sierpnia 30, 2019

"Sztuka ścigania się w deszczu" - Garth Stein

"Sztuka ścigania się w deszczu" - Garth Stein
- Pokonanie pierwszego zakrętu nigdy nie zapewnia zwycięstwa (...) - Ale wiele wyścigów przegrywa się na pierwszym zakręcie".
Historie o czworonożnych przyjaciołach zawsze sprawiają, że uśmiechamy się z czułością. Osobiście lubię kiedy jednym z bohaterów książki jest zwierzak. Czy Enzo skradł moje serce?

Enzo jest pewien, że w następnym wcieleniu będzie człowiekiem. Dlatego teraz uważnie obserwuje otaczający go świat i dochodzi do zadziwiających spostrzeżeń. Największym wzorem do naśladowania jest jego pan, Denny: wspaniały mąż i ojciec oraz zaufany przyjaciel. Enzo zrobiłby dla niego wszystko. Kiedy żona Denny’ego umiera, a jemu samemu grozi, że straci prawa do opieki nad córką, tylko Enzo może mu uświadomić, co tak naprawdę w życiu jest ważne. 
Gdyby ktoś zapytał czy "Sztuka ścigania się w deszczu" mi się podobała, to odpowiedziałabym twierdząco. Podobała, ale...
Jak możecie się domyślać po okładce jest to bardzo ciepła opowieść o przyjaźni między człowiekiem a psem. Jednak tym razem jest to niezwykły czworonóg, który ma cechy ludzkie, postrzega otaczający go świat jakby był mężczyzną. Tak, bo Enzo wierzy, że powróci kiedyś na ziemię jako przedstawiciel gatunku ludzkiego. Obserwuje i czuje jak członek rodziny, zapamiętuje wszystko i aż wyrywa się, aby swoją wiedzą i wieloma cennymi spostrzeżeniami, podzielić się ze swoim panem. A jednak może być jedynie cichym obserwatorem, a jednocześnie lektorem historii o Dennym i jego rodzinie. 
W książce urzeka i wzrusza życiowa mądrość Enzo, jego empatia, bezgraniczna miłość i przywiązanie do swojego ludzkiego przyjaciela. Ta relacja tak niezwykła, chwyta za serce, bo jednoznacznie potwierdza, że najlepszym przyjacielem człowieka jest pies. 
"Sztuka ścigania się w deszczu" to także opowieść o wielkiej pasji, o trudach dnia codziennego, walce o zdrowie i życie ukochanej osoby, a także próbie radzenia sobie po stracie. I tutaj pojawia się to moje "ale". Niestety historia, chociaż ujmująca, traci na 'jakości' z dosyć prozaicznego powodu - opis wydawniczy niestety odbiera czytelnikowi element zaskoczenia. Ja osobiście bardzo tego nie lubię i czytając akurat tę książkę miałam wrażenie, jakbym zaczynała ją od środka, mając już pewną (kluczową, bądź co bądź) wiedzę i czekałam, czy jest jeszcze coś, co może mnie zdziwić? No i nie doczekałam się. To wszystko sprawiło, że książkę czytałam mając duże oczekiwania, a wyszło jedynie poprawnie.
Podsumowując:

Była to przyjemna lektura, ale niestety nic nie wniosła poza dosyć schematyczną historią, którą niestety poznałam zaledwie po przeczytaniu opisu. Było wzruszająco, ładnie, uroczo, ale niczego mi nie urwało, mówiąc kolokwialnie. Gdybym miała sięgnąć po nią raz jeszcze, to raczej bym się nie skusiła. Nie lubię książek, które na wstępie odkrywają wszystkie karty i nie dają mi szansy na pobudzenie mojej prywatnej wyobraźni.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B.
 
https://www.facebook.com/wydawnictwo.wab/


sierpnia 28, 2019

"Wszystko za życie. Niewiarygodna historia polskiej Żydówki, która przeżyła Zagładę" - Gerda Weissmann-Klein - [Rozdział 1]

"Wszystko za życie. Niewiarygodna historia polskiej Żydówki, która przeżyła Zagładę" - Gerda Weissmann-Klein - [Rozdział 1]

Część pierwsza

Rozdział 1

Na zielonym dywanie salonu z mojego dzieciństwa leży zegarek. Wskazówki zamarły w bezruchu na 9.10, zamarły, gdy to się wydarzyło. Będzie tylko przeszłość, nadejście przyszłości jest niepewne, czas utknął w teraźniejszości. Poranek – 9.10. Tylko tyle potrafię pojąć. Wskazówki są okrutne. Powoli rozmazują się na tarczy zegarka.
Podnoszę wzrok na okno. Wszystko wygląda obco, jak we śnie. Na ulicy ryczy kilka motocykli. Kierowcy mają na sobie zielonoszare mundury, słyszę głosy. Najpierw kilka, potem wiele, wykrzykują coś niemożliwego i nierealnego. „Heil Hitler! Heil Hitler!”. A zegarek mówi 9.10. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że rozsunęła się niewidzialna kurtyna, a ja wkroczyłam na niewidzialną scenę, żeby odegrać rolę w trwającej sześć lat tragedii.
Był 3 września 1939 roku, niedzielny poranek. Spędziliśmy bezsenną noc w wilgotnej, zimnej piwnicy naszego domu, na zewnątrz spadały pociski i bomby. W pewnym momencie, jeszcze wieczorem, gdy tata, mama i mój brat Artur, wtedy dziewiętnastoletni, kulili się w osłupiającej ciszy, z zewnątrz, z ogrodu, dobiegło miauczenie mojej kotki Schmutzi i Artur wyszedł, aby ją wpuścić. Wrócił z dziurą po kuli w spodniach.

– Kula?
– Ktoś strzela z dachów, Niemcy idą!

Potem, w szarzyźnie wczesnego ranka, usłyszeliśmy głośne pomruki wrogich czołgów. Nasi żołnierze wycofywali się znad granicy na Kraków, gdzie chcieli stawić opór. Mieli wymizerowane, wymęczone i nieogolone twarze, w ich oczach widniały panika i klęska. Starli się z wrogiem, spróbowali i przegrali. Wszystko działo się tak szybko. Dwa dni wcześniej, w piątek rano, 1 września, brzęczenie mas niemieckich samolotów wypędziło wszystkich mieszkańców naszego miasteczka na ulice. Radio huczało wieściami, że Niemcy przekroczyli naszą granicę pod Cieszynem i że toczymy wojnę! W pośpiechu wznieśliśmy blokady drogowe. Ludzi ogarnęła histeria i wielu opuściło miasto jeszcze tego samego dnia.

Nigdy nie uważałam Bielska, mojego rodzinnego miasta, za straszne. Zawsze było takie bezpieczne i stateczne. Przycupnięte u stóp Beskidów – wydawało się, że wysokie szczyty chronią spokojne, lśniące światłami miasteczko przed intruzami. Bielsko było urocze i nie bez powodu nazywano je „Małym Wiedniem”. Przed 1919 rokiem leżało w granicach Austro-Węgier i nadal utrzymywał się w nim posmak tamtej epoki. Niemal wszyscy mieszkańcy posługiwali się dwoma językami, w sklepach rozmawiano po polsku i niemiecku. W samym środku miasta, pośród pieczołowicie wypielęgnowanych kwietników, stał niewielki, ale znakomity teatr, a zaraz obok Schloss, czyli zamek Sułkowskich, szlachty blisko związanej z Habsburgami.

