lutego 17, 2019

"Wendyjska Winnica. Winne miasto" - Zofia Mąkosa [PATRONAT MEDIALNY NIENACZYTANA]

"Wendyjska Winnica. Winne miasto" - Zofia Mąkosa [PATRONAT MEDIALNY NIENACZYTANA]
W nozdrza uderza znajomy zapach. Każdy dom jakoś pachnie. Nawet w tym ogołoconym z większości mebli wnętrzu ściany i podłoga emanują wonią dzieciństwa".
Książka "Wendyjska Winnica. Cierpkie grona" zostawiła mnie z wieloma znakami zapytania. Miałam ten przywilej, że mogłam poznać dalsze losy bohaterów od razu. Czy kontynuacja pierwszego tomu była równie dobra?

Matylda cudem przeżywa zimową ucieczkę z rodzinnej wsi i trafia do Grünbergu, który tuż po wojnie staje się Zieloną Górą. Czy uda jej się zapomnieć o koszmarze wojny? Ułożyć nowe życie, odnaleźć miłość i wiarę w lepsze jutro, kiedy tak trudno odróżnić przyjaciół od wrogów? 
Quo vadis współczesny człowieku? Za czym gonisz bez chwili wytchnienia? Czy to wszystko jest warte wysiłku? Wychodzisz codzinennie, zostawiasz dom swój, rodzinę, a wracasz zmęczony życiem, odpocząć chcesz choć na chwilę. Rachunki, wakacje, zakupy - to twoje priorytety. Problem problemowi nie równy, lecz każdy ma rangę najwyższą. Czasem jednak przychodzi moment, kiedy na twej drodze staje ktoś, lub coś, co sprawia, że przystajesz na moment w tym pędzie...Tak było w moim przypadku, kiedy w moje ręce trafiła książka Zofii Makosy. 

"Winne miasto" to kolejna wspaniała podróż w czasie,  którą odbyłam z bohaterami drugiego tomu serii autorki. Na pierwszy plan wysuwa się Matylda Neumann, która pozbawiona rodzicielskiej opieki, musi zmierzyć się z brutalną rzeczywistością. Dotąd hołubiona przez matkę i ciotkę, teraz w pojedynkę stawia czoła nie tylko okrucieństwu, ale przede wszystkim samotności, uczuciu opuszczenia oraz bezpowrotnej straty. Musi wyrzec się swojego pochodzenia, niedawnej dumy z bycia obywatelką Niemiec, a wszystko to po to, aby przetrwać na ziemiach, które po porażce Hitlera, nie są już ich własnością. Dziewczyna, która niegdyś stroniła od obowiązków domowych, bardzo szybko przekonuje się, że jedyną ucieczką od wspomnień i remedium na zranioną duszę może być dla niej praca.
W swojej książce Zofia Mąkosa bardzo wiarygodnie ukazała obraz ówczesnego Grünbergu, jego przeobrażenia w Zieloną Górę, z dwóch punktów widzenia - Niemca i Polaka. Ten zabieg sprawia, że czytelnik otrzymuje nie tylko ogólny ale przede wszystkim bezstronny pogląd na sytuację Ziem Odzyskanych. Podczas lektury dociera do nas z całą mocą, że w obliczu wojennej zawieruchy nie ma miejsca na ludzkie odruchy. Tutaj najważniejsze jest przetrwanie. Panuje totalne bezprawie, a najlepiej odnajdują w tym wszystkim ci, którzy nie cofną się przed niczym - bestie, dla którym koniec wojny jest równoznaczny ze "spuszczeniem ze smyczy". Autorka tak drobiazgowo opisała wydarzenia z tamtych czasów, że czułam się tak, jakbym i ja była ich uczestnikiem. Moje gardło ściskał strach, przedstawione w książce fakty niejednokrotnie napawały mnie odrazą, a przerażenie było wręcz namacalne. 

