września 30, 2019

"Szczęście dla zuchwałych" - Petra Hülsmann

"Szczęście dla zuchwałych" - Petra Hülsmann
 (...) życie toczy się tam, gdzie chce. (...) Większość rzeczy po prostu się ludziom przydarza."
Przywołująca wakacyjne wspomnienia okładka i nieznana autorka. Czy to był dobry wybór?

Szczęście nie rośnie na drzewach – czasem trzeba o nie zawalczyć. Zabawna i wzruszająca opowieść o kobiecie, która odważyła się być szczęśliwa.
Stoisz po szyję w wodzie? Głowa do góry! Imprezy, wolność, beztroska − dla Marie nie ma nic ważniejszego. Wszystko zmienia się, kiedy jej siostra Christine zapada na ciężką chorobę i prosi, by na czas terapii zaopiekować się jej dziećmi. Jakby tego było mało, Marie ma przejąć jej posadę w rodzinnej stoczni jachtowej. Zupełnie nie ma ochoty na nowe wyzwanie, a tym bardziej na nowego szefa, sztywnego nudziarza o imieniu Daniel. Podczas gdy jedna katastrofa goni drugą, a życie staje się chaosem, Marie powoli zaczyna pojmować, że są na świecie rzeczy, o które warto walczyć. I że pewne sytuacje – na przykład nowa miłość − dopadają człowieka wtedy, gdy się tego najmniej spodziewa.
  
W zasadzie mogłabym rozpocząć swoją opinię od słów: jaka to była fajna książka. I to wystarczyłoby za całą recenzję. Nie byłoby to jednak fair ani wobec was, ani wobec wydawcy, dlatego napiszę dlaczego. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że "Szczęście dla zuchwałych" to świetna obyczajówka, łącząca wiele cech, za które cenię ten gatunek: było życiowo, wesoło, ale nie zabrakło też przysłowiowej łyżki dziegciu. Czytałam ją z dużą przyjemnością, bo autorce udało się połączyć historię, ktora może nie jest oryginalna, ale zawiera w sobie przekaz zgrabnie połączony z dynamiką akcji. Po prostu to jedna z tych książek, która czytają się same. 
Dla kogo? Dla kobiet. O kim? O kobietach i to w dwóch mocnych konfiguracjach. Poprawna do bólu, ułożona matka dwójki dzieci, której los funduje walkę z chorobą oraz jej siostra, wiecznie płynąca pod prąd, beztroska "królowa życia", dla której liczy się tylko dobra zabawa. Kiedy życie zmusza obie, aby stać się na moment kimś innym, będą musiały przejść długą drogę, aby nauczyć się siebie nawzajem. 
"Szczęście dla zuchwałych" to jednak nie tylko fajna obyczajówka, ale także książka z przesłaniem. To opowieść o walce o swoje marzenia, o radzeniu sobie z trudnymi doświadczeniami z przeszłości oraz wewnętrznej przemianie, którą może przejść każdy z nas. To także wzruszająca historia o kobiecie, której przyszło stoczyć walkę z nierównym przeciwnikiem, jakim jest nowotwór. Autorka nie tylko pokazała traumę osoby chorej, ale także jej najbliższych, którzy w tym starciu, ze względu na swoją bezsilność, są często postaciami dużo bardziej tragicznymi.
Podsumowując:

Książkę Petry Hülsmann polecam wam z czystym sumieniem. Na pewno będziecie się przy niej dobrze bawić, bo główna bohaterka ma charakterek i choć początkowo może irytować, to szybko was do siebie przekona i do samego końca będziecie trzymali za nią kciuki. To opowieść z życia wzięta, w której nie zabraknie wzruszeń oraz... miłości, która często przychodzi do nas z najmniej spodziewanego kierunku. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Initium.
https://www.facebook.com/wydawnictwo.initium/




września 30, 2019

"Wszystko za życie. Niewiarygodna historia polskiej Żydówki, która przeżyła Zagładę" - Gerda Weissmann - Klein [PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana]

"Wszystko za życie. Niewiarygodna historia polskiej Żydówki, która przeżyła Zagładę" - Gerda Weissmann - Klein [PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana]

Dlaczego nie próbowałyśmy walczyć? Co to za różnica, gdyby zabili kilka z nas? I tak umierałyśmy, a te, którym uda się przeżyć, i tak w końcu zabiją".
Chociaż literatura obozowa nie jest mi obca, to książka "Wszystko za życie" była zupełnie inna niż te pozycje wydawnicze, które miałam okazję do tej pory czytać. Dlaczego?

