lipca 19, 2019

Mój pierwszy raz z Legimi 😉

Mój pierwszy raz z Legimi 😉
Jak zaczęła się moja przygoda z Legimi? W zasadzie bardzo prosto. Kilku znajomych polecało mi tę aplikację. Jednak ja jakoś nie byłam do końca przekonana. Na pewno wpływ na to miał też fakt, że byłam wtedy posiadaczką czytnika, które ma ograniczone możliwości w kooperacji z Legimi. 
Akurat tak się złożyło, że postanowiłam kupić nowy czytnik. Wtedy stwierdziłam, że nie ma przeciwwskazań, aby kupić taki, który będzie kompatybilny z tą aplikacją. Mój wybór padł na PocketBook Lux 4.
Dużo czytałam o Legimi, jak odpalić aplikację na tym konkretnym czytniku w internecie. I w zasadzie to wystarczyło, bo sam proces zakładanie konta i korzystania z niego jest bardzo intuicyjny. Nie wytłumaczę Wam technicznych kwestii ale mogę Was odesłać do źródła, z którego ja korzystałam w momencie wątpliwości, a mianowicie do strony swiatczytnikow.pl

Ale wróćmy do moich początków. Zaczęłam od tego, że założyłam konto na stronie www.legimi.pl. To naprawdę nic trudnego, strona prowadzi Was krok po kroku przez poszczególne etapy. Na początku macie możliwość skorzystania z 14 darmowych dni, aby sprawdzić czy Wam się spodoba (chociaż wątpię, aby było inaczej 😉). Po tym okresie decydujecie jaki pakiet wybieracie. Ja zdecydowałam się na samym początku na taki, w którym mam dostęp do e-booków z umową na 12 miesięcy. Można wybrać też z możliwością dodatkowego dostępu do audiobooków, a nawet taki, w którym dostajecie czytnik. Macie kilka możliwości więc tu już sami musicie przemyśleć, co Wam będzie najbardziej odpowiadało. Aplikacja przypomina o kończącym się okresie próbnym więc nie ma zagrożenia, że zapomnicie o tym, aby podjąć decyzję.
Założyłam konto i mogłam przejść do raju. Serio, tak się poczułam. Nieograniczony dostęp do książek z różnych gatunków. Wystarczy wybrać, ściągnąć na półkę i jest! Są oczywiście i takie e-booki, które są dodatkowo płatne ale generalnie mamy do dyspozycji całe mnóstwo, które w ramach abonamentu przez nas wybranego, mamy w zasadzie za darmo. Mówię w zasadzie, bo oczywiście po próbnym, 14 - dniowym bezpłatnym okresie będziecie ponosić opłatę za korzystanie z aplikacji. Dla mnie to w sumie nie są duże pieniądze. I już Wam wytłumaczę dlaczego. Jak wiecie egzemplarze recenzenckie są papierowe. Kiedyś czytałam tylko takie, ale odkąd odkryłam e-booki, to wolę tę formę czytania i zdarzało mi się kupować je mimo posiadania wersji papierowej. Tak, wiem - totalna głupota. No ale robiłam tak i dlatego opcja #czytamzlegimi wydała mi się idealnym rozwiązaniem. W tym miejscu muszę wspomnieć też o ograniczonych możliwościach lokalowych - w końcu wirtualna półka nie zajmuje miejsca, a i mąż nie widzi ile książek na nią trafia 😉
Kiedy już założyłam konto na stronie www.legimi.pl musiałam zsynchronizować je z moim czytnikiem. Po włączeniu Wi-fi, na dole ekranu pojawiła się ikona Legimi. Wystarczyło wejść do aplikacji, aby zobaczyć swoją półkę. W przypadku tego modelu czytnika ściąganie książek na półkę odbywa się za pomocą komputera. Trzeba zalogować się na swoje konto przez przeglądarkę, wybrać interesującą nas pozycję wydawniczą i kliknąć 'dodaj na półkę'. Potem wchodzicie w aplikację na czytniku i dajecie synchronizuj. Wtedy wybrane książki pojawiają się też na urządzeniu, wystarczy pobrać i otworzyć. I można cieszyć się lekturą. 
Z Legimi korzystam od dwóch tygodni i jestem bardzo zadowolona. Ten artykuł nie będzie niczym odkrywczym dla tych z Was, którzy znali przede mną tę aplikację. Ale wiem, że są i tacy, którzy się zastanawiają. Ja polecam, a Wy dajcie się skusić 😉

Wpis powstał we współpracy z Legimi.
https://www.legimi.pl/

lipca 18, 2019

Autor skrojony na miarę - Agnieszka Lis

Autor skrojony na miarę - Agnieszka Lis
Element garderoby jako mój znak rozpoznawczy – czy jest coś, co cię wyróżnia, na co zwracasz szczególną uwagę w kwestii ubioru?

Buty! Kiedyś je policzyłam i pod żadnym pozorem nie przyznam się, ile ich mam. Jeszcze, nie daj Boże, mój mąż przeczyta. Wprawdzie sam wieszał mi specjalne druciane półki na buty, w specjalnie przygotowanej do tego celu garderobie... ale lepiej nie. Konkretna ilość mogłaby przekroczyć jego granice tolerancji.

Najbardziej cenię sobie szpilki. Ale w ogóle żadnym wysokim obcasem nie pogardzę. Kolory dowolne. Mogą być odlotowe. Wzory - jak najbardziej. Wielokolorowe - chętnie. A jeśli do tego jakiś fason jest ciut zwariowany, to już z definicji lubię. I w sumie nieważne, zimowe, czółenka, sandałki... jeśli są na obcasie, to są piękne. Może być nawet koturn. No, czasami ;-)

Mam oczywiście baleriny i różne inne fasony, ale to zwykle chwilowe zauroczenia. Oczywiście, mam też jakieś buty sportowe, nawet trampki. Są fioletowe, z pomarańczowymi sznurówkami ;-) Do szpilek wracam zawsze.

Podobno u mnie w pracy można mnie rozpoznać po krokach. Po prostu obcasy słychać z daleka...

Nigdy nie ubrałabym się w...?

W sukienkę zbyt krótką i zbyt obcisłą. Nie lubię eksponować nadmiernie ciała. Chociaż... kobieta jednak nie jest stała w uczuciach. Dekolt - to jest coś, czego się nie boję.
Czy przywiązujesz uwagę do stroju, który zakładasz na spotkania autorskie? Dlaczego?