Kiedy pisałam tę recenzję, przypomniała mi się rozmowa z panią z wydawnictwa, która proponując mi patronat nad tą książką powiedziała, że mogę być pewna, iż jest ona bardzo dobra i wartościowa. Wtedy nie mogłam wiedzieć ile prawdy jest w jej zapewnieniach, wszak każda "liszka swój ogon chwali". Kiedy jednak przeczytałam zrozumiałam, że była jej w tych słowach zaledwie odrobina. Bo z lekturą tej książki otrzymałam dużo więcej. Z tego miejsca mogę śmiało podziękował wydawnictwu Książnica, że miałam możliwość i ogromny zaszczyt, iż moje logo znalazło się na okładce książki Pani Zofii.

Podsumowując:

Szukacie wartościowej, mądrej i przejmującej lektury? To "Wendyjska Winnica. Winne miasto" jest dla was. Lubicie książki, w której historia gra jedną z głównych ról, a opisy sprawiają, że czujecie się tak, jakbyście byli niemymi świadkami tamtych wydarzeń? Nie wahajcie się! Prawdziwe emocje i zakończenie, które sprawia, że w naszej głowie pojawia się tak wiele pytań, póki co bez odpowiedzi... Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy! Polecam!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Książnica. 

https://www.facebook.com/AugustaDocher/
https://www.facebook.com/Wydawnictwo-Ksi%C4%85%C5%BCnica-1712601658770030/

lutego 15, 2019

"Tylko przeżyć. Prawdziwe historie rodzin polskich żółnierzy" - Sylwia Winnik [PRZEDPREMIEROWO]

"Tylko przeżyć. Prawdziwe historie rodzin polskich żółnierzy" - Sylwia Winnik [PRZEDPREMIEROWO]
Lekarze, strażacy i policjanci też wykonują niebezpieczne zawody... Narażeni są budowlańcy. Każdy ryzykuje. Żołnierz jedzie na misję zbierać doświadczenie, które może się kiedyś przydać w obronie naszych cywili, naszego kraju. O tym powinniśmy pamiętać".
Na tę pozycję wydawniczą czekałam z niecierpliwością. Po lekturze poprzedniej książki Sylwii Winnik byłam zwyczajnie ciekawa, jak udało jej się "ugryźć" kolejny trudny temat.

Co pojawia się w waszej głowie, kiedy słyszycie słowo: wojna? Konflikt, brutalność, wojsko, śmierć, strach... A kiedy myślicie o naszych żołnierzach biorących udział w misjach pokojowych? Po co to robią? To przecież nie nasza wojna! Dlaczego rząd się na to zgadza i mężczyźni, którzy powinni bronić naszego kraju, uczestniczą w czymś co nas nie dotyczy? Czy ktoś z was jednak myśli wówczas o tym, po co oni to robią? Czy mają jakieś wyjście, czy tylko wykonują rozkazy? To w końcu ich praca. I wreszcie czy oni w ogóle chcą tam jechać i narażać swoje rodziny na traumę związaną z oczekiwaniem na jakąkolwiek wiadomość i strach, który im towarzyszy na co dzień? Tak wiele pytań. W głowie prawdziwy mętlik. Tyle sprzecznych emocji, mnóstwo rzeczy, które po lekturze nowej książki Sylwii Winnik postrzegam zupełnie inaczej...  
Autorka porusza w niej wiele trudnych tematów. Pojawia się oczywiście motyw działań wojennych, udziału w misjach pokojowych z punktu widzenia żołnierzy. Ich poczucie obowiązku, chęć doskonalenia się i wiara w to, że "droga do nieba jest otwarta tym, co służą ojczyźnie" zmienia nasze - cywilów postrzeganie dotyczące ich podejścia do służby. I oczywiście ich opowieści z miejsca działań wojennych, strach, który im towarzyszy i to z czym muszą zmierzyć się po powrocie do normalnego życia, często z PTSD, szokuje. Nie sposób wczuć się w ich sytuację, kiedy samemu się tego nie przeżyło. Jednak to co najbardziej zwróciło moją uwagę w tych opowieściach, to tolerancja, wsparcie aż wreszcie ogromna miłość. Szacunek jakim darzą oni swoje żony, które są pozostawione same sobie, chwyta za serce. Znamienne wydają się słowa jednego z nich, który swoją żonę porównał do życiowego komandosa. W końcu to ona walczy o każdy kolejny dzień, kolejny uśmiech, a nawet kolejny oddech chorego dziecka... z determinacją i odwagą, której mógłby jej pozazdrościć niejeden żołnierz.

