? Córka zrewolucjonizowała pani życie czy jednak nie?
Moją córkę Sabinę urodziłam w wieku trzydziestu dwóch lat i przyznaję, że wcale nie byłam na to gotowa. Nowa rola z pewnością mnie przerosła, ale poradziłam sobie dzięki wsparciu mojego taty, dalszej rodziny i przyjaciół. Macierzyństwo mocno mnie odmieniło. To taka sytuacja w życiu, kiedy trzeba zrezygnować z części swojego egoizmu i wielu planów na rzecz małego człowieka, dla którego jest się całym światem. W dodatku dochodzi do tego ogromna odpowiedzialność. Starałam się ze wszystkich sił, by moja córka miała dobry dom, chociaż wiem, że nie byłam idealną matką. Popełniłam mnóstwo błędów, zazwyczaj z powodu swojej arogancji. Niestety, jak się jest taką artystyczną duszą jak ja, to trudniej dostosować się do pewnych wymagań, schematów, oczekiwań… – zaśmiała się Aniela, chcąc tym samym nieco załagodzić swoją dosyć odważną wypowiedź. – Mój ojciec bardzo mi pomagał w wychowywaniu córki. Gdy ja jeździłam po świecie, Sabina mieszkała z nim w rodzinnej kamienicy w Lipowczanach, chodziła tu do szkoły podstawowej. Bardzo wiele mu zawdzięczam, bez niego nie dałabym rady.
Przyszedł jednak czas, gdy zostałyście całkiem same… – zauważyła trafnie dziennikarka.
Mój tato zmarł w osiemdziesiątym siódmym roku. To był dla mnie ogromny cios, gdyż mocno wierzyłam w to, że kolejny raz pokona swoją chorobę. Załamałam się, ale dla córki musiałam stanąć na nogach. Było coś jeszcze. Obiecałam tacie, że w razie jego śmierci będę kontynuowała starania o odzyskanie rodzinnego dworu.
Co się udało i od trzech lat jest pani jego właścicielką – podsumowała Koperska.
Zgadza się, odzyskałam go dokładnie latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku. Wyrokiem sądu dwór powrócił do rodziny Horczyńskich. Nie poświęciłam mu jednak wystarczającej uwagi. Wtedy przeżywałam trudny okres w życiu, związany z ogromną ilością pracy, nowych projektów, ciągłych wyjazdów. W dodatku moja córka również znalazła się w dosyć ciężkiej sytuacji, sama w bardzo młodym wieku została matką, moja wnuczka miała wiele problemów ze zdrowiem, które trwają do dziś… – wyliczała, jakby chciała się w jakimś sensie wytłumaczyć z własnych wyborów.
Jednak kilka miesięcy temu zamieszkała pani we dworze. Czy to oznacza, że zostaje tu pani na stałe, czy jednak plotki o planowanej sprzedaży dworu są prawdziwe? – drążyła temat dziennikarka, chcąc wyciągnąć z Anieli jak najwięcej informacji. – Dla społeczności Lipowczan z pewnością decyzja o sprzedaży dworu byłaby sporym szokiem.
Nie wiem, co odpowiedzieć na pani pytania. Czasami mam wrażenie, że ten dwór jest ważniejszy dla mieszkańców Lipowczan niż dla mnie samej. Jednak proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie chodzi o to, że rodzinna posiadłość nie ma dla mnie znaczenia. Owszem, ma, i to bardzo duże, gdyż na własne oczy widziałam, ile moi rodzice musieli ponieść wyrzeczeń, by ten dwór odzyskać. Widziałam determinację w ich oczach, brak zgody na postanowienia losu i zwykłą troskę o to, co skwapliwie budowały poprzednie pokolenia Horczyńskich. Opuściłam dwór, gdy miałam niespełna sześć lat. Pamiętam go z czasów dzieciństwa jak przez mgłę. Przez całe moje dorosłe życie dwór był w posiadaniu albo różnego typu instytucji, albo stał się własnością państwa. Aż do teraz…
Nie czuje pani z nim zbyt silnej więzi?
Jest dla mnie ważny i chciałabym go zatrzymać ze względu na przeszłość mojej rodziny. Przede mną bardzo trudny wybór. Jestem na takim etapie życia, że czeka mnie jeszcze wiele nowych wyzwań, propozycji zawodowych i wyjazdów. Muszę również myśleć o mojej córce i wnuczce, które wybrały życie w stolicy i z pewnością tam już zostaną. Sama chyba nie czuję się na siłach, by porzucić dotychczasowy styl życia i osiąść tutaj. Poza tym dwór wymaga remontu, a to wiąże się i z kosztami, i z czasem. Nawet jeżeli się na to zdecyduję, to wciąż nie wiem, co mogłabym dalej z nim zrobić.
Czyli skłania się pani bardziej do decyzji, by dwór jednak sprzedać?
Tego nie powiedziałam. Po prostu wciąż biję się z myślami, serce podpowiada jedno, a rozum zupełnie co innego. Nie wiem jeszcze, co zrobię. Liczę na to, że nasze lokalne anioły znowu przyjdą z pomocą i podpowiedzą dobrą decyzję. Przez tyle lat chroniły nasz dwór i mocno wierzę w to, że przyczyniły się do jego odzyskania. Zatem zdaję się na los…