Oj tak, ogromną! Strój na spotkaniu autorskim wyraża mój stosunek do Czytelników. Przyjść na spotkanie z Czytelnikami w dżinsach i sweterku? Wykluczone! Raz jeden sobie na to pozwoliłam, przyjechałam prosto z pociągu, miałam na sobie spodnie i elegancką bluzkę. I te spodnie... do dzisiaj pamiętam, jak nieswojo się czułam.

Mam zestaw kilku sukienek, które zakładam na spotkania autorskie. Do nich dobieram różne dodatki. Często kolorowe. Buty, najczęściej kontrastowe w kolorze, często apaszka lub szal. Ewentualnie biżuteria, też zdarza się kolorowa.

Nie jestem bardzo “ciuchowa”, tych kilka sukienek mi wystarcza. W zestawieniu z różnorodnymi akcesoriami, przynajmniej jak dotychczas ;-) Od czasu do czasu coś ubraniowego dokupuję, ale niezbyt wiele. Z wyjątkiem butów, oczywiście.

Dużą wagę przywiązuję do makijażu. W domu mogę sobie chodzić nieumalowana, do ludzi tak nie wyjdę! Jestem okropnie niefotogeniczna, bez makijażu nie wyglądam. Więc codziennie rano muszę sobie namalować twarz, bo inaczej nie istnieję... ;-)

Kiedy musisz się przygotować do wyjścia to czy wcześniej przygotowujesz swój outfit, czy zdajesz się na przypadek?

Przypadek? Na przypadek to się może zdać Cindy Crawford! Stały zestaw sukienek, o których wspomniałam, bardzo mi w tym pomaga. Jest bazą, ale do tego opracowuję dodatki, i bardzo często to ich właśnie szukam w sklepach. Ciekawostek.
Poza tym, szczególnie na targi książki, czyli największe książkowe imprezy, poszukuję konceptu na strój, czegoś związanego z wydaną ostatnio książką.
Tak ostatnio wyszło, że do Pocztówek ubrałam letnią sukienkę oraz złote sandałki... ze skarpetkami. Kapelusz z wielkim rondem i przeciwsłoneczne okulary. Rozbawiłam chyba targowych gości, a w każdym razie przekonałam się, że Czytelnicy znakomicie odczytali mój zamysł. Polak na wakacjach ;-)
Na jesienne targi w Krakowie też coś szykuję ;-) 

Chciałabym jeszcze jedno dodać. Nie lubię bylejakości, także w garderobie. Jeśli kupuję ubranie - ma być porządnie uszyte. Starannie wykończone, z dobrego materiału, najchętniej na stosownej podszewce. Do prania w domu, bo pralnie chemiczne uważam za nieekologiczne. No i najczęściej poszukuję fasonów uniwersalnych, które mogę wykorzystać wielokrotnie, przy różnych okazjach.
Cena nie ma znaczenia, a raczej ma ogromne - nie uznaję ubrań zbyt drogich. Uważam, że to ma sens, wręcz etyczny. Marketing marek ubraniowych jest oczywiście potrzebny, ale oczekiwanie niektórych firm, by zapłacić za ciucha średnią miesięczną pensję? Nieetyczne, i już.
I jeszcze jedno - uważam, że moda jest czymś zupełnie zbędnym. Wymieniać zestaw ubrań dwa razy do roku? Bo ktoś tak zdecydował? Jakiś projektant, dyktator mody? Dla mnie pomysł absurdalny. Zawód modelki? Hm... Chyba jedyny zawód, którego sens, jak uważam, można podważyć. Mało tego, uważam go za szkodliwy społecznie, ze względu na popularyzowanie wzorców, które są chorobogenne. Przede wszystkim dotyczy to, oczywiście, obszaru chorób psychicznych, głównie w obrębie łaknienia. Marketing, nieprawdopodobne pieniądze, spaczone myślenie o świecie, i to wszystko w związku ze szmatkami.
Cenię za to elegancję, a jak wiadomo, nie ma ona nic wspólnego z modą, wręcz przeciwnie. Spójrzmy na zdjęcia sprzed kilkudziesięciu lat. Śmieszą nas dzisiaj modne wtedy stroje. Chyba, że były eleganckie. Te pozostają wciąż aktualne.
Czy w twojej szafie jest jakiś strój, do którego masz szczególny sentyment? A jeśli tak to dlaczego?

Nie, raczej nie. Kiedyś miałam komplet, spódnicę i żakiet, z przepięknej wełny w beżową kratkę, cudnie uszyty, bardzo oryginalny. Kiedy go nie założyłam - miałam jakiegoś okropnego pecha. Po prostu oddałam ten kostium, poczułam się, jakbym zdjęła z siebie jakieś odium... Nie mam pojęcia, dlaczego tak było.
Natomiast ulubione ubrania - zmieniają się. Lubię po prostu to, w czym dobrze wyglądam. A że ubrania się zużywają, zmienia mi się ciut gust... to ulubione ubrania idą w odstawkę.
Mam sporo ubrań bardzo leciwych, które wciąż noszę i zupełnie nie mam problemu z ich „niemodnością”. Jednak, jeśli jakiegoś ubioru nie noszę przez dłuższy czas - po prostu rozstaję się z nim bez sentymentu. Staram się dbać o ubrania, więc są najczęściej w dobrym stanie, i szukam dla nich miejsca. Są ośrodki pomocy, ludzie potrzebujący, rozglądam się wokół. Rzeczy zniszczone przeznaczam do recyklingu.
Bardzo to wszystko pięknie brzmi... odpowiedzialnie, proekologicznie... powinnam być z siebie dumna. Tylko te buty... ;-) 
Jaki kolor przeważa w twojej garderobie?

Każdy ;-) Uwielbiam kolor! Choć to się zmieniło. Kilka lat temu w mojej szafie definitywnie dominował czarny. Uważałam, że czarny wyszczupla. Cóż, pewnie tak było i jest dalej, ale chyba przestało mieć dla mnie tak wielkie znaczenie. Pewnie się postarzałam ;-) Okazjonalnie trafiał się czerwony. Na studiach, nie wiem nawet dlaczego, dominował brązowy. Teraz mam w szafie wszystko. Jestem kolorystyczną zimą, najchętniej sięgam po kolory chłodne, ale nie dominuje jeden. 
Czy w swoich książkach przywiązujesz wagę do wyglądu twoich bohaterów?