Podobało mi się to w pracy Sylwii Winnik, że jako autorka "nie wystaje" zza bohaterów, których losy opisano w tej książce. Oddała im ona pełne pole do działania, które oni wykorzystali opowiadając z dużą szczerością, choć może czasem nieco chaotycznie, o swoich uczuciach. W wielu przypadkach udało się jej uchwycić coś co nazwałabym 'ekshibicjonizmem emocjonalnym', a czasem i brzmienie ciszy, które było bardzo wymowne. Świadczy to o tym, że jest ona dobrym rozmówcą, który nie tylko potrafi poruszyć wrażliwą strunę, ale jednocześnie jej nie zerwać. 
Podsumowując:

Sylwia Winnik, mówiąc kolokwialnie, odwaliła kawał dobrej roboty. Jej książka nie tylko porusza ważne społecznie tematy, ale przede wszystkim zwraca uwagę na drugą stronę medalu, na życie żołnierza niejako 'od kuchni'. Dzięki niej osoby, które w naszych oczach niejednokrotnie są bohaterami, otrzymują zwyczajną, ludzką twarz. Kontrast pomiędzy relacjami rodzin, a samych żołnierzy pokazuje, jak wielki wpływ ma na nich służba w wojsku, widziana z dwóch różnych perspektyw. W "Tylko przeżyć" autorka pokazała ich własną wojnę toczoną tam - w Afganistanie czy Iraku, i tu - w Polsce. Niezależnie od tego, po której stronie 'barykady' się znajdują, niesie ona ze sobą swoje własne ofiary, a udział w niej często pozostawia rany, które tak długo i ciężko się goją... Polecam! 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję autorce oraz Wydawnictwu Znak.

https://www.facebook.com/winniksylwia/
 https://www.facebook.com/WydawnictwoZnak/

lutego 15, 2019

"W imię dziecka" - Ian McEwan

"W imię dziecka" - Ian McEwan
Religie, systemy moralne, włącznie z jej własnym, są niczym szczyty w zwartym paśmie górskim widzianym z oddali, a żaden nie jest wyższy, ważniejszy czy bardziej prawdziwy od innych".
Po tę książkę sięgnęłam z polecenia. Dziś już nie pamiętam czyjego, ale pomimo zastrzeżeń ta osoba twierdziła, że warto, a nawet trzeba ją przeczytać. Czy faktycznie? 

Fiona Maye jest cenionym w środowisku sędzią brytyjskiego Sadu Najwyższego, specjalistką od prawa rodzinnego. Sukcesy w pracy nie idą niestety w parze z tymi na polu osobistym. Jej małżeństwo przeżywa kryzys. Tymczasem na wokandę trafia sprawa siedemnastoletniego chłopaka, który z powodów religijnych odmawia poddania się leczeniu, skazując się tym samym na śmierć. Fiona musi podjąć decyzję, której konsekwencji nie sposób przewidzieć. Jej werdykt przesądzi o życiu i śmierci. Tylko czy ma do tego prawo? I czy będzie potrafiła żyć z konsekwencjami swojej decyzji? 
Gdzie leży cienka granica pomiędzy poszanowaniem życia ludzkiego, a poszanowaniem przekonań religijnych? Czy drugi człowiek ma prawo, to moralne, ingerować i odbierać drugiemu człowiekowi możliwość decydowania o własnym losie? Czy to, że ma za sobą paragrafy i cały arsenał prawny upoważnia go do tego, aby ktoś mógł przeżyć, wbrew swoim przekonaniom lub umrzeć w zgodzie z samym sobą? Te i wiele innych pytań z pewnością pozostawi po sobie w was lektura tej niepozornej objętościowo książki, która niesie ze sobą emocjonalny ładunek, z którym niełatwo się zmierzyć...
Książka Mc Ewana mnie zaskoczyła. Początkowo liczyłam na to, że autor skupi się w głównej mierze na sprawie Adama, chłopaka, który postanawia umrzeć, aby postąpić zgodnie z własną religią. I chociaż cała fabuła mocno osadzona jest na tym właśnie wątku, to autor wszedł dużo dalej, niż tylko za próg sali sądowej. Postawił czytelnika przed refleksją, jak sam by postąpił w takiej sytuacji? Ja też zastanawiałam się nad tym, w którym kierunku poszłabym będąc na miejscu Fiony. I chociaż w pierwszym odruchu odpowiedź wydała się jednoznaczna - trzeba ratować ludzkie życie, to zaraz pojawiało się pytanie - czy mam prawo? Cały ten wątek wywołał we mnie mieszane uczucia i nawet teraz, kiedy jestem już po lekturze, nadal nie wiem czy bohaterka podjęła słuszną decyzję, mając na uwadze to, jak dalej potoczyła się akcja tej książki.
Jednak kwestie, które zostały poruszone, a dotyczyły sprawy Adama, nie były jedynymi, które przykuły moją uwagę. Dla mnie intrygująca i, pozwolę sobie użyć tego słowa, frapująca była sama bohaterka. Z jednej strony silna kobieta, sędzia, która niczym bóg decyduje z sądowej sali o ludzkim życiu, bądź śmierci, a z drugiej strony kobieta słaba, zagubiona, dryfująca pomiędzy pracą, a życiem prywatnym, które zdaje się być jej wielką porażką. I to co uderzyło mnie z całą mocą, to pytanie: czy ktoś taki ma prawo podejmować tak trudne i ważne decyzje?! Nie polubiłam głównej bohaterki. Dla mnie była ona niezrównoważona emocjonalnie i zbyt słaba, aby rozstrzygać w prowadzonych przez siebie sprawach. Sama bowiem, w moim odczuciu, potrzebowała pomocy...
Podsumowując: 