„Wszystko za życie” to niezapomniana historia sześcioletniej gehenny Gerdy Weissmann Klein, ofiary nazistowskiego okrucieństwa – od dzieciństwa w rodzinnym domu w polskim Bielsku po wręcz cudowne ocalenie i wyzwolenie przez amerykańskich żołnierzy w czeskich Volarach. Gerda zabiera czytelnika w przerażającą, lecz przepełniającą nadzieją podróż.
Błoga, idylliczna młodość nastoletniej Gerdy legła w gruzach, gdy we wrześniu 1939 roku naziści wkroczyli do Polski. Choć najeźdźcy przez pewien czas pozwalali Weissmannom żyć w piwnicy ich domu, ostatecznie rozdzielili rodzinę i wywieźli jej członków do niemieckich obozów pracy. W ciągu kolejnych kilku lat Gerda została pozbawiona wszystkiego poza życiem. Nim wojna dobiegła końca, straciła rodziców, brata, dom, dobytek i wszystko, co było jej drogie. Mimo to
nie straciła hartu ducha i wiary w człowieczeństwo.
Do recenzji tej książki zabierałam się kilka razy. I chociaż przeczytałam ją już jakiś czas temu, wciąż pisałam i kasowałam spisane słowa. Nie potrafiłam oddać tego co czułam podczas jej lektury, przekazać słowami to, co chciałabym, abyście przeczytali, a nade wszystko, abyście po nią po prostu sięgnęli... Przyszedł jednak czas, że udało mi się ubrać myśli i emocje w słowa.
To co mnie uderzyło w zasadzie od pierwszych linijek "Wszystko za życie" to spokój i taka niewytłumaczalna swojskość. Czytałam to o czym pisała Gerda i wydawało mi się, że mieszkam tuż obok. Biła od niej delikatność i subtelność. I w tym momencie pojawiało się zdziwienie, wszak literatura obozowa jest tożsama z bólem, cierpieniem, wzbudza w nas wiele emocji: od przerażenia, strachu, aż po niedowierzanie. Dlatego te uczucia, towarzyszące mi podczas czytania książki Weissmann - Klein, były dla mnie czymś nowym. Cała historia opowiadana jest przez kilkunastoletnią dziewczynę, która w momencie wybuchu wojny nie do końca rozumie co się dzieje. Wydaje się jej, że to wszystko minie, nie potrafi wyobrazić sobie czym ona jest. Obserwujemy jej przemianę, jej determinację i walkę o to, aby przetrwać. To co ją spotyka, jak możecie sobie wyobrazić, nie jest łatwym doświadczeniem, zwłaszcza dla młodej dziewczyny. A mimo to pozostaje w niej dziewczęca naiwność i ufność. Zupełnie tak, jakby czas się zatrzymał. I chociaż wspomnienia na zawsze wryły się w jej pamięć, serce i dusze, to jednocześnie został jej odebrany ważny fragment życia, który niejako nie przygotował jej do dalszego życia "po". Pozbawiona rodzicielskiej i braterskiej miłości, sama często musiała być wsparciem dla innych. Mimo to udało się jej przetrwać, a wojenna machina nie zabiła w niej wrażliwości, wewnętrznego ciepła i chęci życia.
Ta opowieść wyciska łzy. Może wydać się wam to dziwne, ale dla mnie takim najbardziej wzruszającym momentem był fragment z... margaryną. Gerda dostała na urodziny od swojej przyjaciółki Ilse kromkę chleba posmarowaną tym "prawdziwym przysmakiem", bo kobiety dostawały ją tylko w niedzielę. Przyjaciółka zeskrobała ją z własnej kromki i zachowała, aby uczcić ten wyjątkowy dzień Gerdy...
Podsumowując:

To co urzekło mnie w tej książce najbardziej, jeśli tak to mogę określić, to ta "namacalność" bohaterki. To nie była fikcja literacka, nie była to wyimaginowana postać, a osoba, która istniała naprawdę i która postanowiła podzielić się z nami swoją historią. Dodatkowo fakt, że akcja książki "Wszystko za życie" rozgrywa się w moich rejonach sprawia, że czuję się z nią tym bardziej związana. To jedna z tych pozycji wydawniczych, która uświadamia nam, że wojna ma ludzką twarz, że to nie tylko tragedia anonimowych osób. Moja znajoma powiedziała mi ostatnio, że ona nie może czytać książek o obozie, wojnie, bo ją przygnębiają. Z jednej strony ją rozumiem, a z drugiej uważam, że takie książki powinniśmy znać i czytać w pierwszej kolejności...Polecam!

Za egzemplarz do recenzji i możliwość objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Bez fikcji.

https://www.facebook.com/Wydawnictwo-Bez-Fikcji-617623182034754/


września 29, 2019

"Nie pozwól mu odejść" - Tomasz Kieres

"Nie pozwól mu odejść" - Tomasz Kieres
Zawsze było jakieś "ale". Liczy się ta minuta, a później może będzie następna, a może nie... Teraz."
Poprzednia książka Tomasza Kieresa przypadła mi do gustu i byłam ciekawa, czy autor utrzyma poziom. Czy nowa historia poruszyła mnie równie bardzo?

Połączyło ich wielkie uczucie, którego nadejścia żadne z nich się nie spodziewało. Niechciane, nieplanowane, niepotrzebne. Wielka miłość, która jest wspaniałym darem, w tym przypadku obojgu przyniosła jeszcze więcej bólu.
Bo miłość to wolność, a kochać znaczy pozwolić odejść. Nikt nie zasługuje na to, by zostać uwikłanym w związek bez przyszłości. W uczucie, które może zakończyć się tylko w jeden sposób. Do kogo jednak tak naprawdę należy decyzja?
Wzruszająca powieść o przewrotności losu i jego nieuchronności. O tym, że życie czasami brutalnie weryfikuje nasze plany i o sytuacjach, z których nie ma dobrego wyjścia.  
Kiedy przeczytałam już ponad połowę "Nie pozwól mu odejść" odniosłam wrażenie, że fabuła rozwija się tak, jak znajomość głównych bohaterów. Było zauroczenie, wielka namiętność, doszło nawet do skonsumowania związku, szkoda tylko, że już po kilkudziesięciu stronach... Mówiąc wprost - czułam się rozczarowana, bo o ile początek był obiecujący, to potem nagle coś w tej historii pękło i rozpoczęła się, trwająca niemal do samego końca, psychoanaliza, która mnie osobiście nużyła. O ile rozumiem ten zabieg, autor chciał pokazać swoich bohaterów, pozwolić tym samym zrozumieć czytelnikowi ich emocje, to dla mnie ta część książki była najzwyczajniej w świecie "przegadana"... Odnosiłam wrażenie, że czytam kilka razy o tym samym, że rozważania postaci są powielane, zmieniają się jedynie słowa. Dla mnie było tego za dużo i sprawiało, że czekałam na jakiś rozwój akcji, który przyszedł, ale dopiero pod sam koniec "Nie pozwól mu odejść".
Żeby jednak nie było, że jestem całkiem na nie, to pozytyw należy się autorowi za stworzenie dojrzałych postaci, za pokazanie, że miłość może przyjść do nas także wtedy, kiedy jesteśmy już dojrzałymi ludźmi i może być równie intensywna, a motyle w brzuchu to nie tylko domena nastoletniego uczucia. Dylemat, z którym zmaga się główny bohater też nie należy do najłatwiejszych. Podczas czytania każdy z nas może spróbować sobie odpowiedzieć na pytanie: jak ja zachowałbym/ zachowałabym się w takiej sytuacji? Nie chcę Wam w tym miejscu zdradzać, jaka przeszkoda pojawiła się w jego życiu, powiem tylko, że nie popieram jego decyzji i uważam, że nie powinniśmy decydować za innych. A już na pewno nie w taki sposób. 
Plus za zakończenie, które mimo iż stanowi swego rodzaju niedopowiedzenie, jest przez mnie odebrane jako zaproszenie do własnej interpretacji finału tej historii. Dla mnie to plus, bardziej wrażliwi czytelnicy będą zapewne woleli, aby było ono bardziej zero/jedynkowe. Ale w całej tej historii, w której najczęściej pojawiającym się zwrotem było: "wszystko nie tak", zakończenie musiało być płynne. Ale to tylko moje subiektywne spostrzeżenie.
Podsumowując:

"Nie pozwól mu odejść" nie zachwyciła mnie tak jak poprzednia książka autora, ale nie można odmówić jej pozytywów. I chociaż momentami bliżej było jej do melodramatu, to doceniam wnikliwe przedstawienie męskiego punktu widzenia i subtelność z jaką autor nakreślił tę, bądź co bądź, miłosną historię. Aby się przekonać czy Was #polskinicholassparks chwyci za serce, polecam sięgnąć po najnowszą książkę Tomasza Kieresa.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Filia.  

https://www.facebook.com/WydawnictwoFILIA/

września 23, 2019

"Sto dni wdzięczności" - Anna H. Niemczynow

"Sto dni wdzięczności" - Anna H. Niemczynow
Dążenie do szczęścia jest wyłącznie naszym zadaniem. To my sami ponosimy za siebie odpowiedzialność. Nikt inny! Kiedy sobie uświadomimy, wszystko stanie się o wiele łatwiejsze".
Korzystacie czasem z dzienników? A może piszecie pamiętnik? A gdyby tak połączyć codzienne zapiski z motywacją i szukaniem samego siebie?

Na kartach tego dziennika znajdziesz miejsce, które przy odrobinie dobrej woli zapełni się Twoimi dobrymi i wspierającymi Ciebie myślami. Stanie się swego rodzaju maleńką biblią pozytywności, do której w każdej chwili będziesz mogła wrócić, by wzmocnić swoją duszę i serce. Podaruj sobie ten czas. Nie żałuj go na dobro, które odmieni Twoje życie.
Na samym początku przyznaję, że do "Stu dni wdzięczności" podchodziłam dosyć sceptycznie. Zazwyczaj twardo stąpam po ziemi i różnego rodzaju poradniki, techniki motywacji w moim odczuciu nie są mi potrzebne. A może po prostu nie mam na nie czasu? W przypadku dziennika Ani H. Niemczynow było jednak inaczej. 
Zaczęłam czytać. Myślałam, że jednak to nie dla mnie, że to trochę śmieszne, infantylne? Jednak w miarę zagłębiania się w dziennik zaczęłam łapać się na tym, że uruchomił się mój proces myślowy. Każdy kolejny dzień był przyczynkiem do tego, aby spróbować siebie włożyć w jego ramy. I chociaż nie przeszłam całej drogi dzień po dniu, to już po samej tylko lekturze poczułam, że mogę spróbować na własnej skórze, czy i w moim przypadku mantra: "Dziękuję, Dziękuję, Dziękuję", może być początkiem zmiany.
Każdy dzień nas gdzieś pcha albo to my sami pchamy się przed innych. Pędzimy w nieznanym kierunku i po drodze gubimy tak wiele, kolekcjonując kolejne frustracje. A jeśli ktoś powie nam w tym pędzie nagle "prrr"! Wiem, że może odniesienie do konia nie jest być może trafione, ale chyba czasem tak właśnie można się poczuć. Ukierunkowani na kolejny cel zapominamy, aby cieszyć się tym co mamy, a nade wszystko, aby podziękować... Bo i po co? Przecież jest i wystarczy. Trzeba zdobywać kolejne cele, rzeczy, pieniądze...
Dziennik Ani Niemnczynow to takie "prrr" dla każdego, kto tylko zechce przystanąć. Jak napisała sama autorka, nie chce pouczać czytelników "Stu dni wdzięczności". Ona dzieli się swoimi doświadczeniami, tym co sama przeżyła. Tak po prostu. Bo warto być wdzięcznym. Chociażby za tak prozaiczne w naszym mniemaniu rzeczy, jak to, że możemy wstać rano z łóżka lub za te bardziej istotne jak to, że obok jest ktoś kto powie: kocham cię. A tak naprawdę można podziękować za wszystko, bo życie nas kocha i to już wystarczający powód?
W dzienniku znajdziecie 100 powodów, aby podziękować. To mogą być także wasze własne rzeczy, przemyślenia, które możecie zapisywać w specjalnie na ten cel przeznaczonych pustych stronach. Możecie stworzyć swój własny dziennik, który będzie wam służył pomocą w chwilach zwątpienia lub życiowego impasu.
Podsumowując:

"Sto dni wdzięczności" jest dla tych, którzy chcą zmiany postrzegania codzienności. Którzy potrzebują, aby stworzyć swój własny zbiór dobrych myśli, do którego będą mogli zawsze wrócić. Jeśli macie potrzebę pracy nad sobą, jeśli czujecie, że zagubiliście się w życiowym pędzie i potrzebujecie drogowskazu, a może raczej pomocnej dłoni, to Ania H. Niemczynow wam ją podaje. Można spróbować samemu poradzić sobie z problemami lub przyjąć ją i odnaleźć 100 swoich własnych powodów do wdzięczności. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Filia.  

https://www.facebook.com/WydawnictwoFILIA/

września 21, 2019

"Nić Arachny" - Renata Kosin

"Nić Arachny" - Renata Kosin

Człowiek, który tak mocno trwa przy tym, w co kiedyś uwierzył, zawsze będzie starał się patrzeć tak, by rzeczywistość się z tym zgadzała. Nawet gdy coś nie pasuje".
Renata Kosin przyzwyczaiła mnie do tajemnicy. Do czytelniczego rozkoszowania się jej odkrywaniem. Czy pierwszy tom nowej serii autorki przypadł mi do gustu równie bardzo jak pozostałe jej książki?