Mam wrażenie, że zbyt małą ;-) To jest zdecydowanie obszar do poprawy. Dziękuję, że mi na to zwróciłaś uwagę!

Gdybyś miała jednoznacznie odpowiedzieć: czy ubiór jest ważnym elementem bycia autorem? 

Bezwzględnie tak. Choć zawód pisarza wydaje się samotniczym, bo pisanie to proces często wymagający izolacji, to jednak jest część tej pracy, która jest publiczna i w tym zakresie ubiór jest bardzo ważny. Spotkania autorskie, targi, inne okoliczności wymagające reprezentacji. Nie wyobrażam sobie, żeby tam nie przyłożyć odpowiedniej troski do stroju, czy też szerzej rzecz ujmując, wyglądu. Być może podkoszulka i dżinsy są dla niektórych symbolem luzu i swobody... dla mnie bardziej wyrazem lekceważenia. Niedopuszczalnego. Wpadki oczywiście każdemu się zdarzają, jednak są zabawne tylko wtedy, gdy są incydentalne.

Strojem wyrażamy swój szacunek do otoczenia. Jest ważny!

Bardzo dziękuję za udział! Zapraszam Was na profil autorki na Facebooku.
https://www.facebook.com/Agnieszka.Lis.Pisarka/

/Zdjęcia: nadesłane przez autorkę/

lipca 16, 2019

"Aniela" - Izabela M. Krasińska - PRZEDPREMIEROWO [patronat medialny NIEnaczytana]

"Aniela" - Izabela M. Krasińska - PRZEDPREMIEROWO [patronat medialny NIEnaczytana]
Wieś rządziła się swoimi prawami i nie znała litości dla odmieńców. Kobieta, która nie mogła mieć dzieci, stawała się bezwartościowa. Jej łono było jałowe, niezdolne do wydania na świat potomka. Dla mieszkańców wsi był to znak, że popełniła jakiś straszny czyn i dlatego nie może zajść w ciążę. Podobnie myślano o bezpłodnym mężczyźnie. Bo cóż to za gospodarz, który posiadał majątek, ale nie miał go komu przekazać?"
"Aniela" to nowe oblicze Izabeli M. Krasińskiej. Przynajmniej tak mi się wydaje. Czy równie atrakcyjne jak poprzednie?

Aniela miała trudne dzieciństwo i nie zaznała wiele miłości. Tuż przed wybuchem wojny spotyka Adama, z którym decyduje się związać swoją przyszłość. Razem próbują ułożyć życie swojej rodziny w trudnych czasach. Gdy życie stawia przed Anielą kolejne wyzwania, kobieta zmuszona jest znaleźć w sobie siłę, która pozwoli jej pokonać przeszkody i przezwyciężyć wszystkie problemy. Czy Aniela zapewni szczęśliwą przyszłość sobie i swojej rodzinie? Jak potoczą się jej dalsze losy w okrutnej rzeczywistości?
Jak to jest wychowywać się bez matczynej miłości? Mam to szczęście, że nie wiem. Jak bardzo musi być nieszczęśliwe dziecko, które nigdy jej nie doświadczyło? Któremu zabrano dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, a także dom i radość życia. Tytułowa bohaterka książki Izabeli Krasińskiej skupia w sobie te wszystkie cechy. W "Anieli" przenosimy się do wsi Teczów, której nazwa wywodzi się ze starej legendy. Życie tam płynie spokojnie, a pory roku wyznaczają rytm prac i prowadzenia gospodarstw. Jak wszędzie są ludzie zamożni i ci, którym los poskąpił majątku. W dzisiejszych czasach nie wyobrażamy sobie, aby kilkuletnie dziecko było wysłane na służbę, musiało ciężko pracować, było bite, głodzone i pozbawione godności. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że musiało ponosić konsekwencje błędów popełnionych przez dorosłych. Było ofiarą własnego pochodzenia, a w zasadzie pochodzenia swojej matki, która wbrew swej woli została wykorzystana przez dziedzica. Historia Anieli jest smutna. Dziecko, które zaznało tak niewiele miłości, które całe życie czuło się niechciane i samotne, wyrosło na kobietę, której los nie oszczędzał. Myślę, że autorce udało się bardzo drobiazgowo ukazać wszystko to, co działo się z dziewczyną, jej emocje, jej egzystencję w poczuciu braku szansy na szczęście. Czytając "Anielę" w mojej głowie cały czas pojawiało się pytanie, czy można wyssać z mlekiem matki błędy przez nią popełniane? Czy istnieje możliwość, aby los działał jak kserokopiarka, powielając mechanizmy ludzkich zachowań...?

To co osobiście najbardziej mnie urzekło w "Anieli", to tło całej historii, kreacja bohaterów, aż wreszcie klimat epoki, który udało się uchwycić Izabeli Krasińskiej na kartach tej książki. Aby zachować realizm pokusiła się nawet na gwarę, którą mówią bohaterowie. Autorka barwnie kreśli swoją opowieść wprowadzając czytelnika w życie społeczno - obyczajowe mieszkańców wsi z początków XX - wieku. Przedwojenne życie niczym nie przypomina tego po wybuchu II wojny światowej. I chociaż historia pełni w książce ważną rolę, to jest jedynie tłem, stanowi ramy czasowe, w których Izabela Krasińska osadziła swoją opowieść. Autorka bardziej skupiła się na pokazaniu blasków i cieni życia codziennego, panujących zwyczajów, zarówno tych związanych z radosnymi chwilami z życia mieszkańców Tęczowa jak ślub i wesele, jak i wierzeń i obrządków związanych z pochówkiem zmarłych. 
Podsumowując:

"Aniela" to wzruszająca opowieść, która na pewno wywoła łzy na niejednej twarzy. Pokochają ją miłośniczki książek obyczajowych, w których mamy do czynienia z wiernie odtworzonym tłem społeczno - obyczajowym. To opowieść o trudnych relacjach międzyludzkich, a przede wszystkim o kobietach, które musiały zmagać się z tym co zgotował im los: utrata dziecka, bezpłodność, przemoc fizyczna, a nawet konwenanse, które stawiały je w gorszej pozycji niż mężczyzn. Jestem bardzo ciekawa kto będzie bohaterką kolejnego tomu serii "Matki i córki". Polecam! 