Rodziny się nie wybiera…
Z kuchni dochodził taki hałas, jakby miotała się w nim cała drużyna kucharzy. Aniela, schodząc cicho po schodach, miała nadzieję, że przyłapie intruzów na gorącym uczynku. Według utartego planu dnia o godzinie szóstej rano wszyscy powinni jeszcze spać. Opatuliła się mocniej szlafrokiem, dostrzegając, że we dworze jest bardzo zimno, co zdarzało się coraz częściej z powodu problemów z piecem, który był już stary i zwyczajnie nadawał się wyłącznie do wymiany. Tymczasem jej oczom ukazał się nieoczekiwany widok. W kuchni była tylko Sabina. Postawiła na kuchence cztery garnki, w których gotowała wodę. Przy tym nerwowo otwierała szafki i trzaskała nimi, jakby chciała postawić na nogi wszystkich domowników. Wyglądała na zdenerwowaną. Nie, to mało adekwatne słowo. Zwyczajnie była wściekła i nie zamierzała tego ukrywać.
Dzień dobry. Zły humor od rana? – zapytała Aniela, wchodząc do kuchni.
A jaki ma być? Zimno jak w psiarni! – wrzasnęła córka, rzucając pokrywką od garnka.
Znowu piec się popsuł. Zaraz zadzwonię po majstra, może jakimś cudem jeszcze go podreperuje i wytrzymamy do lata – uspokajała Aniela. – A ta woda na co ci potrzebna?
Na nic. Po prostu gotuję ją, żeby w kuchni zrobiło się ciepło. To jedyny sposób, na jaki wpadłam. Zaraz obudzę Klarę i niech tu się bawi.
Mogłaś mnie obudzić. Mamy awaryjny piecyk na prąd. Podłączę go w salonie, za godzinę będzie w miarę ciepło i Klara będzie miała swoje miejsce do zabawy. Nie ma się co denerwować, takie awarie przecież się zdarzają.
Nie ma się co denerwować? Przyjechałam tu z Klarą, by odpocząć i podkurować jej słabe zdrowie. A co zastałyśmy? Albo ciągle są jakieś burze i zawieruchy, albo nie ma prądu i siedzimy jak w jakimś średniowiecznym klasztorze, albo co trzeci dzień jest awaria pieca i zimno jak na Syberii. Jak moje dziecko ma tu wyzdrowieć? No jak? Jeszcze się, nie daj Boże, zapalenia płuc nabawi!
Jak zwykle przesadzasz – ucięła krótko Aniela, widząc, że ta coraz ostrzejsza wymiana zdań do niczego dobrego nie doprowadzi. – To nie moja wina, że dwór jest stary i niektóre instalacje po prostu szwankują. Majster przyjedzie i być może coś poradzi. Zapewne to niewielka usterka, tak jak ostatnim razem. Nie ma co histeryzować.
Z takim podejściem do życia jak ty niczego bym nie osiągnęła – rzuciła oskarżycielsko Sabina, wiedząc, że jej matkę mocno to zaboli.
Ochłoń… tyle mam ci do powiedzenia. Inaczej nie będzie. Staram się, jak mogę, żeby wam pomóc, ale nawet i ja mam swoje granice wytrzymałości.
