listopada 30, 2019

Jakim świątecznym bohaterem jesteś?

Jakim świątecznym bohaterem jesteś?
Jeśli miałeś/ miałaś najwięcej odpowiedzi "a", to jesteś... ŚWIĘTYM MIKOŁAJEM

Mikołaj jest głównozarządzającym w przedświątecznych przygotowaniach, dlatego kiedy w końcu ma chwilę oddechu po ciężkiej pracy, kiedy już dostarczy wszystkie zakupy z listy przygotowanej przez panią Mikołajową, to lubi usiąść przed telewizorem i obejrzeć film o... Mikołaju. Jest wielkim miłośnikiem pierogów, które pochłania w każdej ilości, co zresztą widać :D Ale on nie przejmuje się dietą. Podczas świąt najbardziej ceni sobie miłą atmosferę. Od 1 grudnia już nastraja się na święta nucąc pod nosem "Last Christmas", a najlepszy prezent dla niego, to coś praktycznego.

Jeśli miałeś/ miałaś najwięcej odpowiedzi "b", to jesteś... PANIĄ MIKOŁAJOWĄ

Pani Mikołajowa jest królową przedświątecznej kuchni. Ma na głowie cały dom i przygotowania do Wigilii. Wszystko lubi mieć zaplanowane - od zakupów, przez menu, a na prezentach skończywszy. Jej ulubioną potrawą jest barszcz z uszkami, choć nie za bardzo lubi je robić. Najlepszy prezent to książka lub wycieczka w nieznane.

Jeśli miałeś/ miałaś najwięcej odpowiedzi "c", to jesteś... ELFEM

Elf jest wielkim łasuchem, dlatego kubek kakao i ukochane pierniki, to dla niego najważniejszy punkt programu, jeśli chodzi o święta. Lubi podjadać słodycze, narażając się tym samym na gniew pani Mikołajowej. Najlepszy prezent to ciepła czapka albo sweter, który ochroni go przed zimnem. To prawdziwy entuzjasta Bożego Narodzenia, dlatego z emocji zdarza mu się nie spać przed świętami. Tak bardzo martwi się czy wszystko jest zapięte na przysłowiowy ostatni guzik.

Jeśli miałeś/ miałaś najwięcej odpowiedzi "d", to jesteś... RENIFEREM RUDOLFEM

Rudolf jest nastawiony na święta, ale średnio lubi angażować się w przygotowania. Robi to co musi, to co akurat mu każą, ale generalnie stara się schodzić z oczu pani Mikołajowej, aby nie zostać "zaprzęgniętym" do pracy. Lubi świąteczne filmy animowane, a pod choinką najchętniej znalazłby coś smacznego. Nie wyobraża sobie świąt bez śniegu.

Jeśli miałeś/ miałaś najwięcej odpowiedzi "e", to jesteś... GRINCHEM

Nie lubi Bożego Narodzenia i wręcz zgrzyta na zębach widząc pierwsze ozdoby świąteczne w sklepach lub słysząc w radiu "Last Christmas". Najchętniej przespałby ten okres w roku i obudził dopiero po Nowym Roku. Nie lubi zwyczaju dawania prezentów. Stale narzeka, że wszyscy są tacy zadowoleni. Marzy o świętym spokoju, a nie o przedświątecznej krzątaninie.       


All rights reserved - @nienaczytana 

listopada 29, 2019

"Pod tym samym niebiem" - Katarzyna Kielecka

"Pod tym samym niebiem" - Katarzyna Kielecka
Ludzie szukają po prostu szczęści. Niczego więcej. A po to nie muszą docierać do żadnego celu. Wystarczy, że pójdą drogą, którą lubią, którą sami wybrali i gdzieś tam na szlaku dołączą do nich bliscy, którzy będą ich szanować i kochać."
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Kieleckiej. Czy zaliczam je do udanych?

listopada 27, 2019

"Uwierz w Mikołaja" - Magdalena Witkiewicz

"Uwierz w Mikołaja" - Magdalena Witkiewicz
Niby tak tęsknimy za wakacjami, za odpoczynkiem, za tym, żeby zwolnić, żeby wreszcie przestać wciąż pędzić przez ten świat, a jak mamy szansę na właśnie takie nicnierobienie, to w ogóle nie wiemy, jak się zachować. Odzwyczailiśmy się od bycia offline."
Specjalistka od szczęśliwych zakończeń i jej mikołajowa propozycja na tegoroczne święta. Czy i tym razem było z happy endem? 