Za możliwość przeczytania, zrecenzowania i objęcia książki patronatem medialnym dziękuję autorce oraz Wydawnictwu Czwarta Strona.  

https://www.facebook.com/izabelamkrasinska/


lipca 12, 2019

"O jeden diament za daleko" - Marta Radomska [patronat medialny NIEnaczytana]

"O jeden diament za daleko" - Marta Radomska [patronat medialny NIEnaczytana]
- Ej, Maja, nie płacz... A niby jakim cudem, przepraszam? - Szlag niech cię trafi! - warknęłam. - Przeprosiłam. Pokajałam się i łeb popiołem też posypałam! Co jeszcze? Pielgrzymka na klęczkach dookoła studia?"

Diament i ślub wiążą się ze sobą idealnie. Tylko kiedy okazuje się, że stają się one powodem serii niefortunnych wypadków, to zaczynają się oddalać od tego o czym marzy, za czym tęskni każda kobieta...

Majka już niedługo zostanie świadkową na ślubie swojego brata. Uroczystość zapowiada się nieziemsko! Tylko panna młoda zżerana stresem jest trudna do zniesienia, bo chciałaby, żeby wszystko było idealne. Niestety jej konto bankowe świeci pustkami, a portfele przyjaciół wcale nie wyglądają lepiej. W żartach wspólnie planują napad na jubilera. Kilka dni później o dokładnie takim włamaniu będą pisały wszystkie gazety… Kto jest winny?
Lubicie komedie kryminalne? Jeśli wasza odpowiedź jest twierdząca, to "O jeden diament za daleko" jest dla was. Marta Radomska zaprasza czytelnika do grona obserwatorów poczynań Majki, która co krok wplątuje się w nowe kłopoty. Trochę w myśl zasady, że "gdzie diabeł nie może, tam babę pośle". Choć oczywiście nie robi tego umyślnie. Po nieudanym małżeństwie, układa sobie na nowo życie z Stevenem, który trochę odbiega od standardowego kandydata na zięcia, a to za sprawą swoich tatuaży. Problemy w związku i w życiu bohaterki pojawiają się kiedy z zaprzyjaźnionego salonu jubilerskiego zostanie skradziona diamentowa kolia. Podejrzenie pada na nią. Jakby tego było mało w całej historii pojawia się trup, który też może być dopisany do listy potencjalnych przewinień Majki. Jak poradzi sobie z takimi niefortunnymi zbiegami okoliczności?
Marta Radomska stworzyła historię, która jest pełna niespodziewanych zwrotów akcji. Moją uwagę zwrócili momentami groteskowi bohaterowie, z Przemusiem, kuzynem Majki, na czele tego peletonu pełnego barwnych osobowości. Kryminalna klęska urodzaju została stworzona tak zawile, że czasem miałam problem odnaleźć się w całej fabule. Autorce udało się zamieszać czytelnikowi w głowie nie mniej, niż tytułowej bohaterce... ale nie, nie zdradzę komu. Zarówno sfera "około policyjna", jak i komediowa są na tyle fajnie przedstawione, że nie tylko nie będziecie się nudzić, a jeszcze będziecie mieli przy całej lekturze tej książki niezłą zabawę. Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o roli kota, która będzie jedną z kluczowych. Pojawienie się futrzanego czworonoga oraz przypisanie mu jednej z zasług, nie było dla mnie zaskoczeniem, wiem bowiem, że autorka przepada za kotami. Nie można zapomnieć też o prowadzących dochodzenie. W moim odczuciu kreacją Borówy oraz Antczaka autorka trochę dała pstryczka w nos wymiarowi sprawiedliwości, uwypuklając przywary powielane w żartach o policjantach, a zwłaszcza o ich pracy. W jej historii to obywatel musi zamienić się niejako rolą z funkcjonariuszem i to nie tylko dla swojego dobra, konieczności oczyszczenia się z zarzutów, ale także dla dobra całej sprawy w ogóle. Czasem jednak tak jak uczeń może przerosnąć mistrza, tak obywatelka może odkryć w sobie żyłkę detektywa.
Podsumowując:

"O jeden diament za daleko" to zwariowana komedia pomyłek o zabarwieniu kryminalnym. Zadowoli miłośników literatury kobiecej, która w tym przypadku nie boi się mariażu z nieco bardziej męskim gatunkiem, jakim jest kryminał. Oczywiście nie jest to rasowy przedstawiciel gatunku, ale ta mieszanka wybuchowa łącząca go z: obyczajem, komedią i odrobiną romansu, gwarantuje czytelnikowi dobrą zabawę. Jeśli macie ochotę na lekką historię, która pozwoli się oderwać od codziennych problemów, to śmiało możecie sięgnąć po najnowszą książkę Marty Radomskiej.

Za możliwość przeczytania, zrecenzowania oraz objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.  


https://www.facebook.com/Marta-Radomska-profil-autorski-137288610187700/
https://www.facebook.com/czwartastrona/


lipca 07, 2019

"Mój świat na talerzu" - Hanna Lis

"Mój świat na talerzu" - Hanna Lis
Kiedy patrzę na nią, na jej zgrabną figurę, to nie mogę uwierzyć, że jest wielką miłośniczką kuchni, a nade wszystko jedzenia! A jednak i postanowiła się podzielić swoimi przepisami. Jak wypadła ta podróż dookoła kulinarnego świata z Hanną Lis?