Odkąd pamiętałam, nic nie zakłócało spokoju Bielska. Dopiero teraz, gdy ujrzałam ludzi uciekających z miasta, zrozumiałam, jak blisko, jak niebezpiecznie blisko byliśmy czechosłowackiej granicy. Od Cieszyna dzieliło nas nieco ponad trzydzieści kilometrów.
Oczywiście, o wojnie mówiło się od wielu tygodni, lecz moją rodzinę od połowy sierpnia zajmowała choroba taty. Od początku czerwca do połowy sierpnia byłyśmy z mamą w Krynicy, kurorcie górskim. Tata i Artur nie mogli nam towarzyszyć, a my wróciłyśmy po telegramie od taty, że ze względu na powagę sytuacji międzynarodowej lepiej wracać do domu. Tata czekał na nas dworcu, wstrząsnęło mną to, jak źle wyglądał. Doskwierało mu prawe ramię i zaniepokojona mama wezwała lekarza. Ten uznał, że tata przeszedł łagodny atak serca i kazał mu się natychmiast położyć do łóżka.
Nazajutrz wezwaliśmy do taty dwóch specjalistów. Tego samego dnia otrzymaliśmy depeszę od Leo, mieszkającego w Turcji brata mamy. Brzmiała tak: „Wybiła ostatnia godzina Polski. Niebezpiecznie dla Żydów. Wasze wizy czekają w ambasadzie w Warszawie. Namawiam, żebyście przyjechali bezzwłocznie”.
Mama włożyła depeszę do kieszeni fartucha i orzekła:
– Tata jest chory, to nasza główna troska.

Mieliśmy za wszelką cenę oszczędzać tacie nerwów i niepokojów, ostrzegaliśmy wszystkich gości, żeby nawet nie wspominali przy nim o możliwości wybuchu wojny. Mama nie zdawała sobie sprawy, jakiego losu moglibyśmy uniknąć, gdyby nie taiła przed tatą prawdy. A jednak 1 września, w piątek rano, gdy na niebie zaryczały niemieckie samoloty, chorujący od dwóch tygodni tata stanął twarzą w twarz z rzeczywistością. To był dzień pełen napięcia. W większości spędziłam go w sypialni rodziców, instynktownie trzymając się jak najbliżej taty.

Pod koniec tego pierwszego dnia nikt nawet nie tknął kolacji, nikt nie miał ochoty iść spać. Mama usiadła na krześle obok łóżka taty, a my z Arturem wyglądaliśmy przez okno. Konie i wozy wyładowane uciekinierami nadal przetaczały się na wschód. Gdzieniegdzie w wieczorne niebo wystrzeliwała flara, jak krew strzykająca z rany, i nagle cała dolina była skąpana w groteskowej czerwieni. Patrzyłam na rodziców. Tata wyglądał dziwnie, niemal bez życia. Żółte kwiaty na czarnej podomce mamy zdawały się płonąć. Na zewnątrz szczyty górskie rozbłysły na chwilę, a potem rozbrzmiały ogłuszającym hukiem, przez który szyby w oknach zagrzechotały jak zęby kościotrupa. Wszystko płonęło. Ponownie spojrzałam na mamę. Miękkie, pofalowane, ciemnogranatowe włosy przykleiły się jej do twarzy. Jej wielkie, ciemne oczy wyglądały na tle bladej skóry jak sadzawki bez dna. Ruchliwe usta były zastygłe i obce. Na naszych twarzach odbijał się czerwony blask. Jej wyglądała przez to nieznajomo. Oto mama, płonąca dziwnym ogniem zniszczenia, a na ulicy konie i wozy, furmanki i rowery sunęły w nieznane. Pewien mężczyzna niósł na plecach kozę, zapewne swoje jedyne mienie. Na rogu kilka kobiet tuliło do piersi niemowlęta, a obok jakaś stara chłopka robiła znak krzyża. Wydawało się, że w tym osobliwym, czerwonym świetle świat dobiegł końca. A potem niespodziewanie tata odezwał się do mnie:
– Idź, obdzwoń rodzinę, zobacz, co robią.
Zeszłam po schodach. Usiadłam przy aparacie z długą listą numerów w ręce. Zaczęłam od góry i systematycznie wykręcałam jeden po drugim, ale nikt nie odbierał. Telefony dzwoniły i dzwoniły. Wyobraziłam sobie, że w domach, które tak dobrze znałam, z każdym dzwonkiem jakiś znajomy przedmiot albo mebel przewraca się na podłogę.
Spanikowałam. Miałam wrażenie, że zostaliśmy sami w świecie umarłych. Wróciłam na górę. Rodzice i Artur najwyraźniej o czymś rozmawiali. Nagle przerwali.
– Nikt nie odbiera, prawda? – zapytał tata. Nie mogłam mówić. Skinęłam głową. Nie było sensu dłużej udawać. Tata pokazał, żebym usiadła na jego łóżku. Objął mnie lewym ramieniem.
– Dzieci – powiedział – liczyłem, że nigdy nie będę musiał o tym mówić, ale nadszedł czas, w którym muszę. Pamiętam, jakby to było wczoraj, krzyki rannych i blade oblicza ofiar zeszłej wojny. Nie sądziłem, że świat ponownie do tego dopuści. Wierzyłyście, że zawsze znajdę właściwe rozwiązanie na wszystko. A jednak was zawiodłem. Uważam, że powinnyście jechać. Mama właśnie mi powiedziała, że państwo Ebersohnowie pytali, czy nie zabrać was ze sobą, szukać schronienia w głębi Polski. Teraz, gdy najbardziej potrzebujecie mojej siły, jestem chory. Chcę, żebyście pojechały. Rozkazuję wam jechać! – Jego głos przybrał władczy ton, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam. Zauważyłam, jak Artur, na dźwięk nazwiska jego sympatii, podnosi oszołomiony wzrok. Był podobny do mamy, jeszcze bardziej niż zwykle, a jednak gdy wstał – wysoki, prosty, zdeterminowany – z jakiegoś powodu przypominał mi tatę.
– Nie! Zostaniemy razem – odparł niemal bez wahania.
Rodzice spojrzeli po sobie. Wydawało mi się, że ujrzałam w ich oczach ulgę i dumę.
– Miałem nadzieję, że tak powiesz – rzekł tata łamiącym się głosem – nie ze względu na mnie, ale dlatego, że nie chcę wypędzać dzieci ku nieznanemu. Wierzę, że Bóg pozwoli nam zostać razem, pod własnym dachem.
Wycieńczony opadł na poduszki. Był to dla niego zbyt wielki wysiłek, pokój zawisł w bezruchu i ciszy. To dziwne, lecz wszystkie hałasy na zewnątrz również ucichły, a my zauważyliśmy, że niebo nie jest już czerwone.


Gdy obudziłam się nazajutrz, wszystko było spokojne, jak zwykle. Mój pokój oświetlało jasne słońce. Jesienne kwiaty w naszym ogrodzie znajdowały się w pełnym rozkwicie. Drzewa uginały się pod ciężarem owoców. W moim pokoju wszystko było po staremu i co więcej, nawet tata wstał z łóżka. Trzymał rękę na temblaku, ale wstał, i było to tak cudowne, że nabrałam pewności, że cały poprzedni wieczór to tylko koszmar. Nie, nie do końca, bo w twarzach rodziców odczytałam coś, czego wczoraj w nich nie było
Gdy spotkaliśmy się na dole przy śniadaniu, wszyscy zdawali się weseli. Tata żartował. Mama włączyła się w pozornie beztroskie przekomarzania. Nasza służąca odeszła, aby być z krewnymi. Tata zapytał żartobliwie, czy nie chciałabym jej pracy. Nikt nie wspominał o wojnie. Poszłam włączyć radio. Rozległo się głośne trzaśnięcie, ale poza tym milczało. Sprawdziłam telefon, sprawdziłam światła, ale prądu nigdzie nie było. W pewnym sensie to dobrze. Nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym. To była cudowna, spokojna sobota. Lecz wieczór przyniósł furię, która zakończyła nasz ostatni spokojny dzień. Z dachów zaczęły padać sporadyczne strzały, próbowano opóźniać nieprzyjaciela, gdy nasza armia cofała się na Kraków. Szukaliśmy schronienia w piwnicy i przesiedzieliśmy w niej całą noc. Nad ranem strzały całkiem ucichły, z ulic zniknęły pojazdy polskich wojsk. Wyszliśmy do salonu na filiżankę herbaty. Usiadłam na kanapie niedaleko okna i widziałam na zewnątrz ludzi w ewidentnie wesołych, radosnych nastrojach. Rozmawiali i śmiali się, trzymali kwiat, wszędzie pstrykały aparaty fotograficzne.