Każdy z nas ma marzenia. Agnieszka pragnie spędzić Wigilię z babcią, ale babcia ma zupełnie inne plany. Nie godząc się z tym Agnieszka jedzie do domu babci, położonego w samym środku lasu. Jednak jej tam nie zastaje. Jedna śnieżna noc powoduje, że droga do cywilizacji zostaje odcięta, na dodatek przez zaspy brnie do niej święty Mikołaj. Pięcioletnia Zosia chciałaby mieć choinkę taką ogromną jak w centrum handlowym, a pod nią mnóstwo prezentów. Jednak tym razem jej wigilia zapowiada się zupełnie inaczej… Robert, policjant, przyjmuje służbę w święta, bo przecież wszyscy mają rodziny, a on jest samotny. Więc może się poświęcić. Sam w wigilijny wieczór jest też pewien starszy pan z długą siwą brodą, ale mu w ogóle to nie przeszkadza. Jest przekonany, że lubi samotność, a ludzi lubi tylko z daleka. Jego żona natomiast ma aż nadto towarzystwa zwariowanych pensjonariuszy domu opieki "Happy End".
Jedna świąteczna opowieść, wielu bohaterów. I wiele marzeń do spełnienia. Bo może, żeby pięknie spędzić święta, trzeba uwierzyć w Mikołaja?
Ale to było fajne! Dostałam wszystko to, czego oczekiwałabym od książki świątecznej. Magdalena Witkiewicz stworzyła historię, która w klimacie przypomina mi moje ukochane "Listy do M" z tą różnicą, że "Uwierz w Mikołaja" jest o wiele lepsza!
Kiedy myślimy o Bożym Narodzeniu w naszej głowie pojawiają się jak slajdy wspomnienia z ubiegłych świąt. Wielu pomyśli wtedy o rodzinie, o tej wyjątkowej atmosferze, tak charakterystycznej dla tego wyjątkowego okresu w roku. I właśnie ten wspaniały klimat poczujecie podczas lektury najnowszej książki autorki. Będziecie śmiać się do rozpuku dzięki pensjonariuszom domu opieki "Happy End". Autorka stworzyła niesamowite miejsce, w którym mieszkają nietuzinkowe postaci. Nie potrafię wskazać tej jednej, ulubionej, ale już teraz powiem wam, że każda z nich dodaje kolorytu całej historii. Począwszy od Eleonory, która w pełnym makijażu codziennie wybiera się na tamten świat, przez seniora - erotomana, czyli Zenona, który potrafi "jedną ręką wyrwać trzy laski", a skończywszy na Jagodzie, która siarczystym przekleństwem potrafi trafnie podsumować każdą, nawet najtrudniejszą sytuację. I chociaż daleko mi do staruszki, to chętnie zamieszkałabym w tym, jak to określała go właścicielka Krystyna, "domu wariatów". Myślę, że wpasowałabym się w towarzystwo idealnie. Jednak ten wątek, to nie tylko plejada oryginalnych bohaterów. To w moim odczuciu zawoalowane zwrócenie uwagi na temat samotności osób starszych i pokazanie, że jesień życia nie powinna być smutna. Że warto rozejrzeć się wokół. Być może gdzieś w sąsiedztwie mieszka jakaś Sabina, która stawia codziennie dwa talerze do posiłku i zrzędzi pod nosem, utyskując na nieżyjącego męża... Czasem zwykły ludzki gest może rozjaśnić jej dzień. 
W historii Magdy Witkiewicz nie zabrakło postaci, których los nie oszczędzał. Pojawia się w niej bohaterka, która jest ofiarą przemocy domowej. Ujmujące jest jednak to, że mimo, iż nie ma wsparcia z żadnej strony, potrafi zachować optymizm. A wszystko to dla swojej małej córeczki. Jej wątek po raz kolejny pokazuje, jak silna jest matczyna miłość. Przyznaję, że losy tych dwóch kobietek, najbardziej leżał mi na serce podczas lektury.
"Uwierz w Mikołaja" to także opowieść, która uświadamia nam jak bardzo na co dzień skupiamy się na wszechobecnym konsumpcjonizmie. Jak mocno jesteśmy zakorzenieni w tej online'owej rzeczywistości, gubiąc po drodze to co powinno być najważniejsze - obecność najbliższych, a także miłość, która jest fundamentem każdego sukcesu. 
Podsumowując:

Książką "Uwierz w Mikołaja" Magdalena Witkiewicz zdobywa pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu książek świątecznych. To przeurocza, ciepła, zabawna, ale także refleksyjna opowieść o tym, że trzeba mieć oczy otwarte na drugiego człowieka. Że warto wierzyć w Mikołaja, bo on potrafi czynić cuda. Dla jednego takim cudem jest miś znaleziony pod choinką, dla innego "świeżo nabyta" wnuczka, a jeszcze dla kogoś ciepły kąt i życzliwy gest. Pamiętajmy o tym nie tylko od święta.Ta książka ma w sobie prawdziwą magię Bożego Narodzenia. Polecam z całego serca! 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Filia.  

https://www.facebook.com/WydawnictwoFILIA/

listopada 25, 2019

"Zasady magii" - Alice Hoffman

"Zasady magii" - Alice Hoffman
Pamiętaj, że jedynym lekarstwem na miłość jest kochać bardziej."
Lubię czasem sięgać po książki nierzeczywiste, magiczne. Pozwalają się oderwać od codzienności i wkroczyć do zupełnie nieznanego świata. Czy książka Alice Hoffman mnie zaczarowała?
 
W tej rodzinie miłość jest przekleństwem…
Wszystko zaczęło się w 1620 roku, kiedy Maria Owens została oskarżona o czary – ukarano ją za to, że pokochała niewłaściwego mężczyznę.
Kilkaset lat później w Nowym Jorku lat 60., w świecie, który zmienia się z dnia na dzień, Susanna Owens wie, że trójka jej dzieci jest niebezpiecznie wyjątkowa.
Trudna Franny, o skórze białej jak mleko i krwistoczerwonych włosach, nieśmiała i piękna Jet, która potrafi czytać w myślach, i charyzmatyczny Vincent, który odkąd nauczył się chodzić, pakuje się w tarapaty.
Od samego początku Susanna wyznaczyła swoim dzieciom sztywne granice: żadnych wędrówek w świetle księżyca, czarnych strojów, kotów, kruków, świec ani podręczników czarnej magii. A przede wszystkim: żadnych ognistych romansów!
Odwiedziny u ciotki Isabelle w Massachusetts otworzą dzieciom oczy na przeszłość ich rodziny. Na jaw wyjdą skrywane tajemnice i prawda o tym, kim naprawdę są. Po powrocie do Nowego Jorku każde z nich wejdzie na nową drogę i na swój sposób spróbuje uciec od rodzinnej klątwy. Czego by jednak nie robili młodzi Owensowie, nie mogą uniknąć miłosnych rozczarowań i uczuciowych zawodów. 
Po książkę "Zasady magii" sięgnęłam z czystej ciekawości. Nie bez znaczenia był fakt, że obejrzałam kiedyś ekranizację "Totalnej magii", która stanowi drugi tom serii Practical Magic. Nie wiem czy sprawiła to interpretacja scenarzystów i reżysera, czy moje inne wówczas postrzeganie świata, ale dziś odebrałam je zupełnie inaczej. Film był dla mnie bardziej magiczną bają dla dorosłych, a książka "Zasady magii" historią o samotności i odrzuceniu, ukrytymi pod mgiełką tajemniczości. 
Alice Hoffman stworzyła opowieść o... czarownicach, a nawet całej rodzinie czarownic, która lata temu została przeklęta. Miłość była dla nich przeszkodą nie do pokonania, a jeśli zdecydowali się jej poddać, ich wybranków czekała śmierć. Ciężko żyć bez uczucia, zwłaszcza w poczuciu całkowitego wykluczenia społecznego. Autora w losach rodzeństwa: Franny, Jet i Vincenta ukryła wiele smutku. Czytając ją czułam się przygnębiona, wielu bohaterów powieści przyszło mi pożegnać podczas lektury i zawsze towarzyszyło temu poczucie niesprawiedliwości. Książka Hoffman pokazuje, że inność choć społecznie nieakceptowana, nie powinna być skrywana w czterech ścianach. Bo ta odmienność jest nieodłącznym elementem jestestwa. Nie jest łatwo wyrzec się swoich korzeni, a w tym przypadku niezwykłych umiejętności i talentów, nawet jeśli mogą one sprowadzić nieszczęście na ukochane osoby. 
Przyznaję, że jestem zaskoczona tą powieścią. Nie sądziłam, że pod pozornie bajkową historią, kryje się rozbudowane tło psychologiczne. Autorka poruszyła w niej temat nietolerancji, homoseksualizmu, depresji, czy próby samobójczej. Jednak nie zabrakło w niej także chwytających za serce mocy rodzinnych więzi i całkowitego poświęcenia dla jej członków oraz miłości, która choć z założenia skazana na niespełnienie, wiedzie w tej powieści niezaprzeczalnie prym, a jej siła jest tak ogromna, że może stanąć w szranki z samą klątwą.
Podsumowując:
 