Abstrahując od mojej antypatii względem Fiony, polecam wam lekturę tej książki. Uważam, że warto się nad nią pochylić i samemu zmierzyć z dylematami w niej poruszonymi. Nie znajdziecie w niej zawrotnej akcji, ale zmusi was ona do pełnej koncentracji. Zakończenie zaskakuje. Czy czuję się nim rozczarowana? Cóż, może trochę, chociaż bardziej zaskoczona. Być może czegoś innego się spodziewałam. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros.
https://www.facebook.com/WydawnictwoAlbatros/
 

lutego 12, 2019

"No, Asiu!" - Marika Krajniewska [PRZEDPREMIEROWO] PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana

"No, Asiu!" - Marika Krajniewska [PRZEDPREMIEROWO] PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana
- Nie miałeś lepszego pomysłu na dzisiejsze popołudnie? Całkiem znośna pogoda, mogłeś mnie chociaż na spacer zaprosić. Sprawdzilibyśmy, czy najsłodsze okienko Wilsona już zmieniło asortyment na zimowy. Pączka bym zjadła. Ze śliwką, gdyby kogoś to interesowało. Ale nie, musiałeś mieć wylew. I to w samochodzie, na środku ulicy! W Warszawie! Ty to naprawdę masz pomysły".
"Och, Elvis!" mnie zaskoczył. Czy kontynuacja losów pensjonariuszy domu spokojnej starości "Patrycja" będzie równie udana, jak opowieść o porwaniu urny? 