– Mamo, popatrz – zawołał Artur. – Myślisz, że…? – Przerwał w pół zdania, nie ośmielił się wyrzec na głos nieprawdopodobnego.
– Nie – odparła mama i wtedy Artur wyjął z kieszeni zegarek. W spokój naszego domu wdarł się ryk motocyklu, zegarek upadł na podłogę. Była 9.10.

Wyjrzałam ponownie. Na domu naprzeciwko powiewała swastyka. Mój Boże! Chyba byli przygotowani. Wszyscy oprócz nas wiedzieli.
Po drugiej stronie ulicy zaparkowała ciężarówka wypełniona niemieckimi żołnierzami. Nasi sąsiedzi częstowali ich winem i ciastami, i wołali upojeni radością: „Heil Hitler! Niech nam żyje Führer! Dziękujemy wam za wyzwolenie!”.
Nie rozumiałam. Nie potrafiłam pojąć, co się działo. Co ci ludzie wyrabiali? Przecież znałam ich całe życie. Zdradzili nas.


Poranna herbata wystygła na stole. Mama i tata wbili spojrzenia w ziemię. Ich twarze straciły wyraz. Tata wyglądał staro, jakby poszarzał. Ogromnie się zmienił.
Poczułam, że coś się pali. Rozgrzana bryłka węgla wypadła z wielkiego, zielonego pieca kaflowego na dywan. Pamiętałam, że rok czy dwa wcześniej stało się coś podobnego i mama była bardzo niezadowolona. Obróciła wtedy dywan, żeby przypalone miejsce znalazło się pod kanapą. Chciałam krzyknąć i ostrzec rodziców, ale gdy zauważyłam, jak wpatrują się w ten węgielek, głos uwiązł mi w gardle. Widzieli, że dywan się tli, ale jakby ich to nie obchodziło. Tata w końcu wstał i niedbale butem przesunął bryłkę z powrotem do paleniska. Nikt się nie odezwał.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam Trude, dziewczynkę, którą znałam od małego. Mieszkała z babcią w dwupokojowym mieszkaniu w naszej piwnicy; nie płaciły czynszu, a w zamian prały. Teraz patrzyłam, jak wynosi kwiaty z naszego ogrodu, białe róże, z których byliśmy bardzo dumni, bo zakwitły poza sezonem. Wręczyła je żołnierzowi, łamiąc sobie język obcym jej niemieckim: „Heil Hitler!”. Żołnierz wyciągnął po nie ręce, ale ktoś zaproponował mu sznapsa. Wybrał kieliszek i kwiaty spadły na zakurzoną drogę, gdzie stratowały je żołnierskie buciory. Zaczęłam szlochać, płakać, w jednym wybuchu dałam upust wszystkim emocjom i lękom. Artur przyskoczył do mnie i zasłonił mi usta dłonią.

– Oszalałaś? Chcesz nas wydać?
Ale ja go nie słyszałam. Łzy przynosiły ulgę. W końcu mnie spoliczkował.
– Pomyśl o życiu taty. Jak usłyszą twój płacz…
Nie potrafiłam przestać. Ściągnął mnie z kanapy, pociągnął przez dywan i dalej na górę, mama zasłaniała mi usta. Położyli mnie do łózka, gdzie płakałam w poduszkę, aż w końcu opadłam z sił i zasnęłam.

Wczesnym popołudniem pijany, rozradowany motłoch nadal świętował „wyzwolenie” i skandował ochryple „Heil Hitler!” Rodzice się uśmiechali. Ich uśmiechy sprawiały mi większy ból niż mój płacz i łzy. Wtedy nauczyłam się, że nie mogę płakać zawsze, gdy mam na to ochotę. Zrozumiałam, że staliśmy się wyrzutkami, obcymi we własnym domu, że znaleźliśmy się na łasce ludzi, którzy dotąd byli naszymi przyjaciółmi. Choć miałam tylko piętnaście lat, nabrałam silnego przeświadczenia, bardziej przeczucia niż faktycznej świadomości, że nasze życia już do nas nie należą, że znalazły się w rękach śmiertelnego wroga.
Mama, nawet tej pamiętnej niedzieli, próbowała utrzymać normalny rytm naszego życia. Przygotowała kolację i jak zawsze zasiedliśmy do stołu, ale nikt nie był w stanie jeść, a gdy odnieśliśmy talerze, siedzieliśmy w milczeniu. Artur przyniósł książki o wojnie 1914 roku i szukał informacji o jej przebiegu, ale tata powiedział:
– To inna wojna. Ta na pewno nie będzie trwać cztery lata. Cztery tygodnie, najwyżej cztery miesiące.
Wczesnym wieczorem, gdy wrzaski pijanej tłuszczy ucichły, rozległo się pukanie do drzwi i szept: „Pani Weissmann”. Przyszła nasza sąsiadka, pani Bergmann, matka mojej przyjaciółki Escii. Cała blada i roztrzęsiona przekazała nam wieści, że po południu wyłapano na ulicach kilku Żydów, zamknięto ich w świątyni, a świątynię podpalono.
– Mężczyźni niech lepiej się nie pokazują – wyszeptała.
Tata i Artur spojrzeli po sobie. Mama otworzyła szeroko oczy i zacisnęła usta. Lecz pani Bergmann powiedziała nam też, że rano Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Posiedziała u nas tylko kilka minut. Gdy wstała, aby wyjść, mama odprowadziła ją do drzwi, a ja poszłam za nimi. Zanim otworzyły, obie chwilę nasłuchiwały, w końcu pani Bergmann przekręciła gałkę, rozejrzała po ulicy i wyślizgnęła się przez wąską szparę.
Siedzieliśmy w ciszy jeszcze jakiś czas, nikt nie chciał iść do łóżka. Pierwszy raz w życiu widziałam mamę wieczorem bez robótek ręcznych w dłoniach. Po prostu siedziała i patrzyła w ogień. Po chwili wstała, na zewnątrz spokojna i majestatyczna, i rzekła:
– Idźcie do łóżek, dzieci. Wszyscy potrzebujemy wypoczynku i siły.
Jej słowa zwieńczyły pierwszy dzień pod niemiecką władzą.

Następnego ranka siedziałam z mamą w kuchni, gdy przyszła jedna z sąsiadek, pani Rösche, z drugą kobietą, i zapytała o naszą flagę Polski.
– Flagę? – zaciekawiła się mama. – A po co?
– Żeby zrobić z niej niemiecką. To bardzo proste. Czerwony pas zostawia się jak jest, w białym wycina koło i naszywa na nie czarną swastykę.
Mama pobladła. Z początku szukała flagi w miejscach, w których na pewno jej nie było. Jednak wiedziała, że będzie musiała oddać ją prędzej czy później, więc w końcu ją przyniosła. Pani Rösche zapytała, czy mama ma czarną wstążkę. Odparła, że nie. Ta druga sąsiadka wyjęła kawałek. Powiedziała, że to bardzo porządna wstążka – że wytrzyma długie lata!
Obie sąsiadki spędziły cały ranek na szyciu nazistowskiej flagi na nasz budynek. Do dziś nie wiem, po co to robiły. Może myślały, że jeśli jej nie wywiesimy, to ściągniemy na siebie kłopoty.
Kiedy skończyły, zapytały:
– A gdzie Artur? Jest wysoki i silny. Mógłby ją powiesić.
Mama kazała mi go zawołać. Znalazłam go w jego pokoju, leżał osowiały, w apatii. Gdy powiedziałam, czego od niego chcą, krzyknął:
– Wszyscy postradaliście rozumy? Nigdy! Nigdy! Nie zrobię tego. Powiedz im, że mnie nie ma, powiedz, że umarłem, powiedz cokolwiek!
Więc pani Rösche i ta druga kobieta z wysiłkiem zamocowały flagę w niewielkim otworze w dachu. Całymi dniami nie potrafiłam się zmusić, aby wyjrzeć przez okno, a gdy w końcu to zrobiłam, ujrzałam krwistoczerwony symbol ogarniającej nas tragedii.

sierpnia 27, 2019

KARTKA Z KALENDARZA - WRZESIEŃ

KARTKA Z KALENDARZA - WRZESIEŃ
Jak co miesiąc zapraszam na przegląd zapowiedzi wydawniczych. Tym razem skupiłam się na tych, które będę recenzowała :)

04-09-2019
SHOBHA RAO - ONE PŁONĄ JAŚNIEJ

Urodziły się skazane na dożywotnie cierpienie – jak wszystkie kobiety z małych indyjskich wiosek. Tam nie liczy się, czy jest się siostrą, żoną czy matką. Tam kobieta jest niewolnicą.
Poniżane, wykorzystywane i okaleczane Purnima i Sawitha w przyjaźni znajdują azyl. Do czasu… Jednak ogień nadziei, który raz zapłonął w ich sercach, nie gaśnie. A im bardziej los z nimi igra, tym one płoną jaśniej.
Z bohaterkami odważnej powieści Shobhy Rao utożsamiają się kobiety z wielu stron świata. Seksizm, przemoc domowa, opresyjne normy społeczne to wciąż codzienność miliardów z nich.