Pierwszy raz o zamiłowaniu Hanny Lis, którą znałam głównie z prowadzenia programów, usłyszałam w momencie powstania cyklu "Bez planu", w którym dziennikarka zwiedzała świat... od kuchni. Już wtedy bardzo spodobała mi się formuła programu oraz jej sposób bycia. Było czuć, że to co robi nie jest wyreżyserowane, że faktycznie czerpie z tego wielką radość. Fakt, że może się dzielić swoją pasją z widzami było czuć nawet przez szklany ekran, przynajmniej ja tak odbierałam jej zaangażowanie. Z wielkim żalem przyjęłam wiadomość, że zakończono produkcję tego niezwykle wciągającego cyklu, idealnego dla pasjonatów gotowania, jedzenia, podróżowania oraz nietypowych sposobów zwiedzania i poznawania świata. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że Hanna Lis ponownie zaprasza do swojego świata, tym razem poprzez książkę, postanowiłam sprawdzić, czy będzie potrafiła mnie tak zaciekawić jak w tej telewizyjnej odsłonie.
Hanna Lis wpadła na fajny pomysł. Kocha jedzenie, eksperymenty w kuchni i po prostu postanowiła się tym podzielić. Ot tak, bez zadęcia, z humorem, bez udawania, że jest mistrzem patelni i pretenduje do miana kandydata do kolejnej gwiazdki Michelin. Z jej książki naprawdę czuć pasję, miłość do gotowania, do jedzenia, do smakowania i czerpania radości z tego co robi. Jej przepisy nie wymagają składników z najwyższej półki. Wiele z nich bazuje na tych dostępnych w każdym sklepie. Z ich pomocą i inwencją twórczą Hanny Lis można stworzyć pyszne danie, coś co po prostu będzie smaczne, ujmujące w swej prostocie, jak chociażby koza o poranku, która stała się jedną z moich ulubionych wersji śniadania do pracy. Uwielbiam ser kozi, a już jego połączenie ze słodyczą miodu i suszoną szynką, to dla mnie prawdziwy majstersztyk. Proste? Jasne, że proste! Wystarczy włożyć w to odrobinę serca. A Hanna Lis wlała w swoje przepisy całe mnóstwo miłości.
"Mój świat na talerzu" to nie tylko zbiór przepisów. To także wiele interesujących faktów ze świata kuchni, geneza pochodzenia dań czy opisy form tradycyjnego podania. Autorka zdradza również wiele ciekawostek ze swojego życia i podróży, dzieli się z czytelnikiem wspomnieniami. Podczas lektury odkryjecie też, że znana z telewizyjnego ekranu dziennikarka, tak jak my czasem tworzy dania z tego co się akurat 'nawinie', czy zwyczajnie zastaje praktycznie pustą lodówkę i musi zrobić coś z niczego. I tak powstają najciekawsze kulinarne wariacje, jak chociażby połączenie mozzarelli z brzoskwinią. A to wszystko podane czytelnikowi w bardzo przejrzysty sposób, który ułatwia odnalezienie przepisu na konkretne danie. Nie sposób także nie wspomnieć o zdjęciach potraw oraz tych z podróży Hanny Lis po świecie.
Podsumowując:

"Mój świat na talerzu" to prawdziwe kompendium wiedzy pełne 'smaczków' i smaków ze świata kuchni. Chętnie będę wracać do nie przy okazji poszukiwania inspiracji do tworzenia własnych dań lub kiedy po prostu będę chciała "zabłysnąć" przed znajomymi na kolejnym spotkaniu. To była bardzo ciekawa podróż, nie tylko kulinarna! Polecam wszystkim miłośnikom gotowania i tym, którzy lubią wprowadzić od czasu do czasu odrobinę świeżości do przyrządzanych potraw i codziennych posiłków. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki.
https://www.facebook.com/edipresseksiazki/

lipca 06, 2019

"33 razy, mój kochany" - Nicolas Barreau [PRZEDPREMIEROWO]

"33 razy, mój kochany" - Nicolas Barreau [PRZEDPREMIEROWO]
- Zmarli powinni mieć zawsze swoje miejsce w naszych wspomnieniach. Możemy ich tam odwiedzać, ale równie ważne jest to, że zostawiamy ich tam i zamykamy za sobą drzwi, odchodząc".
Opis i klimatyczna okładka skusiły mnie i zachęciły do lektury. Czy ta opowieść chwyciła mnie za serce?

Hélène miała trzydzieści trzy lata, gdy zmarła. Julien, jej mąż, przyrzekł, że po jej śmierci napisze do niej trzydzieści trzy listy – po jednym za każdy rok jej życia. Dotrzymał słowa.
Pisał żonie o ich synu Arturze, o tym, jak sobie bez niej radzi, o swojej rozpaczy i niegasnącej miłości. Każdy list chował w skrytce na cmentarzu Montmartre. Po pewnym czasie odczuł, że ten rytuał daje mu pocieszenie.
Pewnego dnia listy zniknęły, a na ich miejscu Julien znalazł małe kamienne serce...
Od razu przyznaję z bólem serca, że ta książka mnie zawiodła... Już po pierwszych stu stronach czułam się nadzwyczajnej znudzona. Jasne, ujmujące i urzekające było to, że mężczyzna tak bardzo kochał, a w zasadzie nadal kocha kobietę i nie potrafi pogodzić się z jej odejściem, jednak w moim przypadku czytanie o tym, jak bardzo tęskni i jak bardzo jest nieszczęśliwy przez większość książki, było po prostu nużące. Gdzieś w połowie coś w końcu drgnęło, nie żeby fabuła nabrała tempa, ale autor tchnął w postać głównego bohatera trochę życia. Cały czas jednak miałam wrażenie, że czytam tylko o bólu, bólu i jeszcze raz bólu. Wszystkie wątki poboczne jakoś się w nim gubiły, a sam Julien i jego tragizm wywoływał u mnie czytelniczą depresję. Określiłabym jego postawę jako "afirmację cierpienia". I chociaż zdaję sobie sprawę, że to określenie jest nie do końca trafione, bo oba zjawiska nawzajem się wykluczają, to jednak tak właśnie czułam. Podczas lektury miałam wrażenie, że bohater okopał się w swoim bólu po śmierci żony, stale niejako wmawiając sobie, że już nic, nigdy nie będzie lepiej. Nie wiem... Przeczytałam w którejś z opinii, że książka kojarzy się z "PS Kocham Cię" - dla mnie jednak poza pomysłem listów zza grobu, to ta historia nijak nie wiąże się z tą stworzoną przez Cecelia Ahern. Tamta mnie urzekła, wywołała emocje a niestety "33 razy mój kochany" sprawiła, że czułam jedynie chęć dobrnięcia do zakończenia, które okazało się przewidywalne do bólu.
Podsumowując:

Książka Nicolasa Barreau mnie rozczarowała. Lubię czasem sięgnąć po romantyczne opowieści o pięknej miłości, ta jednak była, jak dla mnie, zbyt ckliwa i nijaka. Być może wam się spodoba. Jeśli lubicie historie ukazujące bardzo osobiste, wręcz intymne przeżycia po stracie ukochanej osoby, gdzie autor kładzie nacisk na dogłębne pokazanie emocji, to ta pozycja wydawnicza jest dla was. Mnie jednak emocje ukazane w "33 razy mój kochany" nie przekonały. A zakończenie już w ogóle. W moim odczuciu wszystko to było zbyt mało wiarygodne, jakby wyreżyserowane. Reasumując - pomysł był, potencjał był ale realizacja pozostawia moim zdaniem dużo do życzenia.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

https://www.facebook.com/WydawnictwoOtwarte/

lipca 05, 2019

"Raz, dwa, trzy... giniesz ty!" - Alek Rogoziński

"Raz, dwa, trzy... giniesz ty!" - Alek Rogoziński
- Gdyby te sukienki były o centymetr krótsze, to kobiecość wyszłaby im na wierzch. Zresztą z dekoltów już im się wyłania niczym Afrodyta z morskiej piany... - Tyle że Afrodyta była naturalnie piękna, a ich biusty z naturą mają raczej niewiele wspólnego..."
Książe komedii kryminalnej i jego nowa książka. Czy znów było tak zabawnie?