"Zasady magii" to na pewno książka niezwykła. Świetnie oddaje klimat lat 60 - tych XX wieku, autorka wiernie odtworzyła w niej tło społeczno - obyczajowe, co stanowi jeden z tzw. "smaczków" tej książki. Tutaj nie wartka akcja gra pierwsze skrzypce, a warstwa psychologiczna ukryta pod opowieścią o czarownicach. To refleksyjna, melancholijna historia o trudach dorastania w poczuciu konieczności udawania kogoś, kim się nie jest. Jednak to przede wszystkim magiczny hołd oddany miłości we wszystkich jej odcieniach. Jeśli lubicie trochę nierealne książki, które jednocześnie poruszają realne problemy, to koniecznie sięgnijcie po "Zasady magii".
 
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros.
https://www.facebook.com/WydawnictwoAlbatros/

listopada 22, 2019

"Przy stole z Hitlerem" - Rosella Postorino

"Przy stole z Hitlerem" - Rosella Postorino
Mój żołądek już się nie buntował: zajął się swoją pracą. Moje ciało przyjęło pokarm Führera, pokarm Führera krążył mi we krwi. Hitler był bezpieczny. Ja znów byłam głodna".
Książki, szeroko rozumiane jako książki z historią w tle, należą do moich ulubionych. Dlatego kiedy zobaczyłam zapowiedź tej powieści, bardzo chciałam ją przeczytać. Czy spełniła moje oczekiwania?

Rodzice dwudziestosześcioletniej Rosy Sauer odeszli, a jej mąż Gregor walczy na wojnie. Zubożała i samotna podejmuje decyzję opuszczenia rozdartego wojną Berlina, by zamieszkać z teściami na wsi. Wydaje jej się, że znajdzie tam schronienie. Pewnego ranka do drzwi pukają esesmani, aby oznajmić jej, że została powołana do bycia testerką Hitlera: trzy razy dziennie ona i dziewięć innych kobiet udają się do tajnej siedziby Hitlera w Wilczym Szańcu, aby próbować jego potraw, zanim on to zrobi.
Zmuszone do jedzenia tego, co mogłoby je zabić, degustatorki zaczynają dzielić się na dwie grupy: fanatyczki lojalne Hitlerowi oraz kobiety takie jak Rosa, upierające się, że nie są nazistkami, pomimo że każdego dnia ryzykują własne życie dla Hitlera. W pewnym momencie wszyscy zaczynają się zastanawiać, czy stoją po złej stronie historii.
Jak powiedziała w jednym z wywiadów autorka, postać Rosy wymyśliła, a jednak ta historia jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Opowiada o losach Margot Wölk - testerki jedzenia Hitlera. Sam fakt szokuje, a jednak opowieść napisana przez Resellę Postorino, jakoś do mnie nie przemówiła...
Dziesięć kobieta, które codziennie igrały ze śmiercią stając się dobrymi obywatelkami swojego kraju, narażały życie dla Hitlera. Ich tragiczna rola jest w tej książce głównym "wabikiem", jednak przedstawienie ich losów było dla mnie za bardzo okrojone. Autorka bardziej skupiła się na stworzeniu historii Rosy, co sprawia, że całość jest bardziej obyczajowa, niż reportażowa, a nie ukrywam, że sięgając po tę pozycję wydawniczą,  liczyłam jednak na to drugie. Fabuła książki jest dosyć nierówna. Są momenty przejmujące, które sprawiają, że czujemy rękę zaciskającą się na naszym czytelniczym gardle, ale są i takie, które nużą i nic nie wnoszą do całości. Tutaj wojna jest potraktowana, w moim odczuciu, zbyt łagodnie i odnoszę wrażenie, że więcej uwagi autorka poświęciła opisom rozważań głównej bohaterki, niż oddaniu, albo chociaż próbie pokazania okrucieństwa wojny.
To co uważam za najbardziej interesujące, to pokazanie dualizmu kobiet "pracujących" dla Hitlera. Te kobiety jadły potrawy przygotowane dla niego i jednocześnie ryzykowały dla niego życiem. Paradoks polega na tym, że nie były nazistkami, a jednak stały w pierwszym szeregu osób, które bezpośrednio go chroniły. To pokazuje, że nie wszyscy Niemcy byli ślepo zapatrzeni w swojego wodza, że wielu z nich cierpiało i było ofiarami rządów Führera.
Podsumowując:

Książka zapowiadała się interesująco, a jednak mnie rozczarowała. Oczekiwałam powieści, która będzie wiernie oddawała ten straszny i niehumanitarny proceder, którego uczestniczkami były kobiety - testerki Hitlera. Niemniej jednak po jej przeczytaniu poczułam apetyt na więcej i chętnie poszukam bliższych informacji związanych z prawdziwą historią kobiety, która stała się inspiracją do napisania "Przy stole z Hitlerem".

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B.
 
https://www.facebook.com/wydawnictwo.wab/

listopada 21, 2019

"Bądź moim światłem" - Agata Przybyłek

"Bądź moim światłem" - Agata Przybyłek
Jej serce i rozum toczyły walkę, a ona jak na złość, nie widziała żadnego dobrego wyjścia z tej sytuacji. Co miała począć? Rozdwoić się? Sklonować? Wiedziała tylko jedno - nie można wiecznie żyć w zawieszeniu."
Po książki Agaty Przybyłek sięgam w ciemno. Na moim regale stoją wszystkie, jakie wyszły spod jej pióra. Dlatego nie mogło tam zabraknąć i najnowszej, zimowej - "Bądź moim światłem".