04-09-2019
RENATA KOSIN - NIĆ ARACHNY
Historia, w której prawie każdy mógłby przejrzeć się jak w lustrze.
Saga szlacheckiego rodu Śmiałowskich, którego losy wyznacza rytm polskich dziejów. Opowieść, która łączy ze sobą wiele różnych wątków i elementów bliskich sercu każdego, kto urodził się i wychował tam, gdzie jedną z najwyższych wartości jest wierność tradycji i szacunek dla pamięci przodków. Gdzie zielone pola, złote łany i kręte drogi pośród białokorych brzóz i rosochatych wierzb. Gdzie nadal rozmawia się o tym, co minęło, jakby nadal było. I gdzie czasem patrzy się w przyszłość przez pryzmat tego, czego już dawno nie ma. Jest to historia, która pokazuje, że dzisiejszy świat bywa wiernym odbiciem tego wczorajszego, podobnie jak żyjący w nim ludzie.
Fragmentem takiego świata jest też Przytulisko, maleńka podlaska wieś, która z pozoru nie różni się od innych. Tu, w wiekowym dworze, mieszkają dziadkowie Michaliny. Wnuczka spędza u nich każde swoje wakacje. Miejsce to skrywa w sobie wiele sekretów, co potwierdza pewien stary dziennik, w którym tkwi klucz do poznania dziejów rodziny Śmiałowskich. Dziewczyna dzięki niemu odkrywa, że losy jej przodków, mimo upływu czasu snują się nadal, splecione z jej własnym, jak nitki  lnianego płótna tkanego przez Arachnę.

11-09-2019
GERDA WEISSMANN - KLEIN - WSZYSTKO ZA ŻYCIE. NIEWIARYGODNA HISTORIA POLSKIEJ ŻYDÓWKI, KTÓRA PRZEŻYŁA ZAGŁADĘ
[PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana]

Film dokumentalny na podstawie książki otrzymał w 1995 roku Oscara w kategorii najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny.
"Wszystko za życie" to niezapomniana historia sześcioletniej gehenny Gerdy Weissmann Klein, ofiary nazistowskiego okrucieństwa – od dzieciństwa w rodzinnym domu w polskim Bielsku po wręcz cudowne ocalenie i wyzwolenie przez amerykańskich żołnierzy w czeskich Volarach. Gerda zabiera czytelnika w przerażającą, lecz przepełniającą nadzieją podróż.
Błoga, idylliczna młodość nastoletniej Gerdy legła w gruzach, gdy we wrześniu 1939 roku naziści wkroczyli do Polski. Choć najeźdźcy przez pewien czas pozwalali Weissmannom żyć w piwnicy ich domu, ostatecznie rozdzielili rodzinę i wywieźli jej członków do niemieckich obozów pracy. W ciągu kolejnych kilku lat Gerda została pozbawiona wszystkiego poza życiem. Nim wojna dobiegła końca, straciła rodziców, brata, dom, dobytek i wszystko, co było jej drogie.
Na przekór koszmarnym przejściom młoda kobieta nie straciła hartu ducha i wiary w człowieczeństwo. W mrokach niemieckich obozów wraz z przyjaciółkami zdołała zbudować wspólnotę, opartą na miłości i braterstwie. Chociaż naziści okradli je z istoty młodości i życia, udało im się przetrwać barbarzyństwo dręczycieli. Piękna opowieść Gerdy niesie bezcenny przekaz dla każdego z nas. Opowiada o strasznej pożodze i krzywdzie ubiegłego stulecia, lecz daje też nadzieję, że z nienawiścią można wygrać.

18-09-2019 
SABINA WASZUT - NARZECZONA Z GETTA
[PATRONAT MEDIALNY NIEnaczytana] 
Wzruszająca powieść o miłości, która staje się jednocześnie  przekleństwem i zbawieniem. O poczuciu winy, odkupieniu i o walce o resztki człowieczeństwa w czasach naznaczonych II wojną światową.
Własnością młodego małżeństwa staje się stara, zagadkowa szafa. Barbara, której przeszłość też skrywa wiele tajemnic, pragnie odkryć, kim byli pierwsi właściciele antyku. Trafia do Sławkowa, miejscowości leżącej w Zagłębiu Dąbrowskim, tam dowiaduje się, że mebel należał do rodziny żydowskiej. Dalsze poszukiwania doprowadzają Barbarę do Mikołaja, pasjonata historii i opiekuna żydowskiego cmentarza. Z płyt nagrobnych i starych dokumentów powoli odsłania się historia Sary, żydówki zakochanej w goju – synu miejscowego szklarza. Czy ta zakazana miłość zdołała przetrwać wojnę i holocaust?

18-09-2019
ANNA DEMBOWSKA - POD POWIERZCHNIĄ
Komisarz Maria Byszewska zaczyna śledztwo w sprawie porwania czteroletniego Kacpra. Gdy kilka dni później w Płocku bez śladu ginie kolejny chłopiec, Maks Gajewski, w mieście wybucha panika. Media łączą sprawy, choć śledczy nie mają na to żadnych dowodów.
Byszewska działa pod presją. Wie, że tu nie ma miejsca na błędy. W rozwiązaniu sprawy nie pomagają jej żądne sensacji media, arogancki detektyw, nadgorliwy syn policjant i nierozwiązane sprawy z przeszłości. W dodatku Marta Gajewska nie wierzy, że jej dziecko mogło się utopić. Życie osobiste komisarz miesza się ze śledztwem. Maria stanie przed wyborami, które na zawsze zmienią życie zaginionych chłopców. A także los jej syna.

18-09-2019
TOMASZ KIERES - NIE POZWÓL MU ODEJŚĆ
Spotkali się w wakacyjnym kurorcie. Ona, kobieta z przeszłością, która wyruszyła w podróż, by spojrzeć na swoje życie z dystansem. On, mężczyzna zmuszony przez los do zerwania ze swoim dawnym życiem.
Połączyło ich wielkie uczucie, którego nadejścia żadne z nich się nie spodziewało. Niechciane, nieplanowane, niepotrzebne. Wielka miłość, która jest wspaniałym darem, w tym przypadku obojgu przyniosła jeszcze więcej bólu.
Bo miłość to wolność, a kochać znaczy pozwolić odejść. Nikt nie zasługuje na to, by zostać uwikłanym w związek bez przyszłości. W uczucie, które może zakończyć się tylko w jeden sposób. Do kogo jednak tak naprawdę należy decyzja?
Wzruszająca powieść o przewrotności losu i jego nieuchronności. O tym, że życie czasami brutalnie weryfikuje nasze plany i o sytuacjach, z których nie ma dobrego wyjścia.
Tomasz Kieres kolejny raz zabiera czytelników w podróż pełną wzruszeń, pytań o sens życia i o prawo do decydowania o losie ukochanej osoby.

