"Ostatnia żona" - Jenny Blackhurst
Świat bogactwa i splendoru zasysa nas i jeśli nie będziemy czujni, to nas wypluje.
Nie była tą pierwszą. Ale będzie tą ostatnią.
Luke Whitney został
zamordowany. Wielokrotnie dźgnięto go nożem. Do popełnienia zbrodni
przyznała się jego żona Anna, znaleziona na miejscu zdarzenia. Ale skoro
jest winna, dlaczego nie potrafi potwierdzić żadnych szczegółów?
W
miarę jak policja bada okoliczności zabójstwa, wychodzi na jaw, że
ofiara była kłamcą i oszustem o osobowości narcystycznej i bogatym życiu
uczuciowym. Z pewnością więcej niż jedna osoba miała powód, by chcieć
jego śmierci: wzgardzona eks, zaniedbana kochanka i Anna – która dobrze
wie, co działo się z kolejnymi paniami Whitney, gdy Luke się nimi
nudził.
Luke Whitney sam się o to prosił. Ale kto skutecznie zadbał o to, by dostał dokładnie to, na co zasłużył?
.png)
Kilkukrotnie sięgałam po powieści Jenny Blackhurst i zawsze serwowała mi ona ciekawą fabułę. Dlatego do najnowszej książki podeszłam z dużymi oczekiwaniami. I… się nie zawiodłam. Autorka uświadamia po raz kolejny, że doskonale zna się na ludzkiej psychice i potrafi stworzyć historię pełną napięcia, niepewności oraz emocji. „Ostatnia żona” to powieść o kłamstwach, manipulacji, toksycznych relacjach i zemście. To historia, poprzez którą Blackhurst stanowczo wodzi czytelnika za nos, prowadząc go poprzez zawiłe śledztwo, sprawiając, że cały czas musi on zachować czujność, bo zwrotów akcji i zaskoczeń w niej nie brakuje.
Kiedy powieść zaczyna się od tragedii, to nasze zaciekawienie sięga zenitu. Bo oto mamy morderstwo, mamy winną (teoretycznie), pozostaje zatem pytanie, czy to już koniec? Czy sprawczyni jest nią naprawdę i jaki miała motyw? To właśnie takie przemyślenia stają się punkiem wyjścia dla tej trzymającej w napięciu opowieści, która stopniowo odsłania kolejne fakty, obnażając tym samym idealne życie i wizerunek ofiary. Mamy wrażenie, że bierzemy udział w swego rodzaju emocjonalnej grze, która utkana jest ze zdrady, manipulacji, namiętności i… zemsty, której mógł dokonać niemal każdy, bowiem poznając życiorys denata, dostrzegamy bardzo wyraźnie, że lista osób, które mogły chcieć jego śmierci, jest wyjątkowo długa…
Książka czyta się niemal sama, a my cały czas mamy poczucie, że oto prawda jest na wyciągnięcie ręki. Jednak kolejne rozdziały uświadamiają nam, jak dalecy jesteśmy od odtworzenia wydarzeń z felernego wieczoru, kiedy to doszło do zbrodni. Sama autorka nie ułatwia nam zadania, bowiem cały czas podrzuca nowe fakty, które zamazują obraz jeszcze bardziej, a my posuwamy się do przodu opornie, niczym dzieci we mgle. To wszystko sprawia, że śledztwo staje się coraz bardziej zawiłe, a kolejne postaci, które niczym aktorzy w filmie grają swoje role, pokazując prawdziwą twarz, uświadamiają nam, jak bardzo ta historia jest „zepsuta od środka”...
Podsumowując:
To, co bardzo lubię w thrillerach, poza napięciem i mrocznym klimatem, to moment, kiedy próbuję odkryć prawdę, a autorka do samego niemal końca, nie pozwala mi jej poznać. I tak właśnie jest w przypadku „Ostatniej żony”, bowiem Jenny Blackhurst manipuluje faktami, serwując czytelnikowi kolejne zwroty akcji, wprowadzając kolejne postaci i elementy tej nieoczywistej układanki. Wszystko po to, by na końcu zrzucić jeszcze jedną fabularną bombę, której (chyba) nikt się nie spodziewał. Nowa książka autorki to historia o toksycznych relacjach, manipulacji i zemście. Świetnie skonstruowana zagadka kryminalna, utrzymuje czytelniczą ciekawość, ale samo śledztwo schodzi niejako na drugi plan, gdyż autorka dużo miejsca poświęca na odmalowanie psychologicznych portretów bohaterów. Bardzo dobrze się bawiłam, a po przewróceniu ostatniej strony, cieszyłam się, że dałam się zwieść. Taka smakowita literacka manipulacja, której oczekuje się od tego gatunku. Polecam!

Komentarze
Prześlij komentarz