Czy jeden spacer może zmienić całe życie? Ta historia poruszy wasze serca…
Gdy Magda wraca do mieszkania w pewien listopadowy wieczór, miasto niespodziewanie pogrąża się w mroku. Dziewczyna ma wyjątkowego pecha – nie dość, że w całej dzielnicy nie ma prądu, to jeszcze rozładował jej się telefon. Na szczęście przechodzący akurat z latarką mężczyzna oferuje jej pomoc. Rozmowa i wspólny spacer sprawiają, że między dwojgiem nieznajomych rodzi się nić porozumienia.
W domu na Magdę czeka mąż, z którym od lat kobieta dzieli los – przysięgali przecież, że to na dobre i na złe. Wydaje się jednak, że łączące ich uczucie dawno wygasło. Czy aby na pewno? Ponowne spotkanie z poznanym tamtego pechowego wieczoru mężczyzną sprawia, że Magda ma coraz więcej dylematów. Co wybierze, lojalność czy własne szczęście?
„Bądź moim światłem” to niezwykle dojrzała i przejmująca opowieść o wyborach z gatunku tych najtrudniejszych.

Książka świąteczna Agaty Przybyłek? Na to wskazywałaby magiczna okładka. A jednak nie zakwalifikowałabym jej do tego gatunku. Bo w moim odczuciu to historia, która jest na tyle uniwersalna, że osadzenie akcji akurat w zimie, jest zupełnie przypadkowe. Nie znajdziecie w niej bowiem radosnej atmosfery Bożego Narodzenia, choć jest delikatne do niego nawiązanie. Co zatem kryje "Bądź moim światłem"? 
Cały czas podczas lektury tej książki po mojej głowie krążyły słowa: I choćbym kroczył w ciemności, a miłości bym nie miał, byłbym niczym... Mogłabym je określić parafrazą znanych słów psalmu, a jednak tak bardzo pasowały mi do fabuły... Człowiek kształtuje swoje życie według własnego uznania. Jedni stawiają na karierę, inni marzą o założeniu rodziny. Ale to już chyba jest uwarunkowane genetycznie, że każdy z nas potrzebuje w nim miłości. Ona dodaje skrzydeł, wywołuje uśmiech na twarzy i sprawia, że mamy poczucie, iż możemy góry przenosić. Być może dlatego tak bardzo cierpimy, jeśli ją utracimy...
W najnowszej książce Agata Przybyłek wzięła na barki bardzo trudny temat związany z koniecznością wyboru. Wyboru o tyle trudnego, że między sercem, a rozumem. Ci z was, którzy kiedykolwiek stanęli przed takim dylematem zapewne wiedzą, że nie ma dobrego wyjścia z takiej sytuacji, kiedy serce zaczyna mocniej bić, mimo że nie powinno. Kiedy na naszej drodze pojawia się miłość, której nie zapraszaliśmy, nie szukaliśmy, dla której nie ma miejsca w naszym życiu. Wtedy pojawia się pytanie - czy można? Czy powinno się dać jej szansę, skoro obok jest już druga osoba? Czy możemy dać ponieść się emocjom i tym samym rozbudzić nadzieję w tej drugiej osobie, pozwolić się jej zaangażować i snuć sen, piękny sen o wspólnym życiu? Przyznaję, że podczas lektury targały mną emocje. Były momenty, w których byłam zła na główną bohaterkę, łatwo ją oceniłam i moja ocena miała negatywny wydźwięk. Zaraz potem nachodziła mnie refleksja, że przecież miłość przychodzi niespodziewanie, wtedy, gdy człowiek na nią nie czeka. Z wypiekami na twarzy czekałam jak ułoży się ta niezwykle trudna konfiguracja serc...? I przyszło zakończenie. Kilka razy sprawdzałam, czy to na pewno koniec?! Ale przecież... A może...? I co teraz? Czy na pewno...? A jednak. W moim odbiorze autorka zakończyła swoją historię i nie zakończyła jednocześnie. Nie, nie znaczy to, że finał "Bądź moim światłem" jest zaproszeniem do jej kontynuacji, ale dla mnie jest takim... niedopowiedzeniem? Szansą na zadanie sobie przez czytelnika pytania: jakiego wyboru ja bym dokonał? A co by było gdyby...?  
Podsumowując:

"Bądź moim światłem" to książka pełna emocji. Traktująca o ludzkich słabościach i dylematach, które potrafią zaburzyć spokój i porządek, jaki zapanował w naszym życiu. To opowieść, którą możecie śmiało czytać już teraz. Dojrzała i zmuszająca do refleksji, stawiająca przed odpowiedzią, której nie chcemy, a może nie potrafimy udzielić...? To na pewno jest jedna z takich książek, które zostają w pamięci, bo ogrom emocji, jakie ukryto na jej kartach, nie pozwala o sobie zapomnieć...

listopada 17, 2019

"Choinka cała w śniegu" - Joanna Szarańska

"Choinka cała w śniegu" - Joanna Szarańska
Bo przecież w święta nie liczył się suto zastawiony stół. Liczyła się atmosfera, najważniejszy był ten czas spędzony wspólnie".
Na tę książkę świąteczną czekałam najbardziej! Wielokrotnie pisałam, że świąteczne powieści Joanny Szarańskiej zajmowały od dwóch lat pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu. Czy i tym razem autorce udało się poruszyć moje serce?