18-09-2019
PRZEPISY JOLI. ZŁOTE PRZEBOJE
W kolejnej po „Od śniadania do kolacji”  i „W rodzinnej kuchni” książce z serii "Przepisy Joli" przebojowa blogerka i kultowa bohaterka mediów społecznościowych Jola Caputa zebrała przepisy, które cieszą się największą popularnością wśród jej fanów. The best of „Przepisy Joli” jak zwykle w wersji najsmaczniejszej, ale i najpraktyczniejszej oraz najbardziej ekonomicznej.

18-09-2019
PETRA HULSMANN - SZCZĘŚCIE DLA ZUCHWAŁYCH

Szczęście nie rośnie na drzewach – czasem trzeba o nie zawalczyć. Zabawna i wzruszająca opowieść o kobiecie, która odważyła się być szczęśliwa.
Stoisz po szyję w wodzie? Głowa do góry! Imprezy, wolność, beztroska − dla Marie nie ma nic ważniejszego. Wszystko zmienia się, kiedy jej siostra Christine zapada na ciężką chorobę i prosi, by na czas terapii zaopiekować się jej dziećmi. Jakby tego było mało, Marie ma przejąć jej posadę w rodzinnej stoczni jachtowej. Zupełnie nie ma ochoty na nowe wyzwanie, a tym bardziej na nowego szefa, sztywnego nudziarza o imieniu Daniel. Podczas gdy jedna katastrofa goni drugą, a życie staje się chaosem, Marie powoli zaczyna pojmować, że są na świecie rzeczy, o które warto walczyć. I że pewne sytuacje – na przykład nowa miłość − dopadają człowieka wtedy, gdy się tego najmniej spodziewa.

18-09-2019
MAGDA KNEDLER - DZIEWCZYNA KATA

Julia Zan, młoda dziennikarka, prowadzi w lokalnym radiu program o zabytkowych przedmiotach. Zainteresowana tajemniczymi losami cennego pucharu Messenhamera zgłębia historię wrocławskiego skarbu z Bremy. Trop wiedzie do ekscentrycznego jubilera, dzięki któremu dowiaduje się o istnieniu tajemniczej broszy.
Julia po śladach broszki kroczy przez siedemnastowieczny Presslaw, mija stosy i szubienice, patrzy na wybuch wojny trzydziestoletniej i miasto ogarnięte morową zarazą. Tajemniczy przedmiot skrywa prawdę o ludzkich namiętnościach. Miłość, zazdrość i nienawiść zostały na zawsze utrwalone w szlachetnym kruszcu.
Czy to za sprawą czarów wszystko zaczęło się od Magdaleny, pięknej dziewczyny w czerwonej sukni zakochanej w miejscowym kacie? A może od Heinricha, młodego złotnika, którego kamienna głowa – jak głosi legenda – do dzisiaj tkwi w ścianie wrocławskiej katedry?

18-09-2019
JAGNA KACZANOWSKA, JUSTYNA BEDNAREK - GALOPEM PO SZCZĘŚCIE

Nowa powieść autorek bestsellerowego "Ogrodu Zuzanny"!
Kiedy życie stawia cię na zakręcie, a ty wcale nie chcesz się przekonać, co znajduje się za nim…
Dwadzieścia lat temu Basia w atmosferze lokalnego skandalu uciekła z rodzinnego Jędrzejowa Podlaskiego zaraz po maturze do Warszawy. Teraz wraca do domu rozklekotanym autem – z kilkunastoletnią córką Karoliną, kotem Bazylem, bez męża. Nie wiadomo, jaka historia się za tym kryje, ale jest oczywiste, że w Warszawie, w której spędziła ostatnie 20 lat, spotkała ją jakaś klęska. Rozwód – to raz. Jednak ona wraca z niczym: ma trzy walizki, kota w transporterku i komputer. Nie ma mieszkania. Nie ma pieniędzy. Z jakiegoś powodu musi wrócić do domu rodziców. Jej ojciec, Marek, jest dyrektorem państwowej stadniny koni. Ojciec proponuje Basi stanowisko asystentki w stadninie. Basia wchodzi w świat koni, z którego chciała kiedyś uciec. Musi też skonfrontować się z bliskimi – podporządkowaną mężowi matką, młodszą siostrą Anną, która całe życie marzyła o podzieleniu jej losu i wyrwaniu się w wielki świat, despotycznym ojcem, który w dodatku jest jej szefem, i córką Karoliną, która wyrwana z warszawskich luksusów nie do końca potrafi odnaleźć się na podlaskiej prowincji.
Czy Basi uda się odnaleźć szczęście?

18-09-2019
ZNANY SZUM MORZA - MAGDALENA MAJCHER
1998–2019 Jagoda
Jagoda pragnie przełamać koło międzypokoleniowych kłamstw. Spędzając całe dnie na rozmowach z babką, stara się zrozumieć zawikłaną historię rodziny.
Wiedziona przekonaniem, że los można odwrócić, stawia wszystko na jedną kartę. Tworzy wyjątkowe miejsce, które przyciąga kobiety takie jak ona – samotne matki niepełnosprawnych dzieci.
Czy smutek i cierpienie można dziedziczyć po przodkach? Czy mamy jakikolwiek wpływ na nasze życie?
Pełna emocji opowieść o powrocie do domu, gdzie można odnaleźć i zrozumieć ślady przeszłości.






sierpnia 26, 2019

Okładkowa sroka poleca - wrzesień

Okładkowa sroka poleca - wrzesień
Ile razy macie tak, że zobaczycie gdzieś okładkę książki i w waszej głowie pojawia się myśl, że kupilibyście ją od razu? Często nawet nie znacie jej opisu, a i tak zostaje w waszej głowie na jakiś czas. Dlatego, że sama jestem okładkową sroką postanowiłam, że na moim blogu będzie pojawiał się comiesięczny subiektywny przegląd okładek, które zwróciły moją uwagę w zapowiedziach. Bez opisu, bez dokładnej daty premiery ale za to w kilku kategoriach - oceniam tylko po okładce. 

KOBIECA 
 
SUBTELNA

PRZEJMUJĄCA


MINIMALISTYCZNA
               
MAGICZNA
ZMYSŁOWA
                                                           
                                                      KRWAWY MOTYW
                                                           TAJEMNICZA

MÓJ FAWORYT WE WRZEŚNIU




/cykl zainspirowany cyklem Marty Mrowiec #po okładkach/

sierpnia 23, 2019

"Tylko dla dorosłych" - Nina Majewska - Brown

"Tylko dla dorosłych" - Nina Majewska - Brown
Z roku na rok stawała się coraz mniej wyczulona na piękno, radość życia i własne posuwające się w latach ciało. Jeśli ten proces będzie się pogłębiał, to w końcu doprowadzi do tego, że jedyne, co na nią poleci, to deszcz i on też nie będzie zachwycony płaszczyznami, po których przyjdzie mu spłynąć.
Ta książka "prowokowała" mnie już w zapowiedziach. Dlatego nie mogłam się doczekać kiedy poznam tę historię. Czy słusznie z utęsknieniem wypatrywałam kuriera?