Aniela wolała dalej nie brnąć w dyskusję, która lada chwila zapewne zamieniłaby się w porządną kłótnię. Nie miała na nią siły ani tym bardziej ochoty. Zadzwoniła do znajomego majstra, który obiecał przyjechać w ciągu godziny. Sama zniosła z piętra przenośny grzejnik i ustawiła go pośrodku salonu, podłączając do gniazdka. Po kilku minutach poczuła pod dłońmi delikatne ciepło i odetchnęła z ulgą, że chociaż ten stary poczciwiec wywiąże się ze swojego zadania. Usiadła więc w ulubionym fotelu z nadzieją, że Klara obudzi się dopiero wtedy, jak w salonie zrobi się przyzwoicie ciepło. Prawdopodobieństwo tego scenariusza było jednak znikome, gdyż Sabina wciąż hałasowała w kuchni.
Ich relacje można by porównać do burzy z piorunami, która nadciągnęła do Lipowczan poprzedniej nocy. Coraz trudniej było im ze sobą rozmawiać, przebywanie blisko siebie przypominało katusze, a coś takiego jak wspólne plany czy ustalenia w ogóle nie istniało. Były chodzącymi przeciwieństwami. Aniela miała duszę artystki, wierzyła w siłę dobrych myśli i przeznaczenie. Sabina zaś uważała, że każdy powinien sprawować pełną kontrolę nad swoim życiem, skrupulatnie je planować i podejmować decyzje jedynie na podstawie faktów, a nie przeczuć czy pobożnych życzeń.
Geneza ich konfliktu tkwiła w pewnej nieco egoistycznej decyzji Anieli, jaką podjęła przed laty. Po prostu nigdy nie wyznała Sabinie, kto jest jej ojcem, uznając, że tak będzie lepiej dla jedynaczki. Urodziła ją, mając trzydzieści dwa lata. Ojcem Sabiny był ktoś, kogo nie chciała znać ani o nim wspominać. Zdawała sobie sprawę, że jej decyzja jest mocno krzywdząca dla córki, jednak uważała, że tak będzie dla nich obydwu po prostu lepiej. Z kolei Sabina nie mogła pojąć, jak jej matka może być tak bezduszna, i na każdym kroku starała się jej uprzykrzyć życie. Zatem od samego początku ich relacje były pełne gniewu, żalu, pretensji, przykrości.
Ponadto Aniela miała pełną świadomość, że nie była i nie jest dobrą matką, co uwidoczniało się w życiu i wyborach jej córki, chociaż w dzieciństwie i w okresie dorastania nie pojawiły się nawet najmniejsze problemy. Sabina na podobieństwo dziadka Fiodora była bardzo zorganizowana, świetnie się uczyła i wciąż powtarzała, że jej jedynym celem w życiu jest wymierny sukces na polu zawodowym. Poszła do szkoły o rok wcześniej, zawsze przynosiła świadectwa z czerwonym paskiem i w wieku osiemnastu lat zdała na wymarzoną chemię na warszawskim uniwersytecie. Potem jej plan legł w gruzach, a dokładnie podczas pierwszego roku studiów, kiedy na obozie studenckim w górach poznała niejakiego Adama Machowskiego. Wbrew wszystkim wcześniejszym deklaracjom straciła dla niego głowę. Na tyle mocno, że po krótkim czasie obwieściła Anieli, iż spodziewa się dziecka. Miała wtedy dziewiętnaście lat i nie wiedziała jeszcze, że to początek jej problemów.