Saga szlacheckiego rodu Śmiałowskich, którego losy wyznacza rytm polskich dziejów. 
Przytulisko to maleńka podlaska wieś, która z pozoru nie różni się od innych. Tu, w wiekowym dworze, mieszkają dziadkowie Michaliny. Wnuczka spędza u nich każde swoje wakacje. Miejsce to skrywa w sobie wiele sekretów, co potwierdza pewien stary dziennik, w którym tkwi klucz do poznania dziejów rodziny Śmiałowskich. Dziewczyna dzięki niemu odkrywa, że losy jej przodków, mimo upływu czasu snują się nadal, splecione z jej własnym, jak nitki  lnianego płótna tkanego przez Arachnę. 
Do lektury nowej książki Renaty Kosin podeszłam z dużym entuzjazmem. Jeśli przeczytacie moje poprzednie recenzje jej książek zobaczycie, że wielokrotnie się nimi zachwycałam, doceniając pisarski kunszt autorki i jej wyobraźnię w kreowaniu kolejnych, niesztampowych historii. Tym razem również dostałam to czego oczekiwałam. Jest tajemniczy stary zeszyt, pamiętnik dziadka; jest i plastyczne pióro, które sprawia, że książkę czyta się z wielką przyjemnością. A jednak jest inaczej...
Nie sposób nie docenić w przypadku "Nici Arachny" ogromnego wkładu pracy jaki autorka włożyła w stworzenie tła opowieści. Historia toczy się dwutorowo a więc musiała ona oddać klimat dwóch epok: XIX wiecznej wsi o wdzięcznej nazwie - Boguduchy oraz Przytuliska w 'przededniu' przemian ustrojowych w naszym kraju. W moim odczuciu udało się jej to bardzo dobrze. Wierne oddanie realiów obu epok sprawia, że historia rodu Śmiałowskich to nie tylko opowieść o rodzinnych zawirowaniach na przestrzeni dziejów, ale także lekcja historii w pigułce. Z jednej strony poznajemy rytm dnia mieszkańców podlaskiej miejscowości oraz ich obyczaje. Z drugiej natomiast śledzimy czasy nam bliższe - lata 80 - te XX wieku i tak znajome wydają się chociażby rozterki bohaterów wywołane chęcią posiadania własnego M2. 
W swojej najnowszej książce autorka przekazuje pewne uniwersalne wartości, które pomimo upływu czasu, stanowią constans. Pokazuje także, że kolejne pokolenia, czasem jak po nitce, idą tą samą drogą co ich przodkowie, powielając te same błędy, odtwarzając niejako sposób bycia i życia, a nawet dziedzicząc te same cechy charakteru, jak chociażby buta i niefrasobliwość. 
Podsumowując:

"Nić Arachny" to napisana z dużym rozmachem saga rodzinna. Autorce udało się oddać realia epoki. I chociaż czasem mnogość postaci i koligacji rodzinnych powodowała, że czułam się zagubiona, to uważam, że należy docenić jej ogrom pracy. To do czego się trochę przyczepię to, w moim odczuciu, brak równowagi pomiędzy losami bohaterów, a tłem wydarzeń, opisami codzienności. Dla mnie było za dużo tego drugiego i to powodowało, że książka momentami mnie nużyła. Niemniej jednak była to bardzo ciekawa podróż w czasie, nakreślona wprawną pisarską ręką. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Filia.  

https://www.facebook.com/WydawnictwoFILIA/

września 16, 2019

"Galopem po szczęście" - Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska [PRZEDPREMIEROWO]

"Galopem po szczęście" - Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska [PRZEDPREMIEROWO]
Nie powinniśmy się pozbawiać tego, co kochamy. I w czym jesteśmy dobrzy (...)"
Książki pisane w duecie zawsze mnie intrygują. Ciekawi mnie czy uda mi się wyłapać ten dualizm, a może autorzy tworzą tak zgrany tandem, że nie sposób wychwycić kto jest kim?

Basia ma 39 lat i 15-letnią córkę Karolę (z którą toczy nieustanne boje, bo obie mają rogate dusze). Poznajemy je obie, gdy jadą lekko rozklekotanym autem Basi do Jędrzejowa Podlaskiego. Basia, która uciekła z rodzinnego miasteczka zaraz po maturze, wraca do domu. Nie wiemy, jaka historia się za tym kryje, ale jest oczywiste, że w Warszawie, w której spędziła ostatnie 20 lat, spotkała ją jakaś klęska. Rozwód – to raz. Ale ona wraca z niczym: ma trzy walizki, kota w transporterku i komputer. Nie ma mieszkania. Nie ma pieniędzy. Z jakiegoś powodu musi wrócić do domu rodziców. Jej ojciec, Marek, jest dyrektorem państwowej stadniny koni. Ojciec proponuje Basi wakujące stanowisko asystentki w stadninie. Basia wchodzi w świat koni, z którego chciała kiedyś uciec.
Czy Basi uda się odnaleźć szczęście?
Duet autorek Kaczanowska i Bednarek jest mi znany z serii "Ogród Zuzanny". I chociaż przeczytałam tylko pierwszy tom, to wystarczyło, aby poczuć jakim fajnym zespołem literackim są obie panie. 
Kiedy dowiedziałam się, że wydadzą kolejną wspólną książkę obiecałam sobie, że teraz już przeczytam całą serię, bo wciąż brakuje mi czasu, aby nadrobić poprzedni cykl. Ale do rzeczy. 
"Galopem po szczęście" czyta się błyskawicznie. Świetny styl autorek sprawia, że lektura tej książki to czysta przyjemność w pięknych okolicznościach podlaskiej przyrody. Mamy tutaj do czynienia z bardzo dobrze wykreowaną plejadą barwnych postaci. I jeśli boicie się, że możecie w miarę czytania pogubić się kto jest kim, to nie ma obawy. Autorkom udało się powołać do życia bohaterów, którzy sami w sobie są na tyle wyraziści, że łatwo zapadają w pamięć. Siłą rzeczy pojawiają się także ulubieńcy i w moim przypadku jest nim z całą pewnością szeptucha Pelagia. Polubiłam się także z Baśką, główną bohaterką. Podobało mi się, że nie bała się postawić wszystkiego na jedną kartę i zmienić swojego życia. Mimo przeciwności losu nie poddała się niesprzyjającym okolicznościom i postanowiła "wyruszyć w galop" po tytułowe szczęście.
To co mnie jeszcze urzekło, poza postaciami i klimatem, jaki udało się stworzyć autorkom, to konie. Sama trochę się ich boję, jednak po lekturze tej książki mam autentycznie ochotę wsiąść na grzbiet Brego i podążyć z rozwianym włosem w stronę zachodzącego słońca. Naprawdę!
Poza sielskim klimatem Jędrzejowa i niepodważalnym urokiem koni, książka traktuje także o dużo poważniejszych tematach. Mamy do czynienia z rodzinnymi problemami, z alkoholizmem, z trudnościami w rozkręceniu własnego biznesu, a nawet niesnaskami na linii wyznaniowo - religijnej (z przymrużeniem oka). To wszystko sprawia, że bohaterowie są pełnokrwiści, mamy wrażenie, że to nasi sąsiedzi, których codziennie mijamy wychodząc do pracy. Po prostu zżywamy się z nimi i zwyczajnie czujemy się dobrze będąc częścią jędrzejowskiej społeczności. 
Podsumowując:

Duet Kaczanowska&Bednarek to świetnie naoliwiona maszyna do tworzenia bardzo dobrego obyczaju. Jestem pewna, że w ich nowej historii zakochają się miłośniczki gatunku oraz... koni. Malownicze krajobrazy, wyraziste postaci oraz realizm, który bije z kart tej książki sprawią, że będziecie z ciekawością i niecierpliwością czekać na ciąg dalszy.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B.
 
https://www.facebook.com/wydawnictwo.wab/


września 15, 2019

"Narzeczona z getta" - Sabina Waszut - PRZEDPREMIEROWO [patronat medialny NIEnaczytana]

"Narzeczona z getta" - Sabina Waszut - PRZEDPREMIEROWO [patronat medialny NIEnaczytana]
Na wojnie każda miłość jest dobra. Trzeba kogoś kochać, bo to jedyne lekarstwo na rany głów i szerzący się  świerzb. Jeśli się kocha, wystarczy sił, aby walczyć".

Umiecie szydełkować? Ja niestety nie, ale zawsze z podziwem oglądam prace osób, które to potrafią. Jak wiele trzeba mieć w sobie cierpliwości i skupienia, aby z motka nici wyszło jakieś cudo. Dla mnie, takim właśnie małym 'dziełem', misternie stworzonym przez Sabinę Waszut, jest "Narzeczona z getta". 

Własnością młodego małżeństwa staje się stara, zagadkowa szafa. Barbara, której przeszłość też skrywa wiele tajemnic, pragnie odkryć, kim byli pierwsi właściciele antyku. Trafia do Sławkowa, miejscowości leżącej w Zagłębiu Dąbrowskim, tam dowiaduje się, że mebel należał do rodziny żydowskiej. Dalsze poszukiwania doprowadzają Barbarę do Mikołaja, pasjonata historii i opiekuna żydowskiego cmentarza. Z płyt nagrobnych i starych dokumentów powoli odsłania się historia Sary, żydówki zakochanej w goju – synu miejscowego szklarza. Czy ta zakazana miłość zdołała przetrwać wojnę i holocaust? 

Autorka stworzyła historię, która snuje się jak nić - powoli. Początek nie zapowiada tego, co czytelnik zastaje dalej. W miarę lektury poznajemy koleje wątki, których mnogość może wydać się zgubna, ale nic bardziej mylnego. Sabinie Waszut udało się dopasować wszystko do siebie tak, jak układa się puzzle. Najpierw tworzymy ramę, bo tak najłatwiej. Pojawiają się kolejne elementy i już wydaje nam się, że wiemy co przedstawia obrazek. To na pewno będzie zakochana para, uwieczniona nad 'ich' rzeką. Bo wszak "Narzeczona z getta" to historia miłości żydówki i goja. Jednak w miarę zagłębiania się w lekturze, tło wydaje się nie tak oczywiste, jak na początku. Bo i skąd Barbara? Co łączy ją z Sarą? Z wojną? Z opowieścią o Żydach ze Sławkowa? Czy jest z nimi spokrewniona? Wierzcie mi, te i wiele innych pytań pojawiało się w mojej głowie podczas czytania. A odpowiedzi? Znalazłam je wszystkie, ale zupełnie nie spodziewałam się jak rozwiną się kluczowe wątki, a i zakończenie jest dosyć nieoczekiwane.
To co zapewne przyciągnie czytelników, poza wspomnianą wyżej opowieścią o miłości, to tło historyczne, nakreślone przez autorkę bardzo obrazowo. Mimo że cała książka jest napisana niezwykle subtelnie, w momentach opisu wydarzeń i losów sławkowskich Żydów, autorka nie szczędziła realizmu sprawiając tym samym, że ja jako czytelnik miałam łzy w oczach i z przejęciem śledziłam kolejne karty tej książki. Kolorytu całej historii dodają, jeśli tak to mogę określić, zwyczaje żydowskie. Konsekwencja w kultywowaniu tradycji była niezłomna i nie stanęła jej na drodze nawet wojna. Wiara i poczucie przynależności do społeczności żydowskiej są obszernie przedstawione w "Narzeczonej z getta".
Ta książka to jednak nie tylko opowieść o miłości, która nie miała prawa się ziścić, ale także historia o ludzkich lękach. O demonach z przeszłości, które zamykają nas na świat i ludzi. Które determinują to jak żyjemy i jacy jesteśmy. Tak ciężko jest pozbyć się traumy i zacząć żyć pełną piersią. Jednak książka ta daje także nadzieję. Bo przecież czasem, w zupełnie niespodziewanych okolicznościach, karta może się odwrócić, a my odzyskamy spokój ducha. Czasem dzieje się to samoistnie, a czasem musi pojawić się ktoś, kto nam pomoże wyjść z naszej pozornej strefy komfortu, w której się zamknęliśmy ze strachu przed prawdziwym życiem.