Pierwsza książka w nowej serii autorki bestsellerowych cyklów "Nina Braun" i "Anka".
Klara ma pewną pracę, mieszkanie po babci i wiedzie spokojne życie singielki. Ma też kompleksy, matkę, która nie może się doczekać jej ślubu, i okrągłe urodziny, o których woli nie pamiętać. Oraz szalone przyjaciółki, które uznały, że najwyższa pora, by Klara wzięła sprawy w swoje ręce, i wyciągnęły ją na babski dzień w SPA. Spektakularną metamorfozę wieńczy niespodzianka stulecia. A właściwie nawet kilku, bo po upadku na zajęciach z tańca na rurze, które są urodzinowym prezentem, Klara budzi się w… 1881 roku!
Macie czasem tak, że bardzo pozytywnie nastawicie się do jakiejś książki? I zupełnie nie wiecie dlaczego? Ja tak miałam z "Tylko dla dorosłych". Kiedy przeczytałam opis, od razu skojarzyła mi się z "Outlanderem", a konkretnie pod kątem motywu podróży w czasie. 
Początek był fajny. Język powieści może nie zawsze był dla mnie przyswajalny, ale ogólnie dobrze się bawiłam i wprost nie mogłam się doczekać, aż bohaterka obudzi się w innej epoce. I stało się. Czekałam na coś zaskakującego, można powiedzieć, że przebierałam nogami (bez podtekstów 😉), ale cóż... Podobała mi się bohaterka, ale tylko ta Klara w 1881 roku, bo ta współczesna była przysłowiową "ciepłą kluchą". W nowym wcieleniu zaś stała się wampem i uwodziła młodszego od siebie Konstantego. Ich harce, ukrywanie się przed oczami wścibskich ludzi, aby nie rozpętać skandalu obyczajowego, były nawet w porządku ale... Miałam wrażenie, choć nie uważam siebie za specjalistkę od tego rodzaju opisów, że ich schadzki, seksualne, momentami wyuzdane, zabawy, było opisane bardzo... zachowawczo? Zupełnie jakby autorka tak bardzo chciała zrobić to w sposób subtelny, niemal grzeczny, że wyszło trochę sztywno i "kwadratowo". 
To jeszcze jestem w stanie przeżyć, bo w sumie wątek erotyczny, choć wiodący, nie był tym, który fascynował mnie najbardziej, zanim zaczęłam czytać tę książkę. Jednak zakończenie... Jestem zawiedziona, bo odniosłam wrażenie, że niejeden wątek można było rozwinąć, ale skończył się limit znaków... I tutaj mam problem: nie jestem w stanie, na podstawie nadesłanych do mnie materiałów prasowych jednoznacznie stwierdzić, czy będzie to seria, czy nie? Jeśli o mnie chodzi, to nie potrafię sobie wyobrazić o czym miałaby napisać autorka w kontynuacji? Bo chyba więcej, niż spodziewanego happy endu, nie da się dla niej już wymyślić i całość mogłaby się zamknąć w jednotomowej powieści. Chyba, że nie powstanie, wtedy zakończenie może wielu czytelników rozczarować. Do tego grona i ja się zaliczam. 😉
Z pozytywnych rzeczy, to książka broni się humorem, głównie tym sytuacyjnym wynikającym ze zderzenia kultur (Klara z XXI wieku kontra reszta towarzystwa z XIX wieku) i trafnymi spostrzeżeniami dotyczącymi współczesnych kobiet.
Podsumowując:

Oczekiwałam świeżej historii z pieprzykiem i w zasadzie było "pikantnie", czy świeżo...? Momentami była to całkiem zabawna opowieść, ale jednak czegoś w moim odczuciu jej zabrakło - przede wszystkim liczyłam na bardziej rozbudowaną część książki, gdzie akcja toczy się w XIX wieku (coś więcej niż tylko seksualne ekscesy). Ale jeśli Wy macie ochotę na ten romans, to na pewno czytając go, niejednokrotnie się uśmiechniecie. A może nawet, pod wpływem erotycznych fragmentów, wasze policzki zapłoną żywym ogniem? 😉

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Burda Książki.
https://www.facebook.com/burdaksiazki/

sierpnia 20, 2019

"Kiedyś się odnajdziemy" - Gabriela Gargaś

"Kiedyś się odnajdziemy" - Gabriela Gargaś
Miłość... Wydawać by się mogło, że jest taka prosta, ale czasami nam ta miłość wszystko komplikuje. I życie też komplikuje".
Gabriela Gargaś nie bez powodu nazywana jest czarodziejką kobiecych uczuć. Jak poradziła sobie z opowieścią z historią w tle?

Janka ucieka z ogarniętego wojną Wołynia i musi zostawić młodszą siostrę u obcej rodziny. Obiecuje, że po nią wróci, lecz w tamtym czasie każde pożegnanie może być już na zawsze. I wtedy los stawia na jej drodze inną małą dziewczynkę, która została na świecie zupełnie sama. Czy Janka pokocha ją jak własną siostrę?
W Warszawie Tadek poznaje Annę, w której niebieskich oczach można się zatracić. Rodzące się uczucie wystawi na próbę więź łączącą go z najlepszym przyjacielem. Jaką cenę zapłaci za podjęte decyzje?
Po latach drogi Janki i Tadka się połączą. Tych dwoje doświadczyła wojna, ale przed nimi jeszcze całe życie…

Po lekturze dotychczasowych książek Gabrieli Gargaś czułam, że dobrze odnalazłaby się ona w sadze rodzinnej. Dlatego bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że nie tylko zostanie wydana opowieść o Dobrzyńskich, ale także o miłości w cieniu wojennej zawieruchy.
To co mogę stwierdzić po przeczytaniu "Kiedyś się odnajdziemy" to to, że autorka napisała tę książkę emocjami i osadziła ją na fundamentach historii. Podczas lektury czuć jaki ogrom pracy włożyła w research, ile serca, aby jak najwierniej oddać ogrom bólu i cierpienia mieszkańców Wołynia oraz warszawskich powstańców. Jednym i drugim odebrano spokój, dom - ich miejsce na ziemi oraz szansę na normalne życie, które nie jest łatwe do odbudowania po tak traumatycznych przeżyciach, jakie niesie ze sobą wojna. Moim zdaniem udało się jej uchwycić na kartach książki kolejne wydarzenia, które jak kadry w kliszy zapisują się w pamięci czytelnika. Faktu, że ludzie zgotowali ludziom ten straszny los, nie sposób wymazać. W moim odczuciu Gabriela Gargaś, poprzez swoją najnowszą powieść oddaje niejako głos w tej sprawie, która z całą pewnością stanowi rysę na kartach historii naszego kraju.
Czarodziejka kobiecych uczuć opisała także losy młodych ludzi, których życie nie oszczędziło i przyszło im żyć w tych trudnych czasach. Mamy tutaj historię trójkąta miłosnego: ich dwóch i ona jedna. Jeśli jednak spodziewacie się, że ten wątek został potraktowany schematycznie, to nic bardziej mylnego. Nie zdradzę Wam co mam na myśli, bo nie chcę Wam odbierać przyjemności zapoznania się z losami bohaterów osobiście. 
Podsumowując:

Jedną z podstawowych zalet twórczości Gabrieli Gargaś jest to, że swoje historie opiera na ludzkich losach, które przecież mogły wydarzyć się naprawdę. Mnóstwo w nich autentycznych emocji, które są współodczuwane przez czytelnika podczas lektury. Książka "Kiedyś się odnajdziemy" oceniam jako najlepszą, która wyszła spod pióra tej autorki. Miłość, strata, trudne życiowe wybory i tło historyczne - to wszystko sprawia, że czytając ją na przemian płaczemy i śmiejemy się, odczuwamy strach i oddychamy z ulgą. Zakończenie zaskakuje i sprawia, że zostajemy z poczuciem niedosytu. Mam tylko nadzieję, że autorka szybko zaspokoi ten czytelniczy głód. 😉

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.
 

https://www.facebook.com/gargasgabriela/
https://www.facebook.com/czwartastrona/



sierpnia 18, 2019

"Dziewczyny z Ogrodu Rozkoszy" - Ewa Formella [patronat medialny NIEnaczytana]

"Dziewczyny z Ogrodu Rozkoszy" - Ewa Formella [patronat medialny NIEnaczytana]

- Młody człowieku... - kobieta zamyśliła się. - Prostytutki nie można kochać, prostytutki się tylko pożąda, a to jest wielka różnica.
Ogród Rozkoszy to owiany tajemnicą kompleks, w którym piękne kobiety noszące imiona kwiatów wykonują najstarszy zawód świata. Jak się tam znalazły? Dlaczego postanowiły właśnie w ten sposób zarabiać na przysłowiowy chleb?
To świat piękna, luksusu i bogactwa, ale też tajemnic, pogardy, osamotnienia, zranionych serc i dusz, świat dobra i zła, bolesnych wspomnień, zwyczajnych marzeń. A cała jego historia rozgrywa się na przestrzeni pięćdziesięciu lat w Trójmieście.

