"Zanim ucichnie rzeki śpiew " - Marlena Wittstock - patronat medialny

 

(...) miłość jest jak ta rzeka: czasem znika pod lodem, czasem wzbiera po brzegi, czasem odbiera, czasem oddaje, ale zawsze płynie dalej.

Nad brzegiem Raduni, rzeki niosącej to, co nieuniknione, zaczyna się opowieść o kobiecej sile, miłości dojrzewającej w bólu i ranach, które zadaje wojna.

Młoda szlachcianka Emilia Żarnowiecka coraz śmielej przekracza granice wyznaczane przez konserwatywną rodzinę, zafascynowana kaszubską kulturą i życiem, które pulsuje poza dworem. Jej los zmienia ustalony bieg, kiedy podczas nocy świętojańskiej poznaje młynarza Leona Labudę, wdowca z trojgiem dzieci. Ich uczucie rodzi się wbrew konwenansom, na przekór społecznym podziałom i oczekiwaniom światów, do których należą. Gdy nadciąga wojna, wybór przestaje być tylko sprawą serca. Emilia musi zdecydować, czy pozostać wierną życiu, które zna, czy zaryzykować wszystko, by podążyć za miłością.
Zanim ucichnie rzeki śpiew, drugi tom cyklu Na Pomorzu Marleny Wittstock, to poruszająca historia o odwadze, stracie i zaczynaniu od nowa. O tym, że czasem trzeba przejść przez ogień, by odnaleźć siebie – choć echo przeszłości nigdy całkiem nie milknie. Powieść przesycona jest kaszubskim kolorytem, ludową duchowością i rytmem wiejskiego życia. Gościnnie pojawiają się w niej bohaterowie z Zanim wróci echo win.  

Życie bywa przewrotne. Daje i odbiera, uszczęśliwia i rani. Obdarowuje nas miłością i każe mierzyć się ze stratą. Bywa bezlitosne, zsyłając na nas rozpacz i łzy, okrucieństwo i rany zadawane przez innych ludzi lub okoliczności, w których przychodzi nam trwać. I mimo wszystko my trwamy… Czekamy, tęsknimy, wierzymy, podsycamy wątły płomień nadziei, bo gdy jej zabraknie, nie będzie już czego wypatrywać na horyzoncie życia… 
Długo zbierałam się do napisania opinii o książce Marleny Wittstock, bo tak bardzo chciałam dobrze ubrać w słowa całe emocje, jakie mną targały podczas lektury. Chciałam oddać klimat powieści, pragnęłam, byście usłyszeli dźwięk mojego złamanego serca, wypuszczonego powietrza, które często wstrzymywałam w trakcie czytania… Bo jest to historia, która zasługuje na uznanie. Tak piękna i bolesna zarazem, opowieść o tęsknocie, miłości, samotności, tożsamości, której czasami poszukujemy, kiedy nasze decyzje wywracają nasz świat do góry nogami. Ten moment, w którym jesteśmy na to gotowi, bo robimy to w imię miłości… 
Kaszuby. Byłam kilka razy, pokochałam całym sercem. I chociaż mam świadomość, że kultura tego regionu jest rozległa, że dużo jeszcze przyjdzie mi się dowiedzieć na temat Kaszubów, to Marlenie Wittstock udało się uchwycić w literackich kadrach tak wiele. Nie tylko codzienność, również tę trudną i bolesną Kaszub, ale także… dumę z bycia członkami tej społeczności. Upór, pracowitość, charakter, który nie jest do podrobienia. To wszystko czuć podczas czytania, co powoduje, że śledząc losy bohaterów, odczuwamy... podziw. Dla ich determinacji, wytrwałości, wierności tradycji, kulturze, które ich tworzą. Cudownie było stać się ich, choć książkową, częścią. Obserwować codzienność, chłonąć całym sobą wyjątkowość tego regionu, zarówno jeśli chodzi o piękno krajobrazu, jaki i o jego mieszkańców. 
„Zanim ucichnie rzeki śpiew” to opowieść, która wielokrotnie mnie poruszyła. Która traktuje o konsekwencjach wyborów. A te często niosą ze sobą trudne doświadczenia, bolesne zderzenie się z brakiem akceptacji tych, których częścią wspólnoty chcemy się stać. Być może dlatego, tak ujmuje postać Emilii, która porzuciła dotychczasowe życie, by zacząć od nowa u boku ukochanego. Jednak los nie szczędzi jej razów, bowiem kobieta musi mierzyć się nie tylko z nieufnością Kaszubów, ale również z wojenną codziennością, która staje się niejako sprawdzianem dla jej odwagi, determinacji i kobiecej siły. To postać, której daleko do ideału. Która upada i podnosi się, mimo cierpienia, jakiego doświadcza. To bohaterka niezwykle wielowymiarowa, która staje się ucieleśnieniem samotności, bezbrzeżnej miłości, którą pragnie ofiarować. A także nowego życia, które można zaczynać od początku nawet kilka razy…  

Podsumowując:


Zakochałam się w tej historii i przepadłam bez reszty. Płakałam i śmiałam się, trwałam w obawie o dalsze losy postaci i tak bardzo kibicowałam, kiedy przyszło im stanąć w nierównej walce z wojenną zawieruchą. To opowieść o trudnych decyzjach i ich konsekwencjach, o próbie wyrwania się z narzuconych schematów i budowaniu życia na własnych zasadach. Która pokazuje, jak wydarzenia, na które człowiek nie ma żadnego wpływu, potrafią nagle zmienić wszystko: plany, relacje i marzenia. Powieść, która wzbudza wiele emocji, która opowiada nie tylko o miłości, która czasem bywa niczym przeprawa na drugi brzeg rwącej rzeki, ale także o skomplikowanych relacjach, próbie zrozumienia i poszukiwaniu miejsca dla siebie tam, gdzie jest się persona non grata. Aż wreszcie to historia o nowym początku, który wcale nie oznacza wymazania tego, co było wcześniej, odcięcia się od przeszłości grubą kreską. Bowiem człowiek zabiera ze sobą swój bagaż doświadczeń, który stanowi jego nieodłączną część. I mimo to można żyć dalej i kreować rzeczywistość od nowa. Bo przeszłość zawsze o sobie przypomni, ona „płynie” gdzieś obok nas, zupełnie jak rzeka, której „śpiew” być może czasem cichnie, ale nigdy nie milknie zupełnie... Bardzo polecam! 
 
Książkę można zamówić tutaj: KLIK
 
[wpis sponsorowany przez wydawnictwo Szara Godzina]
 

Komentarze

instagram

Copyright © NIEnaczytana