Podsumowując:

"Narzeczona z getta" to nie tylko opowieść o miłości w cieniu wielkiej wojny. To wielopłaszczyznowa historia o ludzkich dramatach, o radzeniu sobie z traumatycznymi wydarzeniami z naszego życia. Mnie osobiście urzekła ta niespieszność z jaką Sabina Waszut opowiedziała tę historię. To sprawiło, że mogłam ją celebrować, autorka bardzo dobrze dobrała tempo akcji do poruszonej tematyki. I chociaż rozgrywa się ona jakby 'leniwie', to nawet się nie spostrzeżemy, kiedy z żalem odwrócimy ostatnią kartkę. To jedna z tych książek, które z całym przekonaniem mogę nazwać "perełką". Nie pozwólcie, aby Wam umknęła!

Za możliwość zrecenzowania i objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Książnica. 
https://www.facebook.com/Wydawnictwo-Ksi%C4%85%C5%BCnica-1712601658770030/

września 13, 2019

Autor skrojony na miarę - Magdalena Majcher

Autor skrojony na miarę - Magdalena Majcher

Element garderoby jako mój znak rozpoznawczy – czy jest coś co cię wyróżnia, na co zwracasz szczególną uwagę w kwestii ubioru?

Jeśli nawet dziennikarki podczas wywiadów zaczęły pytać o to, ile sukienek mam w swojej szafie, to chyba coś jest na rzeczy. 😊 Ostatnio wystąpiłam na spotkaniu autorskim w spodniach. Ależ było poruszenie na moim Facebooku! Majcher w spodniach? To nie przystoi. Więc odpowiadając na Twoje pytanie, moim znakiem rozpoznawczym są sukienki. Z każdej podróży przywożę nową!

Nigdy nie ubrałbym/ubrałabym w...?

Nie założyłabym dresu. To nie mój styl. 😊

Czy przywiązujesz uwagę do stroju, który zakładasz na spotkania autorskie? Dlaczego?

Oczywiście. Uważam, że wykonywany przeze mnie zawód i moja pozycja do czegoś mnie zobowiązują. Mam szacunek do swoich czytelników, poświęcają swój prywatny czas, aby się ze mną spotkać, nie wyobrażam sobie, że miałabym wyjść do nich rozczochrana czy w leginsach. 😉 Poza tym lubię czuć się kobieco, pewnie siebie, a sukienka, szpilki czy pomadka na pewno to ułatwiają.
 
Kiedy musisz się przygotować do wyjścia to czy wcześniej przygotowujesz swój outfit, czy zdajesz się na przypadek?

Zazwyczaj wiem wcześniej, w czym pójdę, ale zdarza mi się pozostawiać tę decyzję na ostatnią chwilę.
Czy w twojej szafie jest jakiś strój, do którego masz szczególny sentyment? A jeśli tak to dlaczego?

To sukienka, w której byłam na moim pierwszym spotkaniu autorskim. To był wyjątkowy dzień, w księgarniach właśnie pojawiła się moja debiutancka powieść. Ta sukienka jest już za mała, a nadal wisi w mojej szafie.
😊

Jaki kolor przeważa w twojej garderobie?

Przeważają kolory jasne, pastelowe, ale znajdą się też klasyczne czerwień i czerń.

 

Czy w swoich książkach przywiązujesz wagę do wyglądu twoich bohaterów?

To zaskakujące, ale ja nie mam pojęcia, jak oni wyglądają. Nigdy się nad tym nie zastanawiam. Oni dla mnie nie mają twarzy. Są sumą emocji, doświadczeń, przeżyć, rodzinnej historii i tak ich opisuję. Nie skupiam się na wyglądzie.

Gdybyś miał/a jednoznacznie odpowiedzieć: czy ubiór jest ważnym elementem bycia autorem?

Żyjemy w świecie, w którym atrakcyjny wygląd pomaga osiągnąć sukces. Możemy się z tym nie zgadzać, walczyć z tym, ale nie ma co temu zaprzeczać. W przypadku pisarzy akurat jest łatwiej, bo my chowamy się za naszymi książkami, ale przecież wychodzimy do naszych czytelników, na targach, spotkaniach autorskich, festiwalach literackich. Wygląd nie jest najważniejszy, ale uważam, że wykonywany przez nas zawód wymaga tego, żeby prezentować się schludnie, czysto i, co istotne, z klasą.

Dziękuję za rozmowę!
/fot. profil autorki na FB/

września 12, 2019

"Żyj po swojemu. Jak zwolnić w szybkim świecie" - Agnieszka Krzyżanowska

"Żyj po swojemu. Jak zwolnić w szybkim świecie" - Agnieszka Krzyżanowska
Tak często gonimy za czymś wyjątkowym, czekamy na wielkie momenty i kiedy nie przychodzą, równie wielkie są nasze rozczarowania. Tymczasem życie dzieje się w maleńkich sprawach obok nas. W dawaniu czegoś z siebie bardziej niż braniu. W drobnych gestach kryje się cała tajemnica połączenia ze światem".
Uważam z całym przekonaniem, że w naszym życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Może to wydać się śmieszne, ale nawet to, że w mojej ręce w określonym momencie mojego życia trafiają takie, a nie inne książki, też dzieje się po coś. 