Bartek jest aktorem, który właśnie wywalczył sobie pierwszą większą rolę w superprodukcji. Agnieszka ma szansę dostać pracę w popularnym piśmie o show-biznesie, w którym pracuje już jej przyjaciółka Oliwka. Obie dostają zadanie napisania reportażu z planu filmowego. Zamiast ekscytujących plotek znajdują tam jednak... nieboszczyka. I nie ma wątpliwości, że rozstał się on z życiem wbrew własnej woli. Szybko okazuje się, że morderstwo na planie filmowym związane jest z wypadkiem, który wydarzył się w tym samym miejscu siedemnaście lat wcześniej. Mało tego! Morderca nie zamierza poprzestać tylko na jednej zbrodni... Czy policja i trójka przyjaciół odkryją jego tożsamość, zanim dojdzie do kolejnej tragedii?
Kiedy zaczęłam czytać "Raz, dwa, trzy... giniesz ty!" pomyślałam, że oto książe komedii kryminalnej przeszedł na ciemną stronę mocy. Pokazał swoją kryminalną twarz, zarzucają na jej korzyść swoje humorystyczne oblicze! Pomyślałam też, że to wcielenie w niczym nie ustępuje połączeniu kryminalno - komediowemu i z dużą ciekawością śledziłam jego poczynania. Oczywiście postawiłam sobie za punkt honoru, że tym razem odkryję kto był mordercą. Niestety. Po raz kolejny w przypadku książek tego autora poległam na całej lini. Kiedy właśnie, już miałam, byłam pewna, że to ten, na pewno on/ona zamordował ofiary (tak, tutaj trup ściele się gęsto), to okazywało się, że nie miałam racji. Czułam się tak jakbym układała kostkę Rubika i była stale o krok od ułożenia całej ścianki w jednym kolorze. Jednak Alek Rogozińskie był stale krok przede mną i zapewne z uśmiechem na ustach wodził mnie za nos. A to wszystko z wprawą prawdziwego stratega, choć chyba powinnam powiedzieć - scenarzysty... 
Tym razem autor skupił się na pokazaniu kulis kręcenia (wątpliwego) przeboju kinowego w zestawieniu dziedziny, a w zasadzie branży, która z filmem łączy się idealnie. Mowa oczywiście o prasie i to tej plotkarskiej. Bo czymże byłaby produkcja kinowa bez paparazzi? Wziął na tapetę środowisko aktorów, właściwie aktorów-celebrytów, których w dzisiejszych czasach mamy na przysłowiowe pęczki. Ich oczekiwania, nijak nieprzystające do talentu, ich droga do "kariery" i inne smaczki prosto z planu. Nie oszczędził także "pismaków", dla których chwytliwym tematem jest nawet imię czworonożnego pupila znanej osoby.
Podsumowując:

To praktycznie w przewadze kryminalne wydanie Alka Rogozińskiego oceniam jako udane. Nie ukrywam, że wolę kiedy w jego historiach jest więcej komediowej otoczki, ale i w "Raz, dwa, trzy... giniesz ty!" nie zabrakło gagów rodem z rodzimego "Hollywood". Autor pokazuje co mogłoby się stać, gdyby wszystkie krążące w naszym kraju "prawdy i mity", znalazły swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jak w istocie wygląda środowisko aktorskie i dziennikarskie "od kuchni"? Tego nie wiem na pewno, ale w moim odczuciu autor w swojej najnowszej książce może wcale tak bardzo nie minął się z prawdą, a barwny i fascynujący świat znany nam z okładek i pierwszych stron plotkarskich portali, to tylko fikcja. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję autorowi i Skarpie Warszawskiej.

lipca 02, 2019

"Owoc granatu. Powroty" - Maria Paszyńska PRZEDPREMIEROWO [patronat medialny NIEnaczytana]

"Owoc granatu. Powroty" - Maria Paszyńska PRZEDPREMIEROWO [patronat medialny NIEnaczytana]

- Upływ czasu co szczęśliwszym pozwala zrozumieć, odnaleźć uzasadnienie wydarzeń minionych, lecz nierzadko wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi na zawsze. A wtedy można tylko jedno... — Pogodzić się — szepnęła Halszka. — Tak, pogodzić i poddać".
Kolejna seria, z którą musiałam się pożegnać. Zawsze mam ten dysonans, bo z jednej strony cieszę się, że poznam zakończenie historii stworzonej przez autorkę, a z drugiej mi żal, że to już koniec... 