Adam znienacka oznajmił, że to nie jego dziecko, zwyzywał Sabinę od najgorszych i rozpowiedział na uczelni, że podczas wyjazdu w góry prowadzała się z kilkoma mężczyznami i sama nie wie, kto jest ojcem jej dziecka. Potem rzucił studia i ruszył w świat. Sabina się załamała. Tamten czas był ogromnym sprawdzianem dla Anieli. Musiała odłożyć swoje plany, by zająć się córką. Kupiła mieszkanie w stolicy i razem w nim zamieszkały. Wspierała ją w tym, by nie porzuciła studiów. Gdy w 1990 roku urodziła się Klara, Aniela omal nie oszalała ze szczęścia, dziwiąc się, że żywi gorętsze uczucia do wnuczki niż kiedykolwiek do córki. Zmusiła Sabinę do założenia Adamowi sprawy w sądzie o uznanie ojcostwa i wywalczyła dla wnuczki alimenty.
Potem było nieco lepiej. Sabina kontynuowała studia, opiekowała się córką i miała dosyć pogodne spojrzenie na przyszłość. Sprawa skomplikowała się jakieś półtora roku temu, kiedy u Klary wywiązało się silne zapalenie płuc. Jego następstwa odczuwała do dziś, a lekarze wciąż powtarzali, że mała nie powinna przebywać w dużych miastach, gdzie zanieczyszczone powietrze mocno jej szkodziło.
Teraz Klara miała już prawie sześć lat, Sabina była na ostatnim roku studiów, chociaż aktualnie przebywała na urlopie dziekańskim, by zająć się zdrowiem córeczki. Aniela robiła, co mogła, aby tylko im pomóc. Z myślą o nich rozważała, co należałoby zrobić dalej z dworem. Zdanie Sabiny poznała już dawno temu, w sumie na drugi dzień po tym, jak zadzwoniła z wieścią, że decyzją sądu dwór wraca do rodziny Horczyńskich. Sabina do razu uznała, że dwór należy sprzedać, a pozyskane pieniądze zainwestować w mieszkania, które byłyby zabezpieczeniem na przyszłość. Co jak co, ale daleka była od sentymentów i mocno drażnił ją fakt, że jej matka miała wątpliwości co do dalszego losu majątku. Upływ czasu i to, że Aniela od kilku miesięcy na dobre rozgościła się we dworze, jeszcze bardziej ją drażniły. Przyjazd z Klarą traktowała jako przymus i miała dosyć życia na prowincji.
Żyjesz mrzonkami – rzuciła zaraz po tym, jak weszła do salonu, by sprawdzić, czy zrobiło się w nim już nieco cieplej. Jej mina wskazywała, że efekt nie jest zadowalający.
To znaczy?
Nawet wczoraj tej dziennikarce wmawiałaś, jaki ten dwór jest dla ciebie ważny. Ludzi możesz mamić tymi swoimi opowiastkami, ale z pewnością nie mnie.
Podsłuchiwałaś? – spytała Aniela, oburzona zachowaniem córki.
Po prostu słyszałam. Ile czasu tu mieszkałaś? Sześć lat w dzieciństwie i potem czasami przyjeżdżałaś tu z ojcem, by mógł z daleka napatrzeć się na te stare mury. To jest dla ciebie przywiązanie? Na co ci ten dwór? Dlaczego nie chcesz go sprzedać?
Jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. Po prostu się waham.