Chwytająca za serce opowieść o ludziach, których w święta połączy wyjątkowa więź.
W bloku przy ulicy Weissa prym wiedzie pani Michalska – dozorczyni zawsze gotowa służyć pomocą. Mieszkańcy przychodzą do niej po rady i wsparcie, a kiedy nadchodzi ten niezwykły czas, to jej najbardziej zależy na tym, by sąsiedzi byli sobie bliscy jak rodzina. Zanim jednak wszyscy zaczną świętować, muszą wyjaśnić sobie kilka spraw. Pomoc potrzebującym nie tylko ich zjednoczy, ale i sprawi, że odkryją w końcu, co jest naprawdę ważne. W codziennym zabieganiu warto na chwilę przystanąć i zachwycić się magią świątecznego drzewka.
Blask lampek choinkowych, iskrzący się biały puch za oknem, spotkania i rozmowy z najbliższymi… Niech te święta będą niezapomniane!
Magia bloku przy ulicy Weissa jest niepodważalna. Przynajmniej dla mnie. Od pierwszego tomu, w którym poznałam bohaterów tej serii wiedziałam, że będę się czuła tam zawsze jak u siebie. Bo i też postaci wykreowane przez Joannę Szarańską już takie są - swojskie. Każdy z nich jest jakiś i to jakiś przez duże J. Autorka pokusiła się o stworzenie całej plejady postaci pierwszoplanowych, które jak te bombki choinkowe na drzewku przed blokiem, są każda z "innej parafii". 
W "Choince całej w śniegu" autorka dużo miejsca poświęciła mamom. Mamy zaborczą mamę, której wydaje się, że tylko ona najlepiej zaopiekuje się swoim dzieckiem, która odtrąca wszelką pomoc, gubiąc gdzieś zdrowy rozsądek i czas dla innych domowników. Mamy mamę, która "zmęczona" dyrygowaniem swoimi dziećmi postanawia skroić akcję na szeroką skalę i zająć się... całą parafią. Mamy mamę, która nie skupia się na nastoletniej córce, bo sama odnajduje swoją pasję już nie tylko w sprzątaniu, ale w zdobywaniu Instagrama. No sporo się dzieje, a to wszystko okraszone sporą dawką humoru.
Kolejny raz Joanna Szarańska stworzyła historię, która otula swoim ciepłem i dobrem bijącym z kart tej książki. Wszystko pięknie splata się w mrugającą całą feerią barw opowieść, o ludziach, którzy pomimo codziennych problemów potrafią się zjednoczyć. I to jest tak ujmujące, bo w dzisiejszych czasach jest to niestety towar deficytowy...
To co najbardziej urzeka mnie w świątecznej odsłonie autorki, a najdobitniej dotarło do mnie po lekturze "Choinki całej w śniegu", to ich uniwersalne przesłanie. Tu nawet nie chodzi o okres przedświąteczny, nawet nie o Wigilię. Jej książki pokazują, że najważniejsze, aby być razem. Nieistotne czy mamy jodełkę, czy jej nie mamy. Ważne, że kiedy ktoś ma kłopoty potrafimy rzucić wszystko i biec na pomoc. I tak powinno być nie tylko od święta, a każdego dnia. Bo przecież dobro mnoży się, kiedy się je dzieli.
Podsumowując:

Tak jak się spodziewałam i tym razem autorce udało się dotrzeć do moich pokładów wrażliwości. Jakby to powiedziała pani Michalska, podczas lektury coś mnie połaskotało pod lewym okiem, a nawet pod prawym. I tylko tak się ciężko rozstać... Koniecznie przeczytajcie całą serię, bo wtedy poczujecie tę magię równie mocno, jak ja ją poczułam. Pełne dobra, zwyczajnej ludzkiej życzliwości i ciepła - takie są świąteczne książki Joanny Szarańskiej. Polecam!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję autorce.
 

https://www.facebook.com/joannaszaranska/



listopada 16, 2019

"Dziewczyna kata" - Magda Knedler

"Dziewczyna kata" - Magda Knedler
Wielka historia zawsze wchłania jednostki, tak jak wielkie panoramy wchłaniają detale."
Tajemnicza okładka mnie uwiodła i bardzo chciałam przeczytać "Dziewczynę kata". Czy spełniła moje oczekiwania?

Julia Zan, młoda dziennikarka, prowadzi w lokalnym radiu program o zabytkowych przedmiotach. Zainteresowana tajemniczymi losami cennego pucharu Messenhamera zgłębia historię wrocławskiego skarbu z Bremy. Trop wiedzie do ekscentrycznego jubilera, dzięki któremu dowiaduje się o istnieniu tajemniczej broszy.
Julia po śladach broszki kroczy przez siedemnastowieczny Presslaw, mija stosy i szubienice, patrzy na wybuch wojny trzydziestoletniej i miasto ogarnięte morową zarazą. Tajemniczy przedmiot skrywa prawdę o ludzkich namiętnościach. Miłość, zazdrość i nienawiść zostały na zawsze utrwalone w szlachetnym kruszcu.
Czy to za sprawą czarów wszystko zaczęło się od Magdaleny, pięknej dziewczyny w czerwonej sukni zakochanej w miejscowym kacie? A może od Heinricha, młodego złotnika, którego kamienna głowa – jak głosi legenda – do dzisiaj tkwi w ścianie wrocławskiej katedry? 
Przyznaję, że do tej książki podchodziłam kilka razy. Zaintrygowana opisem z dużym entuzjazmem chwyciłam za "Dziewczynę kata", ale jakoś nie było nam po drodze. Nie potrafiłam się wczytać, a jak już zaczęłam się w miarę 'dobrze czuć w jej towarzystwie', to ze względu na fakt, iż kolejne karty nie dostarczały mi czegoś przełomowego, co sprawiłoby, że będę czytać z wypiekami na twarzy, skapitulowałam...
Nie wiem, być może była to kwestia oczekiwań. Miałam nadzieję na pasjonującą podróż w czasie i zgłębianie tajemnicy pucharu Messenhamera oraz broszy, ale mnogość wątków i faktów z życia bohaterów sprawiły, że mniej więcej w połowie książki straciłam chęć, aby dotrwać do finału jej poznania. I zapewne gdybym miała ją ot tak w swoim księgozbiorze, to nie doczytałabym do końca, ale skoro była egzemplarzem recenzenckim, to postanowiłam dać jej szansę. I było warto.
Na plus na pewno zasługuje drobiazgowa, a wręcz koronkarska praca autorki, która stworzyła coś na kształt fabularnej rozprawy naukowej zmierzającej do zbadania historii wyjątkowego przedmiotu. Widać, że temat sztuki został tutaj dopieszczony i nie można się przyczepić do potraktowania go powierzchownie. W moim odczuciu ciekawsza była ta część fabuły, która odnosiła się do przeszłości. Opisy dotyczące specyfiki pracy kata czy procesów kobiet oskarżonych o czary, stanowią dla mnie jedną z najbardziej interesujących części tej książki. Przełom w myśleniu o niej nastąpił u mnie w momencie rozbudowania wątku Barbary. Tutaj nareszcie poczułam, że coś zaczyna się dziać, a ja w końcu zaczynam dostrzegać wartość tej historii i wyciągać swoje wnioski. Gdybym miała odpowiedzieć o czym jest, to zapewne patrząc na jej "zewnętrzną warstwę" powiedziałabym, że o badaniu historii pucharu i broszy. Jednak zagłębiając się głębiej w fabułę odkrywamy historię o kobietach, tak różnych i podobnych jednocześnie. Każda z nich miała swoją misję i każda z nich musiała się zmierzyć z rzeczywistością, w której przyszło jej żyć. I to właśnie możliwość poznawania ich natury, traktuję jako swoją prywatną wartość wyniesioną z lektury "Dziewczyny kata".