Halszka z córką w pośpiechu opuszczają Iran i przylatują do Paryża, gdzie zatrzymują się u Stefanii i Jędrzeja Walickich. Elżbieta źle się czuje w towarzystwie siostry i szwagra. Człowiek, którego kiedyś kochała, dzisiaj ją przeraża... Cały czas wierzy, że jej mąż do nich dołączy. Stefania oddaje się opiece nad siostrzenicą. Zapada decyzja o powrocie do Polski. Czy w peerelowskiej Warszawie kobiety odnajdą wreszcie spokój i szczęście?
Gdybyście spytali mnie za co pokochałam serię "Owoc granatu", to odpowiedziałabym, że za emocje. Wiele z nich nie było mi dane poznać, tak jak wiele miejsc nie miałabym szansy odwiedzić gdyby nie historia spisana przez Marię Paszyńską. Książki te nie tylko przeprowadziły mnie przez życie bliźniaczek, ale także poszerzyły moją wiedzę i horyzonty, co stawia je wysoko w mojej prywatnej hierarchii książek, które wniosły to niezapomniane "coś" w moje życie. 
Nadszedł ten długo wyczekiwany moment, kiedy musiałam się pożegnać z Halszką i Stefanią. Nie było to łatwe pożegnanie nie tylko ze względu na fakt, iż był to finałowy tom tej serii, ale przede wszystkim na to, że autorka przygotowała mnie do tego pożegnania na swój, wyjątkowy sposób... Czy dzięki temu było mi łatwiej? Myślę, że tak, bo sposób w jaki Maria Paszyńska zbudowała napięcie związane z losami sióstr, pozwolił mi przyjąć do czytelniczej wiadomości to, co było w tej książce trudne, a nawet bolesne...
"Powroty", jak możecie się domyślać, to finał historii, która niejako zatoczyła koło. Bliźniaczki przeszły długą drogę, gubiąc gdzieś siebie i tracąc więź, która zazwyczaj powinna łączyć siostry. I choć wydawało się, że nie ma szans na ich pojednanie, to los spłatał im psikusa i zmusił je, aby stanęły twarzą w twarz i zmierzyły się z demonami przeszłości, a także teraźniejszości i niepewnej przyszłości. Nie chcę wam zdradzać zbyt dużo, bo wyjawienie niektórych faktów odebrałoby wam ekscytację związaną z możliwością poznania finału tej niezwykle wzruszającej historii. Jedno mogę powiedzieć na pewno - choć w przypadku zakończenia serii każdy czeka na "żyli długo i szczęśliwie", to tak jak w życiu, nie każdy tego szczęścia może doczekać... A może... A może właśnie każda z osób znalazła na swój sposób ukojenie i rozliczyła się z przeszłością? Niektórzy wyszli z tego rozrachunku zysków i strat z dodatnim bilansem, a inni niestety odkryli trudną prawdę o swoim życiu przepełnionym żalem i zakotwiczonym w przeszłości oraz wielkiej porażce, której już nie ma czasu przekuć w zwycięstwo...
Podsumowując:

"Powroty" to jeden z tych finałowy tomów serii, który idealnie wpisał się w moje oczekiwania. Innymi słowy - nie potrafiłabym sobie wyobrazić, aby wszystkie wątki mogłyby zostać inaczej zamknięte. Autorka po raz kolejny wycisnęła z moich oczu łzy, a to za sprawą emocji, których cały wachlarz zawarła w losach trzech kobiet: Elżbiety, Stefanii i Anny. Trudne wybory, próba rozliczenia się z przeszłością i przyznanie się do błędów przede wszystkim przed samym sobą, aż wreszcie tytułowy powrót... do domu. Nic dodać, nic ująć. Polecam!


Za możliwość zrecenzowania i objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Książnica. 
https://www.facebook.com/Wydawnictwo-Ksi%C4%85%C5%BCnica-1712601658770030/

czerwca 30, 2019

SERIA: "Nie zmienił się tylko blond" - WZNOWIENIE - Agata Przybyłek [patronat medialny NIEnaczytana]

SERIA: "Nie zmienił się tylko blond" - WZNOWIENIE - Agata Przybyłek [patronat medialny NIEnaczytana]


Życie jest piękniejsze, gdy nada mu się kolorów.
Możliwość sięgnięcia po debiut jednej z ulubionych autorek, to ciekaw przeżycie. Zwłaszcza kiedy miałam możliwość przeczytania go po raz drugi i spojrzenia na niego z innej perspektywy...

Trzy tomy, trzy historie. Zdradzona mężatka Iwonka, która musi zacząć wszystko od nowa. Halina, mama Iwonki, która musi zawalczyć o własne dobre imię oraz Agata, córka Iwonki, która musi z kolei powalczyć o własną autonomię i wyrwać się spod kontroli babci.
Agata Przybyłek należy do grona autorek, po której książki sięgam bardzo chętnie. Moja przygoda z jej twórczością rozpoczęła się od "Bez ciebie", która bardzo mi się podobała. Jednak równolegle z tamtą pozycją kupiłam wtedy ówczesne wydanie serii "Nie zmienił się tylko blond". Koleżanka, która namówiła mnie na te książki, cały czas powtarzała, że Agata Przybyłek to przecież autorka komedii, nie znała bowiem jej refleksyjnej odsłony. Skuszona jej zachwytami, sięgnęłam po debiutancki cykl, a w zasadzie po pierwszy tom i podobnie jak ona, byłam oczarowana i mile zaskoczona faktem, że autorka tak fajnie balansuje pomiędzy gatunkami, serwując czytelnikowi całą gamę emocji. Ale, wracając do cyklu. Pomyślałam, że skoro jest to wznowienie, to opiszę Wam moje wrażenie patrząc na niego globalnie. 
To co mnie najbardziej ciekawiło po blisko dwóch latach od mojego pierwsze z nim kontaktu to to, czy spojrzę na serię z innej perspektywy. W końcu od jej pierwotnego wydania minęło już sporo czasu, a ja "zaliczyłam" kilka, o ile nie kilkanaście, książek autorstwa Agaty Przybyłek. I wiecie co? Już po pierwszych wersach 1 tomu wiedziałam, dlaczego autorka wtedy z sukcesem zadebiutowała i ruszyła tym samym z przysłowiowego kopyta. Po prostu ona ma to "coś" co sprawia, że z przyjemnością czyta się jej książki. I to coś odnalazłam również w jej debiutanckiej powieści. Tak jak spodobała mi się wtedy, tak i teraz z uśmiechem śledziłam losy jej bohaterek. Każda jest inna, każda ma swój sposób na życie, a jednocześnie każda jest 'jakaś' i wnosi do całej serii wiele pozytywnej energii i humoru, którego nie sposób nie wymienić. Mimo, iż różnią się od siebie, to jednocześnie mają punkt wspólny - charakter. Każda musi się zmierzyć z napotkaną na swej drodze trudnością i każda daje radę! Nie bądźmy drobiazgowi, każda radzi sobie raz lepiej, raz gorzej, ale generalnie wychodzi z tej życiowej potyczki "z tarczą".
To co w tej serii jest kluczowe, to przesłanie. To nadzieja na lepsze jutro, na nowy start, na miłość i życie po swojemu, która choć podana czytelnikowi w żartobliwy sposób, nadal jest elementem wnoszącym wiele pozytywnych wibracji do opisanych przez autorkę historii. Niefortunne serie pomyłek, kobiece dramaty, zaściankowość rodem z serialu "Co ludzie powiedzą?", czy też wszędobylskie specjalistki od dawania dobrych rad, mówiące o tym "jak żyć", a nawet próbujące zrealizować swoje pomysły, to elementy, które z całą pewnością przemawiają za tym, aby sięgnąć po tę serię. Na pewno będziecie po niej zrelaksowani - to po pierwsze. Na pewno ubawicie się czytając o perypetiach naszych pań i ich rodzin - to po drugie. A po trzecie... a co ja wam będę wszystko zdradzać! Sami się przekonajcie.😃 
Podsumowując:

Seria Agaty Przybyłek ma w sobie wszystko to czego oczekują czytelniczki gustujące w lekkich i zabawnych obyczajówkach. Jest fajny pomysł, humor, przesłanie, wątek romantyczny, a to wszystko napisane lekkim i plastycznym językiem. Lektura tej serii sprawi, że zapomnicie o codziennych problemach. A może nawet znajdziecie w niej remedium na swoje własne "bolączki"? Kto wie? Ja polecam samemu sprawdzić i dać sobie chwilę relaksu w towarzystwie trzech kobiet, które potrafią porządnie namieszać w życiu innych... i swoim własnym. 