Paweł z córką wraca z zagranicy. Joannę z jednej strony ten fakt cieszy, a z drugiej trochę krępuje. Tak czy inaczej podchody tych dwojga przypominają te z wiersza o "Żurawiu i czapli". Tymczasem w ośrodku zaczyna pojawiać się niezidentyfikowana zjawa, która gubi ubrania. Czy wszystko ma szansę wrócić do równowagi, kiedy na horyzoncie pojawią się Gienia i Maria? Cóż...
Poprzedni tom serii książek Mariki Krajniewskiej podobał mi się. Historia szalonych staruszek, które porywają urnę z prochami swojej przyjaciółki, aby zawieźć ją na spotkanie z Elvisem, do tej pory wywołuje uśmiech na mojej twarzy. I tak jak pisałam w tamtej recenzji, tak powtórzę to w tej - w moim odczuciu to nie jest komedia w standardowym rozumieniu tego słowa. Jasne, że są w niej zawarte "gagi", z których się śmiejemy, a samo obsadzenie w głównych rolach ekscentrycznych staruszków, wywołuje rozbawienie. Ale wiecie co? Ja traktuję zarówno poprzednią książka autorki, jak i "No, Asiu!" w kategoriach satyry. 
Gdyby skupić się na encyklopedycznym wyjaśnieniu terminu starość, to otrzymamy definicję, która mówi o tym, iż jest to ostatni okres życia u ludzi, stan który ma przede wszystkim wymiar biologiczny, lecz także poznawczy, emocjonalny i społeczny. Od razu pojawia nam się wtedy obraz staruszki, która robi na drutach, co miała przeżyć, to już za nią, a teraz dogorywa w oczekiwaniu na śmierć. Brutalnie? Może trochę. Ale w większości przypadków z tym właśnie kojarzy się "jesień życia".
W swojej książce Marika Krajniewska udowadnia, że wcale nie jest to jedyny kierunek, który można obrać po przekroczeniu pewnego wieku. Starość wcale nie musi się skupiać na starzeniu się, a może być równie dobrze wspaniałą przygodą. Nawet jeśli z założenia dostajemy "one way ticket". Jeśli nie teraz, to kiedy możemy sobie pozwolić na: jazdę hulajnogą, zakupy w sklepie z erotycznymi gadżetami, emeryckie uniesienia, nawet na bycie śmiesznym, bo przecież nic nie tracimy, a możemy tylko zyskać. Autorka nie serwuje nam typowej komedii, ale dosyć specyficzną historię, którą ja osobiście kupuję. A dlaczego? Bo Marika Krajniewska pisze dobrze, a jej książka jest inna. Nie boi się podjąć w niej tematu starości, ale nie w takim ujęciu, jak w wielu innych propozycjach wydawniczych. Jest nietypowo, 'trąci' czarnym humorem, a rzeczywistość przez nią przedstawiona, jest jakby widziana w krzywym zwierciadle. Tutaj humor nie jest dosłowny. Ja go dostrzegłam, a czy wam przypadnie do gustu taka forma przekazu - musicie sami sprawdzić.
Podsumowując:

"No, Asiu!" to nieco ekscentryczna historia, zupełnie jak jej bohaterowie. Czasami odnosiłam wrażenie, że w postaciach w wieku 70 plus więcej było młodzieńczej energii i witalności, niż w młodszym pokoleniu. Może o to właśnie chodziło autorce, aby pokazać ten kontrast, żeby udowodnić, że młodość wcale nie jest wyznacznikiem życia na pełnych obrotach, które z powodzeniem może zacząć się nawet po 80-tce.     

Za możliwość przeczytania, zrecenzowania oraz objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.  

https://www.facebook.com/pisarkamarikakrajniewska/
https://www.facebook.com/czwartastrona/
* definicja starości - wikipedia

lutego 11, 2019

"Kobiety nieidealne. Joanna" - Małgorzata Hayles, Magdalena Kawka [PRZEDPREMIEROWO] PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana

"Kobiety nieidealne. Joanna" - Małgorzata Hayles, Magdalena Kawka [PRZEDPREMIEROWO] PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana
- To nie przypadek, prawda? - pyta wreszcie, ocierając oczy tygrysim kocem i poważnieje. - Musiałyśmy się spotkać. - Jasne. I stać się dla ciebie protezami. (...)
Po lekturze dwóch poprzednich tomów byłam ciekawa, co jeszcze przydarzy się naszym "czterem muszkieterkom". Miał on dotyczyć Joanny, a imię zobowiązuje. 😄