"Żyj po swojemu. Jak zwolnić w szybkim świecie" czytałam etapami. Nie dlatego, że była nieciekawa, nic z tych rzeczy! Ona po prostu jest tak prawdziwa, pokazuje rzeczy oczywiste, czarno na białym i oślepia tą oczywistością tak bardzo, że na moment stajemy się ślepi... Czytając tę książką po moich policzkach płynęły łzy. Nie, nie jest to żaden melodramat. Po prostu czytając spostrzeżenia autorki wiedziałam, że ma rację. I cholera! Ta jej prawda jest moją prawdą, jest prawdą otaczającego nas świata, który chyba faktycznie "ma złamane serce". Ta książka to jedna z tych, które zmuszają do refleksji. Choć może określenie, że "zmuszają" nie jest trafione. To się po prostu dzieje. Czytasz i po każdym fragmencie myślisz, zadając autorce pytanie: Hej, kobieto! Co ty robisz w mojej głowie?! Ja tak miałam. I choć z jednej strony wydać się to może niemożliwe, to z drugiej jest poniekąd krzepiące, że ktoś postrzega rzeczywistość tak jak ja. I to jest ok, nie zwariowałam i co więcej - jest dla mnie nadzieja, skoro dostrzegam to wszystko. Teraz wystarczy tylko dokonać zmian. Tylko? Dla wielu z nas to jest prawdziwe wyzwanie.
Książka Agnieszki Krzyżanowskiej to nie jest zbiór porad, ani remedium na nasze problemy egzystencjalne. Autorka dzieli się z nami swoimi refleksjami, opowiada o własnych doświadczeniach, ale to od nas zależy co zrobimy z tą wiedzą, która chociaż znana, nie miała być może nigdy tak namacalnej postaci...
I wiecie co? Cały czas czytając książkę "Żyj po swojemu..." czułam spokój. Ona naprawdę pozwoliła mi odciąć się od pędu, wyjść z kółka chomika, który galopuje w nieznanym kierunku, pędząc donikąd... Bo do takiej właśnie chomiczej zabawki porównuję często swoje życie. Choć zapewne wielu z nas też tak się czuje. 
Mam prawie 40 lat i moje życie dawało mi nieraz popalić. Stawałam "przed ścianą" kilka razy, a może kilkanaście? I wciąż brak mi odwagi, aby przebić ten mur... Aby, jak w słowach "Dezyderaty": przejść przez hałas i pośpiech pamiętając, jaki spokój można znaleźć w ciszy... 

"O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.
Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie, wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoja opowieść.
Unikaj głośnych i napastliwych - są udręką ducha.
Porównując się z innymi możesz stać się próżny i zgorzkniały, bowiem zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie".
Podsumowując:

"Żyj po swojemu. Jak zwolnić w szybkim świecie" od dziś będzie zajmowała wyjątkowe miejsce na mojej półce. To co wiem na pewno to to, że wrócę do niej wielokrotnie. W chwilach zwątpienia i frustracji kolejnym dniem, który zakończył się niepowodzeniem w mojej ocenie lub ocenie świata i ludzi, których mijam każdego dnia. I wiecie co? To będzie książka, którą będę kupować każdemu. Zarówno osobom, które widzą i czują jak ja, jak i tym, których lektura tej książki być może skłoni do zastanowienia się nad tym, co w życiu jest ważne. Pani Agnieszko, dziękuję!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu PASCAL.

https://www.facebook.com/WydawnictwoPascal/

września 10, 2019

"Na moment przed świtem" - Magdalena Wala

"Na moment przed świtem" - Magdalena Wala
(...) życzliwość innych pomaga przezwyciężyć trudności. Myślę, że sama świadomość istnienia osób, na których możemy się oprzeć, jest dla nas zbawienna".
Ostatnio często sięgam po książki z historią w tle. Dlatego chętnie skorzystałam z okazji, aby poznać losy bohaterów "Na moment przed świtem".

Dwie kobiety, dwie różne epoki, te same dylematy i tak podobne koleje losów…
Adriana jest nieszczęśliwa w małżeństwie. Pod wpływem historii zasłyszanej od sąsiadki, starej Ślązaczki Agnes, postanawia chociaż trochę zmienić swoje życie. W tym celu musi uzyskać przebaczenie mężczyzny, którego dawno temu skrzywdziła, pojednać się z rodziną oraz rozwikłać sekrety ze swojej przeszłości.
Na zmiany w życiu Adriany duży wpływ ma opowieść Agnes. Poznajemy ją na początku września 1939 roku, gdy dziewczyna żyje w Mysłowicach – mieście przyłączonym do III Rzeszy. Czeka ją niełatwa walka o zachowanie tożsamości oraz wierności własnym ideałom.
Adriana w opowieści staruszki znajduje podobieństwa do swojego życia i własnych niełatwych wyborów. Czy te dwie kobiety, żyjące w tak różnych czasach, łączy coś więcej niż tylko sąsiedztwo i konieczność podejmowania trudnych życiowych decyzji?

Magdalena Wala zabiera czytelnika do Mysłowic. Poznajemy losy mieszkańców miasta po wybuchu II wojny światowej, która odbiera im spokój, szczęście i miłość. Autorka w ciekawy sposób ukazała dylematy mieszkańców związane z określeniem swojej przynależności narodowej. Konieczność wyboru pomiędzy formalnym byciem Polakiem lub Niemcem, niesie ze sobą konsekwencje, których nie sposób było wówczas przewidzieć. Myślę, że Magdalenie Wali udało się oddać rozterki tamtego pokolenia, tragizm wojny, która w brutalny sposób wtargnęła w życie wielu mysłowickich rodzin. To co jednak mnie osobiście w jakiś sposób przeszkadzało w pierwszej części historii Agnes i wywoływało lekki dysonans czytelniczy, to zbyt mało historii w historii, mówiąc jaśniej - za mało było jak dla mnie indywidualnych losów bohaterów powieści, okrojonych na poczet bogatego tła wydarzeń, które jednocześnie uważam za duży atut powieści. Dzięki niemu bowiem czytelnik ma okazję poznać fragment historii 'spersonalizowany' stricte dla Mysłowic, jeśli tak to mogę określić. 
"Na moment przed świtem" to historia, w której główną rolę odgrywają kobiety. Zestawienie losów "współczesnej" Adriany, której problemy są zapewne bliskie wielu kobietom w opozycji do opowieści Agnes, jest ciekawym zabiegiem, który podkreśla kontrast przeszkód, jakie na ich drodze postawił los. Ujmujące jest to, że Agnes, która przeżyła trudy wojny stała się oparciem dla wydawać by się mogło kobiety nowoczesnej, której nic nie brakuje. Nic...A jednak bardzo wiele. Bo chociaż jest w związku, posiada dom i stabilne zatrudnienie, to czuje się bardzo samotna, niekochana i pomiatana przez męża tyrana. I tutaj też miałam mieszane uczucia. Jak dla mnie wątek toksycznego związku był nieco zbyt rozbudowany, za dużo było w nim opisów, które nie wnosiły zbyt wiele do fabuły, a jedynie wprowadzały niepotrzebny, w moim odczuciu, spadek dynamiki akcji.
Podsumowując:

"Na moment przed świtem" to historia o poszukiwaniu siebie i próbie pogodzenia się z błędami przeszłości. Zarówno we współczesnym życiu, w którym podstawowym deficytem są uczucia, jak i w czasach wojennej zawieruchy, w których deficyt wszystkiego był chlebem powszednim. W którym trzeba było na szali postawić własne przekonania i wyrzec się tożsamości narodowej. I chociaż w całej powieści były momenty, które trochę mnie nużyły, całość oceniam bardzo pozytywnie, przede wszystkim ze względu na wierne oddanie realiów epoki. Mimo małego "ale" jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy obu kobiet i czy Adrianie uda się wybaczyć samej sobie i zacząć nowe życie z "czystą kartą".

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 
https://www.facebook.com/czwartastrona/

września 01, 2019

"One płoną jaśniej" - Shobha Rao [PRZEDPREMIEROWO]

"One płoną jaśniej" - Shobha Rao [PRZEDPREMIEROWO]

- Może chodziło jej o to, że ta wyspa jest końcem głodu. Albo jego początkiem. Albo że głód nie ma początku. Albo końca. Jak pieśń fletu Kryszny. - Ale co z miłością? - A czym jest miłość, Puri? - zapytała Sawitha. - Czym jest miłość, jeśli nie głodem?"
Być kobietą to w naszej kulturze być piękną, podziwianą, często odnoszącą sukcesy. Niestety nie każda z nas - kobiet może powiedzieć to samo...
 
Urodziły się skazane na dożywotnie cierpienie – jak wszystkie kobiety z małych indyjskich wiosek. Tam nie liczy się, czy jest się siostrą, żoną czy matką. Tam kobieta jest niewolnicą. Poniżane, wykorzystywane i okaleczane Purnima i Sawitha w przyjaźni znajdują azyl. Do czasu… Jednak ogień nadziei, który raz zapłonął w ich sercach, nie gaśnie. A im bardziej los z nimi igra, tym one płoną jaśniej.
Świat stale pędzi do przodu. Ludzie są wciąż dążą do rozwoju cywilizacji. Życie bez telefonu, internetu, i innych udogodnień wydaje się nam niemożliwe. Być może dlatego tak ciężko jest uwierzyć, że wciąż na świecie istnieją miejsca, gdzie człowiek jest traktowany przedmiotowo, gorzej niż zwierzę. Indie - kraj kojarzony z przepychem Bollywood ma swoje ciemne oblicze. Twarz, na widok której odwracamy wzrok, bo tak ciężko nam jest zrozumieć dlaczego? Dlaczego bycie kobietą w niektórych kulturach jest niczym wyrok dożywocia. A najgorsze jeśli do tego urodzoną w biedzie i bez wykształcenia...
Shobha Rao opowiada historię dwóch kobiet, które połączyła przyjaźń, która była najlepszym co posiadały. Codzienna walka o odrobinę szacunku, to ich chleb powszedni, choć i jego często brakuje. Bieda, praca ponad siły, brak możliwości na to, aby decydować o własnym losie, to tylko nieliczne z przeszkód, które muszą pokonać. Bowiem samo to, że urodziły się jako przedstawicielki płci pięknej, dyskwalifikuje je w oczach społeczeństwa, a co najgorsze w oczach własnej rodziny. Syn to błogosławieństwo, córka to tylko ciężar. Trzeba znaleźć dla niej męża, uzbierać pieniądze na posag. Mówiąc wprost - pozbyć się jej, zrzucić ten niechciany balast...
Książkę "One płoną jaśniej" trzeba czytać w skupieniu. Każdy element jest ważny i chociaż niesie ona ze sobą ogromne pokłady trudnych emocji, to warto po nią sięgnąć i wysłuchać głosu indyjskich kobiet. Pełna bólu, na wskroś prawdziwa i przejmująca - to słowa, które choć w niewielkim stopniu opisują tę historię. I chociaż nie jest pozbawiona drastycznych scen, to Rao udało się zachować równowagę w opisywanych wydarzeniach. Pokazała ona rzeczywistość taką jaka jest, nie oceniając, nie komentując, pozwalając czytelnikowi na oswojenie się historią PurnimySawithy i przeżyciem jej na swój własny sposób.
Podsumowując:

Po lekturze "One płoną jaśniej" mogę powiedzieć jedno - jestem wstrząśnięta. Bo chociaż wiele razy słyszymy o różnych objawach okrucieństwa na świecie, to za każdym razem nie przestaję się dziwić, ile podłości jest w człowieku względem drugiego człowieka. Brutalność opisów uderza o tyle bardziej, że w pewnym momencie dociera do nas, że to nie fikcja literacka, a jedna z wielu historii, które wydarzyły się naprawdę. A jednak... A jednak poza bólem niesie ona również nadzieję? Swoistego rodzaju siłę, która bije od tych kobiet. Pomimo życia, które w ich przypadku jest przesądzone wraz z pierwszym oddechem, mimo tego, że przyszło im poznać jedynie jego ciemną stronę, wiele z nich potrafi przetrwać, a ich płomień wciąż świeci wewnętrznym blaskiem...

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Otwarte. 

https://www.facebook.com/WydawnictwoOtwarte/
 

"Smartfonowe dzieciaki" - Julianna Miner - patronat medialny NIEnaczytana [PREMIEROWO]

Masa dorosłych, wliczając w to rodziców, nadużywa mediów społecznościowych i samych telefonów. Tak jak palenie u rodziców jest wskazówką...

Copyright © 2016 NIEnaczytana , Blogger