Sprzedaj to i wszyscy będziemy mieć spokój – zarządziła autorytatywnie Sabina.
My? Masz swoje życie, kupiłam ci mieszkanie w stolicy, czego chcesz więcej? Liczysz na łatwe pieniądze? I tak w razie czego będą dla Klary – oburzyła się Aniela.
Mam to gdzieś, jeszcze ci pokażę, na co mnie stać. Lada chwila kończę studia, idę na doktoranckie, czeka mnie naprawdę udana przyszłość. Tylko ciebie mi żal. Żyjesz przeszłością, i to nie swoją, tylko przeszłością swojego ojca. Jego już nie ma. Nie żyje. Przestań wciąż zachowywać się tak, jakby on cały czas tu był. Zamknij przeszłość, sprzedaj dwór i ruszaj w świat, tak jak planowałaś. My z Klarą świetnie sobie poradzimy – dodała ze złością.
W to akurat nie wątpię – odrzekła cicho Aniela i udała się na swoje poddasze.
Zrobiło jej się przykro. Słowa Sabiny zraniły ją bardziej, niż mogła się spodziewać. Najgorsze było to, że córka miała rację. Aniela darzyła ten dwór sentymentem ze względu na ojca. Dla niego walczyła o jego odzyskanie, wiedząc, jak bardzo był przywiązany do rodzinnego majątku. Teraz ona stała się jego właścicielką i musiała przyznać, że czuła się z tym dość mało komfortowo. Każda decyzja była zła. Pozostawienie dworu wiązało się z kolejnymi decyzjami, które w jakiś sposób ograniczyłyby jej plany. Z kolei sprzedaż wydawała jej się czymś na kształt zdrady ideałów ojca.
Cały dzień włóczyła się po dworze niczym duch. W południe przyjechał majster i sprawnie naprawił piec, twierdząc, że to tylko drobna usterka i z pewnością do lata wytrzyma. Nawet zaproponował, że w razie czego może całą instalację wymienić, a że ma wielu znajomych z budowlanki, to i ekipę remontową po znajomości załatwi. Widocznie widział, że Aniela jest w kiepskim stanie psychicznym, i chciał ją jakoś pocieszyć. Na ten sam pomysł wpadła Klara, która wieczorem po cichu wymknęła się na poddasze, by położyć się w łóżku obok ukochanej babci i mocno ją przytulić. Dzieci jak mało kto potrafią pocieszać.
Babciu, mam do ciebie wielką prośbę – oznajmiła po chwili, zaglądając Anieli w oczy. – Proszę cię, nie sprzedawaj dworu. Ja ci we wszystkim pomogę, a jak już będę duża, to razem z tobą tu zamieszkam, i mama będzie nas odwiedzała. Zgadzasz się?
Kochana moja malutka – wyszeptała Aniela, delikatnie całując ją w czoło. Poczuła napływające do oczu łzy, szczerość wnuczki mocno ją rozczuliła. – Zdradzę ci w tajemnicy, że mam na to wielką ochotę przez wzgląd na mojego tatę i na to, że jak miałam tyle samo lat co ty teraz, to ten dwór był dla mnie domem. Tylko bardzo się boję, czy dam sobie ze wszystkim radę.
Babciu! Ty się przecież niczego nie boisz, bo jesteś najodważniejsza na świecie! – oznajmiła Klara, rzucając się jej na szyję.