Podsumowując:

"Dziewczyna kata" to opowieść o miłości, nienawiści i zemście. To pozycja dla osób, które w czytelniczej hierarchii wyżej stawiają drobiazgowe potraktowanie tematu, ponad wartką akcję. Tutaj fabuła rozwija się niespiesznie, ale za to możemy poznać wiele szczegółów dotyczących m.in. codzienności ludzi żyjących w XVII wieku. Jeśli lubicie tematykę związaną z historią sztuki, meandrami jej badania, to ta książka na pewno wam się spodoba. Myślę, że śmiało można określić ją mianem ukłonu w kierunku historii  Wrocławia. Z pewnością przyciągnie miłośników legend i zgłębiania sekretów z przeszłości tego miasta.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu MANDO. 

https://www.facebook.com/wydawnictwomando/

listopada 13, 2019

"Echa niewierności" - Edyta Świętek [PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana]

"Echa niewierności" - Edyta Świętek [PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana]

Co za życie w tym kraju? Tutaj nawet odetchnąć swobodnie nie można!
Zakończenie pierwszego tomu cyklu "Grzechy młodości" sprawiło, że z niecierpliwością czekałam na kontynuację. Czy "Echa niewierności" utrzymały poziom "Rzeki kłamstw"?

Autorka zaprasza w podróż do Bydgoszczy lat siedemdziesiątych. Ukazuje w niej codzienne radości i smutki, problemy wychowawcze i uroki rodzicielstwa oraz inne sprawy przeciętnej polskiej rodziny, które splatają się z realiami życia w minionej epoce. 
Oderwać się nie mogłam! Tak mnie pochłonęły dalsze losy rodziny Trzeciaków, że momentami zapominałam, że żyję w XXI wieku. Autorce ponownie udało się zabrać mnie w podróż w czasie do lat może mało pozytywnych, w kontekście sytuacji naszego kraju, ale w niczym nie ustępujących ważnością innym, którymi raczy nas historia. 
W drugim tomie na pierwszy plan wysuwa się Tymoteusz, Elżbieta i ich rodzina, a więc bohaterka, której najbardziej kibicowałam po przeczytaniu "Rzeki kłamstw". Jest ona kobietą zdominowanej i zaszufladkowaną, gdzieś między garnkami, a pieluchami. Kobietą będącą na wyłączne usługi męża i dzieci, pozbawioną własnych potrzeb. Czy wydarzenia jakie miały miejsce na końcu pierwszego tomu to zmieniły? Zdradzę tylko, że tej parze nie będzie łatwo przetrwać. Będą musieli się borykać między innymi z problemami wychowawczymi, których dostarczą im najstarsze latorośle. Na nudę z całą pewnością nie będą narzekać!
W "Echach niewierności" poza przedstawieniem dalszych losów znanych już bohaterów, autorka ponownie stworzyła niebywały klimat lat 70 - tych, ukazując z dużą dbałością o szczegóły, życie przeciętnej rodziny "epoki Gierka", działania Służby Bezpieczeństwa, zachowując jednocześnie realizm okresu PRL - u. Nie zabrakło w niej codziennych problemów związanych z brakami podstawowych towarów, trudnościami z otrzymaniem przydziału mieszkaniowego, czy dramatyczną walką z systemem o wolność, która jest tutaj tożsama z "możliwością oddychania pełną piersią bez obawy przed aresztowaniem za wyrażanie myśli i emocji".
Nasuwa się zatem pytanie: do czego odwołuje się tytuł książki? "Echa niewierności" to w moim odczuciu bardzo dobrze dobrana myśl przewodnia tego tomu, która odnosi się nie tylko do zdrady w kontekście niewierności w małżeństwie, ale także do dylematów związanych z rozdarciem między przekonaniami, a koniecznością, czy raczej potrzebą pomocy najbliższej rodzinie. Autorce udało się ukazać rozważania poszczególnych bohaterów, a najciekawsze wydają się te Agaty, która jako osoba będąca za panującym ustrojem, w wyniku działań brata, zaczyna mieć wątpliwości, aby w końcu dojść do dosyć zaskakujących wniosków. 
Szarość dnia codziennego epoki PRL - u, choć wiodąca, nie jest jedynym wątkiem poruszonym przez Edytę Świętek. Za serce chwyta bezwarunkowa miłość między Gienkiem, a Justyną, która została wystawiona na ciężką próbę. Niejednokrotnie miałam łzy w oczach i byłam rozgoryczona, że tych dwoje ma tak pod górkę. Nie chcę już wspominać o zakończeniu, które zostawiło mnie z otwartymi ustami i niecenzuralnym słowem na końcu języka. Ech... Kiedy premiera kolejnego tomu?!
Podsumowując:

Myślę, że stwierdzenie, iż Edyta Świętek czuje się w opisywanej przez siebie rzeczywistości lat 70 - tych, jak ryba w wodzie, nie będzie na wyrost. To po prostu czuć z każdą przewracaną stroną. Jej wnikliwość i dbałość o szczegóły sprawia, że zostajemy wchłonięci przez fabułę. Co więcej, mamy wrażenie, że i my należymy do tej bydgoskiej rzeczywistości, a bohaterowie to nasi dobrzy znajomi. Tutaj się tyle dzieje, że nie mogę się wprost doczekać, co też autorka zgotowała dla Trzeciaków w kolejnym tomie. Polecam! 

Za możliwość objęcia książki patronatem medialnym oraz egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Replika.
https://www.facebook.com/WydawnictwoReplika/