Sami przyznajcie jakie skojarzenia wywołuje w Was ta okładka i opis? Pierwsze co przychodzi na myśl, to erotyk, opowieść o paniach uprawiających najstarszy zawód świata. Nie wiem czy lubię... Od razu pojawia się opór, bo przecież nie wypada, bo jak to tak można, bo chyba jednak jestem pruderyjna, a może po prostu się wstydzę czytać o TAKICH rzeczach. Jeśli, którakolwiek z wymiennych przez mnie wątpliwości, pojawiła się w waszej głowie, to od razu ją wyrzućcie i dajcie się zaprosić do Ogrodu Rozkoszy...
Rozkosz jest pojęciem, które oznacza największą przyjemność, zwłaszcza zmysłową. I właśnie tej zmysłowości w książce Ewy Formelli nie zabrakło. Jednak na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim opowieść o kobietach, dla których los wybrał drogę życia związaną z pełnieniem roli ekskluzywnych prostytutek. Czy chcemy je oceniać? Czy patrzymy na nie przez pryzmat stereotypów, z pogardą krytykując "zawód" jaki wybrały? Nie. Bo autorka pokazuje bardzo subtelnie, a jednocześnie dosadnie, że wybór nie zawsze zależy od nas. Że los czasami tak bardzo komplikuje ścieżki, którymi podążamy, że do podjęcia pewnych wyborów, zostajemy niejako zmuszeni.
Akcja książki toczy się dwutorowo. Poznajemy losy Lawendy, historię jej życia, jej trudnego powrotu na łono rodziny, aż wreszcie historię uczucia, przed którym nikt nie jest w stanie uciec. Bo chociaż Lawenda kojarzyć się może z współczesnym Kopciuszkiem lub amerykańską Pretty women, to przede wszystkim jest kobietą, która pragnie miłości. 
Dla mnie najbardziej wzruszającą część książki stanowi opowieść Magnolii, właścicielki ekskluzywnego "Ogrodu", która wydarzeniami ze swojego życia dzieli się z pisarzem. Jej historia nie jest usłana różami, a sukces, który osiągnęła okupiony trudnymi wyborami i ogromem wyrzeczeń. 
Na koniec pragnę wspomnieć, że ujmujące jest to, jak Ewa Formella w swoich książkach przemyca miłość do Trójmiasta. Z jednej strony stanowi ono tło, ale to tło jest równie ważne, jak sama fabuła. To ono tworzy ten wyjątkowy, 'formellowy' klimat, który ja osobiście bardzo lubię. 
Podsumowując:

Mimo niewielkiej objętości, książka Ewy Formelli niesie ze sobą spory ładunek emocjonalny. To opowieść o przyjaźni i solidarności, o kobietach, które połączyły wspólne doświadczenia życiowe. To współczesna bajka o Kopciuszku, a jednak niepozbawiona goryczy. "Ogród Rozkoszy" stopniowo uchyla swoje podwoje i zaprasza czytelnika w swoje progi, otaczając go zewsząd zapachem, że się posłużę takim porównaniem. Przyjmijcie to zaproszenie, a na pewno będziecie równie oczarowani jak ja... Polecam!  

Za możliwość objęcia książki patronatem medialnym dziękuję autorce oraz Wydawnictwu Replika.
https://www.facebook.com/WydawnictwoReplika/


sierpnia 18, 2019

"Zbrodnia po irlandzku" - Aleksandra Rumin

"Zbrodnia po irlandzku" - Aleksandra Rumin
- Oj, Pawełku! Jak cię uczyłem?! "Stać! Policja!", a nie od razu rzucasz się do powalania klienta. A jak to jest zupełnie niewinny obywatel, co?! - Jak niewinny, tatuś?! Przecież w dresie jest, znaczy się, że element przestępczy!"
Palmę pierwszeństwa w kategorii "rozśmieszaczy" dzierżyła do tej pory, w moim prywatnym rankingu, Joanna Szarańska. Czy Aleksandrze Rumin udało się odebrać jej ten tytuł?

Egzotyczne wycieczki to niebezpieczne hobby. Co roku kilkuset spragnionych wrażeń Polaków ginie podczas wakacyjnych wojaży. Dlatego nikogo nie dziwi, że nieszczęścia dotykają również uczestników wyprawy do Irlandii z biurem podróży „Hej Wakacje”. Nikogo poza pilotem wycieczki, którego męczy przeczucie, że coś tu nie gra. Tomasz Waciak nie ma jednak czasu na dochodzenia, bo musi się użerać z irlandzką pogodą, roszczeniową starszą panią, ciągłymi zmianami programu, zatruciami pokarmowymi i nieprzepartą ochotą, żeby strzelić sobie drinka. Albo trzy.
Miało być śmiesznie. Początek był bardzo obiecujący. Sam pomysł na stworzenie tej historii przypadł mi z miejsca do gustu i byłam bardzo ciekawa, jak rozwinie się akcja. Podróż rodaków do Irlandii, tym razem w charakterze turystów, wydawała się zwiastować dobrą zabawę. I faktycznie tak było. Autorka stworzyła bowiem ekscentryczne postaci, których zachowanie było, delikatnie mówiąc, absurdalne. Ale to właśnie oni w książce Aleksandry Rumin tworzą cały komediowa klimat. Moim "idolem", poza Baronową Raszplą oczywiście, został Tomek, rezolutny "anonimowy alkoholik", który brylował w roli pilota z prawdziwą gracją radząc sobie z kolejnymi przeszkodami i nieprzewidzianymi atrakcjami, jak chociażby kolejny trup w ekipie, która była pod jego opieką. 
W tej komedii zabrakło mi jednak momentów, w których zaśmiewałabym się w głos, a nawet powiem więcej - jak dla mnie, czasem wiało nudą. Po początkowym zachwycie przyszło znużenie, czekałam na powiew świeżości, coś co mnie zaskoczy. I chociaż absurd sam w sobie ma duże pokłady komizmu, to jak dla mnie było go za dużo. 
Niemniej jednak autorka świetnie oddała wizerunek Polaka za granicą. Przedstawiła w książce zachowania rodaków na wakacjach, a jej spostrzeżenia są jak najbardziej trafne. Choć oczywiście w tej materii, nie ma się czym chwalić. 😄 
To co mogę stwierdzić po lekturze książki Aleksandry Rumin to, że sama chętnie skorzystałabym z oferty Biura Podróży "Hej Wakacje". Mam tylko nadzieję, że udałoby mi się wrócić do Polski w jednym kawałku. Ale czego się nie robi dla niezapomnianych wrażeń? Ahoj przygodo! 
Podsumowując:

Czytając "Zbrodnię po irlandzku" miałam wrażenie, że pławię się w oparach absurdu. I choć nie można odmówić autorce umiejętności uchwycenia zachowań rodaków za granicą w "literackim kadrze", to, w myśl zasady: "co za dużo, to nie zdrowo", momentami czułam przesyt. Cała historia ma wydźwięk jak najbardziej komediowy, jednak mnie osobiście zabrakło fragmentów, które tak naprawdę by mnie rozśmieszyły. Niemniej całość oceniam, w skali 1 - 10, na mocne 7. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Initium.

https://www.facebook.com/wydawnictwo.initium/




sierpnia 17, 2019

"Pod naszym niebiem" - Sylwia Kubik

"Pod naszym niebiem" - Sylwia Kubik

(...) życie naprawdę jest za krótkie, aby robić coś, z czego nie ma żadnej radości. Szukaj więc."
Ostatnio mam szczęście trafiać na ciekawe debiuty. Jak było tym razem?