maja 05, 2019

"Czerń i purpura" - Wojciech Dutka

"Czerń i purpura" - Wojciech Dutka
Stawał się jego częścią, małym trybikiem w machinie niszczenia człowieka przez innego człowieka".
W ostatnim czasie lektury o tematyce obozowej, często trafiają w moje ręce. Niemniej jednak byłam bardzo ciekawa książki "Czerń i purpura". Czy autorowi udało się mnie zaskoczyć?

Milena pochodzi z rodziny prawniczej i jest dopiero na początku swojej życiowej drogi. Wybuch wojny szybko weryfikuje jej plany i marzenia. Franz Weimert ulega wpływom nazistowskiej ideologii: wstępuje do Hitlerjugend, a po śmierci brata zgłasza się ochotniczo do SS. Wiosną 1942 roku wybiera służbę w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Losy tych dwojga splatają się niespodziewanie w Oświęcimiu. Młoda Żydówka występuje na urodzinach Franza, a ten zauroczony jej śpiewem, nie potrafi o niej zapomnieć. Zaczyna kiełkować w nim uczucie, które nie ma szans na przetrwanie. A może jednak...?
Przeczytałam w swoim życiu wiele książek inspirowanych wydarzeniami z II wojny światowej. Zawsze sięgam po nie z ciekawością, ale i lękiem, obawą, że nie będę potrafiła znieść ogromu tragedii, jaka była udziałem tak wielu ludzi. Być może moje odczucia są takie, a nie inne, bo mieszkam w Oświęcimiu i niemal kilka razy w miesiącu przejeżdżam obok TEGO miejsca. I wiecie co? Do tej pory, pomimo wiedzy z zakresu historii Auschwitz, mimo lektury tak wielu książek nie dociera wciąż do mnie fakt, że to wszystko o czym słyszałam, czy czytałam, wydarzyło się naprawdę...
Po książkę Wojciecha Dutki sięgnęłam z... nadzieją?  Wiarą, że może akurat ta opowieść oparta na faktach pokaże, że miłość była w stanie pokonać piekło tego miejsca. Jeśli spodziewacie się historii o wielkim uczuciu, typowych dla zakochanych - "motylach w brzuchu", to możecie przestać się łudzić! Tu nie ma miejsca na banał i słodkie słowa. Tutaj miłość nie wiąże się z pocałunkami i wyznaniem: kocham cię. Tutaj o uczuciu świadczyły czyny, które niejednokrotnie graniczyły z cudem. A cudu w tej sytuacji chyba nikt się nie spodziewał. Mimo to, w tym jedynym na ziemi miejscu, "do którego Pan Bóg nie zaglądał z nieba", tliło się uczucie oprawcy do ofiary - pomimo wszystko, wbrew wszelkim ludzkim i boskim prawom...
"Czerń i purpura" to jednak nie tyle opowieść o miłości esesmana i Żydówki, a historia, która ukazuje narodziny zła. Mówiąc o tym mam nie tylko na myśli rządy Hitlera oraz tego wszystkiego, co działo się na co dzień w obozie. Autor pokazał bowiem przemianę młodego ministranta w kata. Wnikliwie i wiernie przedstawił studium przypadku, tragizm jednostki - mężczyzny, któremu zostało wpojone bezwzględne posłuszeństwo nacji, z której się wywodził. Wytatuowane w duszy i sercu niczym obozowy numer, który klasyfikował go i potwierdzał jego przynależność do nadludzi. Dla kontrastu mamy młodą kobietę, która z dnia na dzień została przyporządkowana do gorszego gatunku, musiała walczyć o życie oraz z uczuciem balansującym na cienkiej granicy między nienawiścią, a miłością.

Podsumowując:

Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że "Czerń i purpura" Wojciecha Dutki jest jedną z najlepszych książek o tej tematyce spośród tych, które przeczytałam do tej pory. Wywołała ona we mnie tak wiele emocji, że nawet po jej zakończeniu nie potrafię przejść po porządku dziennego. Pomimo znajomości tej tematyki, świadomości i wiedzy historycznej, potrafiła we mnie poruszyć najczulsze struny, pochłaniając mnie bez reszty. To książka z serii - trzeba, a nawet należy przeczytać.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros.
https://www.facebook.com/WydawnictwoAlbatros/