listopada 12, 2019

"Przepisy Joli. Złote przeboje" - Jola Caputa

"Przepisy Joli. Złote przeboje" - Jola Caputa
Gotowanie, to poza książkami, moja druga pasja. Lubię eksperymentować w kuchni, wypróbowywać nowe receptury i szukać prostych rozwiązań, które pomogą mi stworzyć w moim małym kulinarnym królestwie prawdziwe cuda. Uważam, że nie sztuką jest przygotowanie atrakcyjnego smakowo dania mając do dyspozycji składniki z tzw. górnej półki. Sztuką jest zawładnąć podniebieniem domowników czy gości, tworząc danie na bazie podstawowych produktów, które często znajdujemy w lodówce lub możemy dostać w każdym sklepie spożywczym.
Książki z serii Przepisy Joli mają swoje szczególne miejsce na mojej półce w kuchni. Chętnie z nich korzystam, bo zawierają przepisy łatwe w przygotowaniu, choć nie brakuje w nich dań o zwiększonym poziomie trudności. Ich wydanie za każdym razem karmi moją okładkową srokę i wewnętrzną estetkę. Są bardzo kobiece i pięknie się prezentują w kuchennym królestwie każdej gospodyni domowej.
"Złote przeboje" to zbiór przepisów, które spotkały się z największym uznaniem rodziny autorki oraz czytelników jej bloga. Książka podzielona jest na rozdziały: przekąski, obiad, na słodko, sałatki i surówki, słoiki, alkohol. Poszczególne działy oddziela miejsce na notatki pięknie zdobione printem, który jest wiodący dla całej szaty graficznej. 
Poza sprawdzonymi przepisami znajdziecie w niej także kilka porad i trików jak chociażby: jak uratować zbyt pikantne danie, jak sprawić, aby ser żółty nie przywierał do tarki, czy jak ugotować idealne jaja na twardo. 
Przepisy zawarte w książce oceniam na raczej łatwym lub średnim poziomie trudności. Oczywiście wszystko zależy od naszych zdolności i umiejętności. Jednak ten stan rzeczy sprawia, że będą z niej mogli skorzystać zarówno początkujący 'amatorzy patelni', jak i ci, którzy mają już większe doświadczenie.
Podsumowując:

Być może nie będę do końca obiektywna jeśli chodzi o kolejną książkę z serii Przepisy Joli, bo jestem jej fanką, ale może to świadczy tym bardziej za tym, że warto się skusić i sięgnąć po jej papierową wersję przepisów. To nie tylko fajna pomoc w gotowaniu, źródło nowych receptur i inspiracji, ale także doskonały pomysł na prezent dla kogoś bliskiego.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki.
https://www.facebook.com/edipresseksiazki/
 

listopada 11, 2019

"Dzień, w którym Cię poznałam" - Magdalena Majcher

"Dzień, w którym Cię poznałam" - Magdalena Majcher

Miała rację. Każdy żył swoim życiem, nie zwracając uwagi na innych. Kiedyś ludzie byli wobec siebie serdeczniejsi, pomagali sobie. Sąsiedzi się znali, rozmawiali ze sobą, odwiedzali się, a teraz każdy chce zachować anonimowość, nie musieć poświęcać drugiemu człowiekowi więcej uwagi, niż to konieczne. Panowała znieczulica, ludzie woleli się nie wtrącać, a zwykła pomoc była na wagę złota".
Magdalena Majcher napisała książkę o miłości! Ta wiadomość była dla mnie nie lada zaskoczeniem. Jak jej wyszło to zimowe love story?

Maja ma pracę, za którą nie przepada, i męża, którego nawet nie lubi. Ma też marzenia i za mało odwagi, aby je spełniać. Kiedy jednak wygrywa w konkursie na najciekawszy pomysł na reportaż, a wydawnictwo wiąże duże nadzieje z jej książką, łapie wiatr w żagle i zaczyna wierzyć w to, że chcieć to móc. Wyjeżdża na kilka tygodni do Gdańska, gdzie zbiera materiały do książki, nie spodziewając się, że ten wyjazd odmieni całe jej życie.
Czy powinniśmy rezygnować z miłości, która się przytrafia, bo czas, miejsce i okoliczności są nieodpowiednie?
Czy musimy dotrzymywać obietnic, które składaliśmy jako inni ludzie? 
Nie od dziś wiadomo, że Magdalena Majcher jest specjalistką od brania na tapet trudnych tematów. W jej książkach przewijają się niejednokrotnie takie, których do tej pory nikt nie postanowił wpleść w fabułę powieści obyczajowej. A jednak o miłości, tej romantycznej, jeszcze u niej nie było. Tym bardziej byłam ciekawa, jak autorka poradziła sobie z tym łatwym, ale tylko pozornie, tematem.  
Zgodnie z tym co podejrzewałam, zanim w ogóle sięgnęłam po "Dzień, w którym Cię poznałam", Magdalena Majcher pozostała wierna sobie i nie stworzyła ckliwej opowieści o zakochanych, a wnikliwe stadium umierającego związku i fascynacji nową osobą. Pokazała dylematy kobiety, która zupełnie niespodziewanie spotyka na swojej drodze mężczyznę, na którego wydaje się, zawsze czekała. Małżeństwo nie przynosi jej tego czego oczekiwałaby od związku, brakuje porozumienia dusz między nią, a jej mężem, tym samym TEN trzeci pojawia się we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Jednak jeśli myślicie, że ta historia jest przedstawiona w sposób zero/jedynkowy, to niestety, wcale nie jest tak łatwo. Autorka nie dostarcza czytelnikowi jasnej odpowiedzi na pytanie: Czy powinniśmy rezygnować z miłości, która się przytrafia, bo czas, miejsce i okoliczności są nieodpowiednie? Śledząc poczynania głównej bohaterki. sami musimy spróbować na nie odpowiedzieć, choć nie wiem czy da się uczynić to jednoznacznie. Czy odpowiedź nie jest bowiem uzależniona od punktu widzenia? Inaczej odpowie osoba, która jest akurat na uczuciowym zakręcie, inaczej TA trzecia, a jeszcze inny punkt widzenia będzie miała zdradzana żona, czy zdradzany mąż. Czyli w teorii miało być łatwo, a wydaje mi się, że autorka postawiła sobie sama poprzeczkę bardzo wysoko. 
To co cechuje książki Magdaleny Majcher to to, że nie pisze ona po prostu o miłości, czy po prostu o życiu, choć określenie "po prostu" może nie jest tutaj adekwatne. Zmierzam do tego, że buduje ona wartościowe tło wydarzeń, które staje się tym samym bohaterem całej historii. I tak też było tym razem. Na uznanie zasługuje podjęcie przez nią tematu Solidarności, ale w ujęciu nie tyle jako ważnego okresu na kartach historii naszego kraju, ale przede wszystkim ukazanie go oczami zwykłych ludzi, którzy dziś z polityką nie mają już nic wspólnego, a wtedy potrafili się zjednoczyć dla dobra wszystkich Polaków. Bo wszak z ich opowiadań "tworzy się ta wielka historia, o której czytamy w podręcznikach i opracowaniach". 
Podsumowując:

"Dzień, w którym Cię poznałam" to kolejna udana odsłona autorki. Stworzyła ona bardzo dojrzałą opowieść o ludzkich dylematach i miłości, która przecież może spaść na nas zupełnie niespodziewanie, nawet jeśli nasze życie wydawało nam się uporządkowane. Pozostała ona jednak wierna sobie i stworzyła solidny fundament dla całej historii, odwołując się do jednych z ważniejszych wydarzeń dla naszego kraju. Wplotła w nią gorzką refleksję dotyczącą czasów nam współczesnych. Poprzez zestawienie ich z podejściem do życia i wspólnej sprawy ludzi działających w Solidarności, pokazała jak bardzo się zmieniliśmy. Nie potrafimy już pójść ręka w rękę, a co gorsze - wzajemna agresja rośnie. Dopóki będą nas dzielić różnice w poglądach politycznych, dopóty nie będziemy mogli mówić o pojęciu wspólnego dobra. Smutne to, ale tak prawdziwe... Brawo za stworzenie pełnowartościowej historii o miłości, która niesie ze sobą o wiele więcej. A to wszystko ukryte za piękną, zimową okładką. Polecam gorąco!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję autorce oraz Wydawnictwu PASCAL.

https://www.facebook.com/magdalenamajcherautorka/
https://www.facebook.com/WydawnictwoPascal/

listopada 10, 2019

"Matki i córki" - Ałbena Grabowska

"Matki i córki" - Ałbena Grabowska
Człowiek przeżuty przez wspomnienia innych się nie liczy. Jest tylko nieistniejącą fotografią, słowami, które przeinacza pamięć, zapachem, który nie dotarł do nozdrzy. Nikim. Jakby nigdy nie istniał".
O tym, że chcę przeczytać najnowszą książkę Ałbeny Grabowskiej wiedziałam jak tylko zobaczyłam zapowiedź. W moim odczuciu jej książki są wyjątkowe. Czy tak było i tym razem?

Prababka, babka, matka i córka zmagają się z przeszłością. Maria podążyła za mężem zesłańcem na Sybir. Sabina była więźniarką obozu koncentracyjnego Ravensbrück, przebywała na bloku, gdzie dokonywano eksperymentów medycznych na kobietach. Magdalena straciła ukochanego i samotnie wychowywała córkę w PRL-u. Lila żyje z piętnem dziecka niekochanego i uwikłanego w tajemnice. Każda z nich mierzy się z macierzyństwem w innych okolicznościach i dla każdej jest to doświadczenie przełomowe. W domu bez mężczyzn kłębią się sekrety, niewyjaśnione historie opowiadane przez żywych i martwych. Pod wpływem tych opowieści najmłodsza z bohaterek zastanawia się, jakie dziedzictwo przekaże swoim dzieciom. Próbuje poznać przeszłość, ale co chwilę natrafia na mur niedopowiedzeń, kłamstw i przeinaczeń. Czy wystarczy oswoić własną historię, żeby przezwyciężyć strach przed bliskością?
Cztery kobiety, których losy przeplatają się z historią XX wieku. Cztery naznaczone traumą matki. Cztery córki, które borykają się z rodzinną historią i próbują odkryć własne korzenie.
Czasem zdarzają się książki, po lekturze których, zupełnie nie wiem co napisać. Musi upłynąć trochę czasu, aby galopujące myśli wkroczyły na właściwy tor, a słowa poukładały się w rozsądną całość. I tak było w przypadku książki "Matki i córki". 
Zazwyczaj nie czytam opinii innych, zanim sama nie napiszę co myślę, ale docierały do mnie różne głosy, że początek historii ciężki, a potem już wielki pozytyw. U mnie tak nie było. Początek mnie zaintrygował, a nawet zdziwił, nie wiedziałam do końca jaki jest zamysł autorki zwłaszcza jeśli chodzi o "duchy" babki i prababki najmłodszej z rodu. Potem kolejne elementy zostały drobiazgowo przedstawione, aby na końcu połączyć się w nadal intrygującą całość.
Gdybym miała napisać o czym jest ta książka, to zapewne powiedziałabym, że przede wszystkim o kobietach, ale ze szczególnym wskazaniem na wątek poszukiwania własnej tożsamości. Ukazuje ona bowiem losy czterech pokoleń przedstawicielek płci żeńskiej, które musiały zmagać się z trudnościami życia. Nie były to jednak typowe problemy jak przykładowo złamane serce czy choroba, a coś znacznie trudniejszego, traumatycznego i wywołującego w czytelniku, mimo wszystko, niedowierzanie. Piszę mimo wszystko bo tematyka zsyłek na Syberię czy obozu w Ravensbrück pojawiła się w wielu książkach. Jednak w "Matkach i córkach" czuć ogrom cierpienia i smutek, na który składa się przede wszystkim swoistego rodzaju fatum, klątwa jaka wisi niejako nad Marią, Sabiną, Magdaleną i Lili.
W tym miejscu pozwolę sobie jednak na refleksję, jaka pojawiła się w mojej głowie po przeczytaniu najnowszej książki Ałbeny Grabowskiej. Mam cały czas poczucie, że ona niejako wyziera z samego dna tej historii, a mianowicie poczucie kobiecej samotności i bezsilności wobec realiów, w których przyszło im żyć. Bez względu na talent, dobre pochodzenie, czy silny charakter padły ofiarą swoich czasów, zostały przez nie wessane i okrutnie przemielone, aby zacząć życie od nowa, ale już jako zupełnie nowe osoby. Drugą kwestią, która mnie osobiście bardzo poruszyła, to temat braku zdolności do miłości, która prowadzi do tego, że kobiety zaczynają przypominać niedostępną twierdzę, zupełnie jak te okładkowe róże. Znamienne wydają się słowa: "Nie była surowa, okrutna, dziwna, zaborcza. Była obojętna. A obojętność jest brakiem miłości. W nienawiści jest więcej uczucia niż w niechęci..."
Podsumowując:

To nie jest lekka książka, którą można przeczytać na przysłowiowy raz. To jest książka wymagająca, smutna, a jednocześnie tak bardzo angażująca emocjonalnie. Jeśli poświęcicie jej maksimum waszej uwagi, to jestem przekonana, że odwdzięczy wam się tym, co ma najlepszego. A wartościowych elementów w niej nie brakuje.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Marginesy.



https://www.facebook.com/wydawnictwomarginesy/




"Smartfonowe dzieciaki" - Julianna Miner - patronat medialny NIEnaczytana [PREMIEROWO]

Masa dorosłych, wliczając w to rodziców, nadużywa mediów społecznościowych i samych telefonów. Tak jak palenie u rodziców jest wskazówką...

Copyright © 2016 NIEnaczytana , Blogger