Spokojna i opanowana Joanna rozpoczyna życie ze swoim mężem, którego poznała na wakacjach w Tunisie Arabem. Przy okazji próbuje się dogadać z nastoletnią córką i wspólnie z Izą rozkręcić biznes "Kazuo Sushi". Czy zderzenie Hamzy z polską rzeczywistością będzie bolesne i jak odnajdzie się Joanna w tej nowej dla siebie sytuacji?
Na początku powiem, że ten tom podobał mi się najbardziej. Nie chodzi oczywiście o to, że główna bohaterka tej części nosi moje imię. Raczej o to, że znalazło się w nim wiele wątków, które mnie osobiście przypadły do gustu.  
Kobiety nieidealne nie zwalniają tempa i nadal żyją na pełnych obrotach. Zwłaszcza Iza i Joanna, które całą swoją energię poświęcają na rozkręcenie biznesu z sushi. Nie jest to łatwe, bo ktoś ewidentnie sabotuje ich restaurację. Ciężar jej prowadzenia w pewnym sensie spada w głównej mierze na Izę, gdyż jej przyjaciółka zaczęła nową drogę życia u boku Hamzy. Autorki wprowadziły czytelnika w świat tego egzotycznego małżeństwa. Mamy okazję obserwować zmaganie się męża Asi z polskimi realiami, z poszukiwaniem pracy w zawodzie i załatwianiem formalności w urzędach. Mimo nowej dla niego rzeczywistości, mężczyzny nie opuszcza życiowy spokój i jest dla swojej żony niebywałym wsparciem. Nawet wtedy, kiedy postanawia dochować rodzinnej tradycji i zabić... barana! Poza obawami o męża, Joanna będzie musiała poświęcić uwagę swojej córce, którą coś ewidentnie gnębi. Te wszystkie wyzwania będą dla niej stresujące, ale z takim idealnym mężem u boku, da radę okiełznać przeciwności losu. Nawet pokonać "demony przyszłości", ukryte w kartonowym pudełku...

Ten tom cyklu jest w moim odczuciu najbardziej refleksyjny. Autorki wzięły na warsztat kobietę, zazwyczaj opanowaną i rozważną, która będzie musiała stawić czoła nowym dla siebie okolicznościom. Dotąd żona swojego męża, będzie próbowała odnaleźć się w roli żony, która nie musi nikogo grać, a może być nareszcie sobą. Ciekawym jest także wątek rozpoczynania życia w obcym kraju, który odnajdziemy w osobie Hamzy. Różnice kulturowe, odmienne postrzeganie śmierci, próba dotarcia się dwóch różnych światów są w moim odczuciu tematem, który może was szczególnie zainteresować. "Kobiety nieidealne. Joanna" to także historia kobiety, która żyła w cieniu wydarzeń z przeszłości, która nie potrafiła, a może nawet nie chciała odciąć tej ciążącej jej pępowiny. Pogodzenie się z tym co było, to dla Joanny nowy start w przyszłość, która jawi się wyłącznie w jasnych barwach.

A co z przyjaźnią? No cóż - wszystkie spotkania naszych bohaterek będą skoncentrowane przede wszystkim na ciąży Barbary, która jako dojrzała przyszła matka, będzie panikować jak rasowa pierworódka. Jednak nawet poród nie wydaje się tak straszny, kiedy u boku ma się "trzy przyrodnie siostry jedynaczki".
Podsumowując:

"Kobiety nieidealne. Joanna" to życiowa, nieco refleksyjna opowieść. Odnajdziecie w niej nie tylko całą masę humoru, ale także mini śledztwo rodem z kryminału, tajemnicę z przeszłości, a także fragmenty, które was wzruszą. To wszystko sprawi, że z przyjemnością zagłębicie się w lekturze. Fabuła będzie zwalniać i przyspieszać, wszystko doskonale wyważone tak, aby czytelnik nie nudził się podczas czytania. A zakończenie? Cóż, pozostawi w was na pewno czytelniczy niedosyt. 

Za możliwość przeczytania, zrecenzowania oraz objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Replika.
https://www.facebook.com/WydawnictwoReplika/

lutego 10, 2019

"Stracony list" - Jillian Cantor

"Stracony list" - Jillian Cantor
To nieprawda, że istnieje tylko jedno zakończenie, jedna odpowiedź, że tylko jedna osoba może nas uszczęśliwić lub przeciwnie - zranić. Być może każdy ma szansę zacząć od nowa. Stać się zupełnie innym człowiekiem".
Kiedy przeczytałam opis tej książki, podskórnie czułam, że będzie wyjątkowa. Opowieści o miłości z historią w tle należą do moich ulubionych. Czy przeczucie mnie nie zawiodło?