Wieś – spokój i cisza. To tylko pozory. W niewielkiej wiosce na Powiślu jak w soczewce skupiają się problemy małe i duże. Karolinie nie daje zasnąć pomysł, który w jej rodzinnej miejscowości chce zrealizować pewien doktor. Hani sen z powiek spędza nazbyt gadatliwa teściowa i milczący od dłuższego czasu syn. W idyllicznym otoczeniu nie umie się odnaleźć doktor Maciej, który uciekł od wielkomiejskiego zgiełku. Podczas kilkudniowego pobytu na wsi Monika rozgrzebuje stare rany. A pod powierzchnią teraźniejszości wciąż pulsuje historia wydarzeń z czasów II wojny światowej, na wspomnienie której trudno zmrużyć oko. 
Tego mi było trzeba. Potrzebowałam książki, która pozwoli mi przenieść się w miejsce, w którym czas płynie wolniej i jest jakby... spokojniej? Do miejsca, w którym nawet problemy pokonuje się z determinacją podszytą miłością do życia i otaczającego świata. Gdzie wiara i chęć niesienia pomocy bliźniemu są w hierarchii wyżej, niż władza, pieniądze i zbytki. I takim miejscem, w moim odczuciu, jest właśnie wieś, a już z całą pewnością ta wykreowania przez Sylwię Kubik o wdzięcznej nazwie Brzozówka.
"Pod naszym niebem" to bardzo ciepła, choć nie pozbawiona ludzkich trosk opowieść, która na myśl przywodzi książki Magdaleny Kordel czy Małgorzaty Kalicińskiej. To właśnie podczas lektury powieści tych autorek, można poczuć tak niepowtarzalny klimat miejsca, do którego mamy ochotę się przeprowadzić choćby dziś, choćby zaraz. Poza miejscem akcji Sylwia Kubik stworzyła wyrazistych bohaterów, którzy wcale nie są wyidealizowani. Muszą zmagać się z problemami jakie zsyła życie, zupełnie jak każdy z nas. To wszystko sprawia, że Brzozówka i jej mieszkańcy stają się nam, w miarę zagłębiania się w lekturze, najzwyczajniej bliscy. Utożsamiamy się z nimi, zaczynamy darzyć sympatią lub niechęcią. 
Sielankowa wizja miejsca, to jednak nie jedyny element, który sprawia, że "Pod naszym niebem" pochłania czytelnika bez reszty. Wpływ na to ma również jej wielowątkowość. I w tym przypadku autorka nie poszła na łatwiznę. Poruszyła w niej wiele trudnych tematów, od tych związanych z walką o życie, a potem zdrowie dziecka, samotne macierzyństwo, aż po zupełnie błahe, jak trudna we współżyciu teściowa. 
Aby jeszcze bardziej zaciekawić czytelnika, autorka wplotła w swoją opowieść wątek historyczny. Pomysł głównej bohaterki - Karoliny, związany ze stworzeniem izby pamięci, gromadzenie kolejnych pamiątek z przeszłości oraz historii opowiadanych przez świadków ówczesnych wydarzeń, to jeden z tych elementów fabuły, który będę z dużym zainteresowaniem śledzić w kontynuacji "Pod naszym niebem".
Na zakończenie nie sposób mi nie wspomnieć o Gabrysi. Małej, rezolutnej dziewczynce, której życie wisiało na włosku. Dostała szansę na to, aby żyć i cieszyć się każdym dniem. A do tego dzieli się tą radością z wszystkimi wokół, będąc przy tym tak uroczą i rozbrajającą, że nie można się nie uśmiechnąć, śledząc jej kolejne "przygody".
Podsumowując:

Myślę, że "Pod naszym niebem" to książka dla kobiety w każdym wieku. Autorka zadbała bowiem, aby pośród jej bohaterów znalazły się postaci, których problemy mogą być bliskie zarówno nastolatce, kobiecie w średnim wieku, jak i seniorce. Ciepła, przepełniona miłością opowieść o radości z tego co posiadamy, o umiejętności akceptacji bliźniego bez względu na jego negatywne nastawienie do nas i całego świata. Polecam miłośnikom literatury obyczajowej, którzy mają ochotę na podróż w rejony Powiśla. Autorka skutecznie Was rozkocha w pięknej Brzozówce, a Wy pokochacie ją i jej mieszkańców. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu eSPe, a autorce za spersonalizowaną przesyłkę.  

https://www.facebook.com/WilczynskaK/

https://www.facebook.com/wydawnictwoespe/

sierpnia 15, 2019

"Architektura uczuć" - Meg Adams

"Architektura uczuć" - Meg Adams
Miłość go roztopiła. Czy ja też miałam na to szansę? Czy mnie też mógł pokochać całym sobą?"
Rzadko sięgam po romanse, musi mnie czymś przyciągnąć lub zaskoczyć. Czasem jednak daję im szansę. Czy historia, która tym razem wyszła spod pióra Meg Adams, była jej warta?

Kiedy David Arnaud, światowej sławy architekt, przyjeżdża do Polski, aby zrealizować prestiżowy projekt, nawet nie podejrzewa, że ta wizyta na zawsze odmieni jego życie. Niezdolny do miłości i nieskory do kompromisów mężczyzna zostaje zmuszony do współpracy z odważną i zadziorną Oliwią. Początkowa niechęć przeradza się w zmysłową grę o dominację, nie tylko na płaszczyźnie zawodowej. David jednak skrywa tajemnicę, która może sprowadzić na nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Wplątany przez przyjaciela w brudne porachunki, nieświadomie stawia na szali życie zarówno swoje, jak i Oliwii.
Romanse dzielę na trzy typy: romans delikatny i subtelny, czasem bajkowy; romans z pieprzykiem, w którym nie brakuje pikantnych momentów oraz romans erotyczny, którym głównym elementem jest seksualna chemia między bohaterami. "Architekturę uczuć" zakwalifikowałabym do drugiej kategorii. Dlatego jeśli lubicie tego typu historie, to na pewno wam się spodoba. A co do mnie... Cóż, powiem jedno - po przeczytaniu tej książki na pewno nie zostanę fanką  gatunku, zresztą nigdy specjalnie nią nie byłam, ale mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że to całkiem fajny debiut.
Autorka operuje lekkim stylem pisania, co dla mnie jest jednym z kluczowych elementów w ocenianej lekturze. Nie spotkają się z moim uznaniem książki napisane językiem niechlujnym w taki sposób, że nie chciałabym być świadkiem takiej np. rozmowy, a co dopiero o niej czytać. Ale tutaj jest dobrze, znajdziecie w niej także całkiem sporą garść cytatów. To co przykuło moją uwagę to dowcip, przejawiający się przede wszystkim w dialogach między głównymi bohaterami, a i sceny erotyczne są całkiem "smaczne" i potrafią rozbudzić wyobraźnię. 
Podobało mi się to, że autorka nie skupiła się jedynie na wątku uczuciowo - erotycznym ale poszła o krok dalej i stworzyła romans z elementami kryminału. Chociaż cała intryga wymaga w moim odczuciu dopracowania. Coś mi w niej nie do końca grało, mam wrażenie, że autorka mocno w niej namieszała i sprawiła, że wydała mi się mało klarowna. Mogłabym też się przyczepić niektórych nieścisłości, ale one w żaden sposób nie przeszkadzają w czytaniu. 
Meg Adams w swojej historii powiela niejako schemat charakterystyczny dla gatunku: jest On - bad boy, który jest tak samo irytujący, co pociągający oraz Ona - seksowna i krucha. Kochają się i nienawidzą, a  wszystko zmierza do nieuchronnego happy endu. Jednak w ich podchodach nie wieje nudą, a między nimi czuć TĘ chemię.
Podsumowując:

Przyjaźń wystawiona na próbę, mroczna tajemnica, miłość, która kiełkowała już we wczesnej młodości, aby teraz wybuchnąć ze zdwojoną siłą, morderstwo, zazdrość, pożądanie - to wszystko znajdziecie w "Architekturze uczuć". Jak na debiut wyszło całkiem zgrabnie. Kilka niewielkich szlifów i myślę, że Meg Adams ma szansę zyskać spore grono fanów romansów z "pieprzykiem".

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe.
https://www.facebook.com/wydawnictwoniezwykle/

"Smartfonowe dzieciaki" - Julianna Miner - patronat medialny NIEnaczytana [PREMIEROWO]

Masa dorosłych, wliczając w to rodziców, nadużywa mediów społecznościowych i samych telefonów. Tak jak palenie u rodziców jest wskazówką...

Copyright © 2016 NIEnaczytana , Blogger