Za możliwość przeczytania, zrecenzowania oraz objęcia książek patronatem medialnym dziękuję autorce i Wydawnictwu Czwarta Strona.  

https://www.facebook.com/WilczynskaK/
Książki możecie kupić także w pięknym zestawie:
https://www.empik.com/pakiet-nie-zmienil-sie-tylko-blond-nieszczescia-chodza-stadami-grzechu-warta-przybylek-agata,p1227284569,ksiazka-p?gclid=Cj0KCQjw3uboBRDCARIsAO2XcYBEWIdiHi9VQIBgF13sUnvDszLgSzLC16z6g8njU4R9aHoZ3TNzy1gaAvDrEALw_wcB&gclsrc=aw.ds

/fot. empik.com/

czerwca 29, 2019

"Zimny kolor nieba" - Magdalena Majcher

"Zimny kolor nieba" - Magdalena Majcher

Każdy w jej rodzinie za czymś tęsknił. Matka i babka – za przeszłością. Za Kresami, za domem, który kiedyś był ich, a który został gdzieś w głębi Związku Radzieckiego. A ona? Ona tęskniła za ojcem, to pewne. I za przynależnością, którą sukcesywnie odbierały jej starsze pokolenia, pielęgnując swój strach. Gabrysia czuła, że jest z Pomorza, że pochodzi stąd, ale skoro starsi mówili, że to „stąd” z dnia na dzień znów może stać się „znikąd”… Jak pokonać ten międzypokoleniowy strach (…)?"
Pierwszy tom sagi Magdaleny Majcher szturmem wdarł się na moją listę najlepszych książek przeczytanych w tym roku. Czy w przypadku drugiego było podobnie? 

Gabriela, córka Marcjanny, Kresy zna tylko z nostalgicznych opowieści matki i babki. Nie tęskni za tym, co utracone, bo jej dom jest na Pomorzu. Brakuje jej jednak ojca, o którym matka nie chciała nawet rozmawiać. Kiedy poznaje prawdę, nie chce mieć nic wspólnego ze swoją rodziną. Wiąże się z mężczyzną, który zmienia jej życie w piekło. Każdy kolejny dzień przepełniony jest strachem i niepewnością. Gabriela nie traci jednak nadziei, że jej życie się zmieni.
Drugi tom Sagi nadmorskiej jest w moim odczuciu inny niż "Obcy powiew wiatru". Zupełnie tak jakby w kontynuacji losów pań Zielczyńskich wróciła znana i lubiana Magdalena Majcher, która nie boi się poruszać trudnych tematów i pokazywać je tak, aby każdy miał szansę wyrobić sobie swoje zdanie. Niczego nie narzuca, dogłębnie analizuje problem i zostawia czytelnika z milionem pytań w głowie. Czy to dobrze? Tak, bo to właśnie za to pokochały ją czytelniczki. Dlatego dopiero po przeczytaniu drugiego tomu, dostrzelam odmienność pierwszego. Tamten odnosił się bardziej do historii, zarówno tej dotyczącej Kresów, jak i Polski w ogóle. Tutaj ta historia odsuwa się na dalszy plan. Autorka skupiła się w najnowszej książce na trudnym i bolesnym temacie - przemocy domowej. Jednak nie  na tej fizycznej ale na psychicznej, która czasem może być gorsza, bo wyniszcza ofiarę krok po kroku, zostawiając ją całkiem pokonaną. Autorka z dużą wnikliwością i dbałością o szczegóły przedstawiła proces, który doprowadził do całkowitego zmanipulowania i zniewolenia bohaterki. Pokazała jej emocje, jej traumatyczną przemianę: od beztroskiej dziewczyny, po kobietę, która stała się bezwolną marionetką w rękach męża - oprawcy. Wydźwięk tej historii jest smutny, a jednak zakończenie daje nadzieję. W głowie czytelnika pojawia się bowiem pytanie, czy poza cechami charakteru czy wyglądu, można odziedziczyć rzeczywiście pewne schematy zachowań, a nawet rodzaje popełnianych błędów? Czy można odziedziczyć... brak szczęścia? Czy demony z przeszłości mogą przenosić się z matki na córkę? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to pojawia się kolejne: jak wielu pokoleniom można taki bagaż doświadczeń przekazać? Na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam. Ja jednak wierzę, że losy Jagody potoczą się inaczej. Że losy babki i matki nie będą miały negatywnego wpływu na jej życie, że będzie miała lepszy start i odnajdzie swoje szczęście dużo wcześniej. A jak będzie? Tego dowiemy się z trzeciego tomu Sagi nadmorskiej.
Podsumowując:

"Zimny kolor nieba" to Magdalena Majcher w swojej najlepszej formie. To kolejna odsłona specjalistki od rozkładania trudnych tematów na czynniki pierwsze. I chociaż liczyłam, że również w tym tomie autorka pokaże w szerszym spectrum wpływ historii na losy bohaterek, to jednak oceniam go bardzo wysoko. Autorka pokazała bowiem, że z każdą ze swoich powieści jest bardziej dojrzała, świadoma swojego warsztatu oraz miejsca, jakie bezsprzecznie zajmuje na naszym rodzimym rynku wydawniczym.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję autorce oraz Wydawnictwu PASCAL.

https://www.facebook.com/magdalenamajcherautorka/
https://www.facebook.com/WydawnictwoPascal/

Mój pierwszy raz z Legimi 😉

Jak zaczęła się moja przygoda z Legimi? W zasadzie bardzo prosto. Kilku znajomych polecało mi tę aplikację. Jednak ja jakoś nie byłam do ...

Copyright © 2016 NIEnaczytana , Blogger