Jest rok 1938 - Kristoff uczy się fachu u mistrza grawerskiego - Fabera. Kiedy do małej miejscowości, w której mieszkają zaczynie zaglądać wojna, chłopakowi przyjdzie się zmierzyć z jej brutalnością. Na jego drodze pojawi się miłość, a on zrobi wszystko aby ocalić ukochaną Elenę przed śmiercią. 
Rok 1989 - Życie Katie nie jest łatwe. Nie dosyć, że rozwodzi się  z mężem, to jeszcze musi zmagać się z chorobą ojca, który cierpi na Alzheimera. Jej życie odmienia wizyta u Benjamina, który ma wycenić kolekcję znaczków ojca kobiety. Znaleziony w zbiorze list z nietypowym znaczkiem, staje się początkiem ich wspólnej przygody. Jak ta pamiątka z przeszłości znalazła się w posiadaniu ojca Katie i dokąd zaprowadzą ich próby wyjaśnienia zagadki z przeszłości?
Czy zastanawialiście się kiedyś nad fenomenem znaczków pocztowych? Tak wielu ludzi kolekcjonuje te małe potwierdzenia nadania listu. O ile oczywiście niektóre z nich mogą stanowić ważną pamiątkę, czy być pięknym okazem pracy grawera, o tyle dla mnie to tylko pasja, która niczym nie różni się od innych rodzajów hobby jak chociażby zbierania pocztówek.
Podobne odczucia miała autorka powieści kiedy zaczynała pisać "Stracony list". Dopiero praca przy tej książce uświadomiła jej, jak wielką rolę odgrywały niegdyś znaczki. Były nie tylko konieczne do tego, aby wysłać list, ale także stanowiły wyraz sprzeciwu wobec niechcianej władzy, formą sprzeciwu wobec panującemu ustrojowi. A znaczek przyklejony do góry nogami, zwiastował list miłosny...
Tyle tytułem wstępu, aby lepiej wprowadzić w was klimat tej książki, która mnie osobiście chwyciła za serce i pochłonęła od początku, aż do samego końca. Ale zacznijmy od początku.
Książka toczy się w dwóch strefach czasowych - naprzemiennie jest to rok 1938 i 1989. Poznajemy Kristoffa, który uczy się fachu u mistrza Fabera. Chłopak ma niezwykły talent i potrafi pięknie rysować, ma jednak problem z przeniesieniem swoich prac na matrycę, które służą potem do wydrukowania znaczków pocztowych. W trakcie nauki Kristoff nie spodziewa się, że nowo nabyte umiejętności będzie wykorzystywał aby ocalić życie ludzi - Żydów, którzy w związku z wejściem Niemców na terytorium Austrii, będą musieli uciekać za granicę. Nie spodziewa się także, że wojna rozdzieli go z ukochaną kobietą. W części bardziej współczesnej poznajemy Katie, która cierpi po tym, jak zostawił ją mąż. Kobieta nie potrafi poradzić sobie także z chorobą ojca, który był dla niej zawsze niebywałym wsparciem. Rozwiązanie tajemnicy tytułowego listu staje się dla niej początkiem zmian w życiu oraz postrzeganiu pasji ojca, który w swoich znaczkach widział prawdzie klejnoty.

Jillian Cantor stworzyła przejmującą, piękną i wzruszającą historię, w której prawdziwe wydarzenia mieszają się z fikcją literacką. Opisała je tak wiarygodnie, że nie sposób wyłuskać z fabuły tych wątków, które są jedynie wytworem jej wyobraźni. Książka "Stracony list" to nie tylko opowieść o miłości, ale także obraz społeczeństwa, któremu przyszło żyć w czasie zmian, jakie zachodziły obok nich. Dotyczy to zarówno okresu drugiej wojny światowej, jak również lat 90 - tych dwudziestego wieku. Upadek muru berlińskiego i zjednoczenie Niemiec widziane oczami ludzi, którzy wyemigrowali, jest ciekawym elementem tej historii. 
Podsumowując:

Jestem absolutnie zauroczona tą historią! Ma ona w sobie tak wiele elementów, które sprawiają, że czyta się ją z dużą przyjemnością: miłość, historia, wojna, pasja, choroba, cierpienie, tajemnica, ból, to wszystko składa się na opowieść, która zapada w pamięć na długo. Stopniowo odkrywanie sekrety zaskakują i czytelnik nie może uwierzyć, że to co wydawało się tak odległe, kryło się tuż obok. To także opowieść o tym, że chociaż wydarzenia z przeszłości determinuje przyszłość, to każdy ma szansę zacząć życie od nowa i stać się całkiem innym człowiekiem. Polecam miłośniczkom książek z historią w tle.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Marginesy.