maja 05, 2019

"O miłości bez litości" - Katarzyna Augustyniak - Rak

"O miłości bez litości" - Katarzyna Augustyniak - Rak
Pierwszy raz pomyślałam sobie, że ja właściwie też chciałabym być mężczyzną i tak sobie uciec. Bo kobiety nigdy nie bywają aż tak niefrasobliwe. Nawet wtedy, gdy tak naprawdę nic nie trzyma ich w miejscu".
Po ten debiut sięgnęłam z nastawieniem na dobrą zabawę. Czy faktycznie było tak wesoło?
Honorata jest uznaną lekarką. Jednak jej życie osobiste dalekie jest od ideału. Kiedy na jej drodze pojawia się dziennikarz, który wciąga ją w nieco zagmatwane śledztwo, które ma ich doprowadzić do zaginionego himalaisty, a jednocześnie niespełnionej miłości kobiety z lat młodości, jej poukładane dotąd życie staje na głowie. Do czego to doprowadzi i jaką rolę odegra w tym wszystkim Mick Jagger? 
Myślę, że chyba każdy z nas potrzebuje miłości. Już tak nas stworzono, że naturalne wydaje się to, że szukamy drugiej połówki jabłka, pomarańczy, zwał jak zwał. Jednym się udaje, a inni są wiecznymi poszukiwaczami lub rezygnują w przedbiegach i biorą "co bozia dała". Potem czekają już tylko konsekwencji tych mniej lub bardziej trafionych wyborów. Nastaje szara lub kolorowa rzeczywistość.
Bohaterka książki Katarzyny Augustyniak - Rak nie miała szczęścia do facetów. Przypuszczalnie powodem była jej młodzieńcza miłość do Wojtka, która jednak wówczas nie miała happy endu. Co nie wpłynęło negatywnie na jej wyobrażenie dotyczące tego chodzącego ideału. Kiedy zatem pojawia się możliwość, aby po wielu latach zawalczyć o ten happy end, nie dziwi fakt, że dobiegająca czterdziestki, samotna pani pulmonolog postawi wszystko na jedną kartę. Pytanie brzmi - czy to na pewno był as z rękawa?
Historia, którą autorka opisała w "O miłości bez litości" bezlitośnie obnaża niejako problem dzisiejszych czasów, a mianowicie potrzebę miłości i łączenia się w pary, która staje się dla wielu nagrodą główną i życiowym celem, dla którego nie cofną się przed niczym. W erze, w której dla niektórych ostatnią "deską ratunku" staje się Tinder czy inny portal randkowy, miłość schodzi na drugi plan. Katarzyna Augustyniak - Rak stworzyła opowieść, która dla mnie pod osłoną ironii i ciętych dialogów, skrywa wszechogarniające poczucie osamotnienia i łaknienia uczucia. Honorata, choć pozornie harda i charakterna, w głębi duszy jest spragnioną miłości kobietą, która szuka i świadomie, lub mniej świadomie, dąży do spotkania tego jedynego. Czy jak głosi napis na okładce, płakałam nad losem głównej bohaterki ze śmiechu? No nie, co najwyżej było mi jej żal. Bo to faktycznie fajna babka, może trochę neurotyczna i zagubiona, ale z pewnością zasługuje na szczęście.
Podsumowując:

"O miłości bez litości" to w moim odczuciu całkiem udany debiut, jednak sama zakwalifikowałabym go raczej do kategorii satyry nad życiem współczesnej kobiety z wielkiego miasta, niż komedii. Autorce udało się stworzyć coś świeżego, niesztampowego, w książce wiele jest niedowiedzeń i odważnych interpretacji ludzkich zachowań, które choć ukryte pod ironią, są dostrzegalne dla wnikliwego czytelnika. Nie wiem czy dobrze odczytałam przesłanie tej książki, ale tak właśnie ją odebrałam.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Książnica. 

https://www.facebook.com/Wydawnictwo-Ksi%C4%85%C5%BCnica-1712601658770030/



"Świat w płomieniach" - Maria Paszyńska [PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana]

Samotność narzucona różni się od tej z wyboru. Jest bardziej rozpaczliwa, trudniej ją zaakceptować, zrozumieć". Książkę "Świa...

Copyright © 2016 NIEnaczytana , Blogger