https://www.facebook.com/wydawnictwomarginesy/



lutego 09, 2019

„Syrena i Pani Hancock” - Imogen Hermes Gowar

„Syrena i Pani Hancock” -  Imogen Hermes Gowar
Całe życie pragnęłam dla siebie wolności, jednak patrząc na świat, myślę sobie, że wolność to coś, czego nie sposób zdobyć. (...) lepiej wybrać coś, co choć trochę ją przypomina?"
W tej książce zakochałam się od pierwszego wejrzenia. A w zasadzie w samej okładce, która sprawia, że serce każdego książkoholika bije szybciej. Czy treść wywołała we mnie podobne uczucia?

Jonah Hancock wiedzie mało barwne życie. Kiedy pewnego dnia w jego drzwiach staje kapitan, który nie dosyć, że informuje go, że jego statek przepadł, to jeszcze uświadamia mu, iż sprzedał jego własność, aby kupić... syrenę! Ten wieczór zmienia wszystko w życiu mężczyzny. Po pierwszym szoku postanawia pójść za sugestią kapitana i zarobić na tej mitycznej istocie. Czy uda mu się wzbogacić i gdzie zaprowadzi go ta nietypowa zdobycz?
Kiedy przeczytałam opis wydawniczy tej książki pomyślałam, że będzie to prawdziwie magiczna historia. Bo jak inaczej mogłoby być, skoro główną bohaterką miała być syrena. W mojej głowie pojawiła się od razu postać pół - kobiety, pół - ryby, która swoją urodą i głosem, zgodnie z tym co mówią legendy, mamiła marynarzy i sprowadzała na nich i ich załogi nieszczęście. Dlatego kiedy okazało się, że nie dosyć, że syrena jest małym paskudnym stworzonkiem, a do tego jest martwa, poczułam się... jeszcze bardziej zaintrygowana. 
Przyznaję, że jestem zaskoczona, że "Syrena i Pani Hancock" to debiut Imogen Hermes Gowar. Autorka operuje bowiem bardzo sprawnie językiem, a do tego stworzyła fascynujący i barwny świat, balansujący pomiędzy szarością brukowanych uliczek, gdzie nie brakuje brutalności i biedy, a magiczną otoczką syreny - tej Pana Hancocka oraz tych, które kusiły mężczyzn przede wszystkim swoim ciałem. Autorka zabrała czytelnika do XXVIII - wiecznego Londynu oddając wiernie realia epoki. Ma on okazję zachwycić się urokliwymi kawiarniami, poczuć zapach kawy i poznać tajemnice domów rozpusty oraz sekrety kurtyzan z "najwyższej półki". To świat pełen kontrastów, w którym kobiety mają władzę, a ich uroda jest kartą przetargową, niejednokrotnie o o wiele większej wartości niż pokaźna sakiewka pełna pieniędzy. Może nie znalazłam w niej wartkiej akcji, ale z przyjemnością rozsmakowałam się we wszelkich niuansach fabuły, dopieszczonej przez autorkę do perfekcji.
 Podsumowując:

"Syrena i Pani Hancock" to książka, która zabrała mnie do świata, który przywodzi mi na myśl powieści Jane Austin. Nieoczywista i nietuzinkowa historia, w której nie zabrakło ironii oraz pierwiastka magii, która przyciąga i kusi niczym mityczna syrena. Odnalazłam w niej również duże pokłady smutku, ukryte skrzętnie pod przepychem domu rozpusty i strojnymi sukniami, a w zasadzie samotności, która może spotkać każdego. Ta historia pokazuje w sposób dosadny, że za pieniądze można kupić wszystko, poza prawdziwą bliskością drugiego człowieka. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros.
https://www.facebook.com/WydawnictwoAlbatros/

"Wendyjska Winnica. Winne miasto" - Zofia Mąkosa [PATRONAT MEDIALNY NIENACZYTANA]

W nozdrza uderza znajomy zapach. Każdy dom jakoś pachnie. Nawet w tym ogołoconym z większości mebli wnętrzu ściany i podłoga emanują won...

Copyright © 2016 NIEnaczytana , Blogger