"Ulice, które pamiętały wojnę" - Wioletta Filipowska

 

(...) - Stare przedmioty mają swoją historię. Czasem niezwykłą. I mają duszę...

Wojna odebrała Apolonii wszystko – dom, przyjaciółki i poczucie bezpieczeństwa. 

Razem z matką i młodszą siostrą trafia do okupowanej Łodzi, gdzie codzienność staje się nieustanną walką o przetrwanie, a drobne radości są prawdziwymi skarbami.
Pewnego dnia podczas podróży poznaje Julka – chłopaka, który staje się jej ostoją i pierwszą prawdziwą miłością. Gdy Julek nagle znika, Apolonia musi odnaleźć w sobie siłę, by zacząć życie od nowa.
Na jej drodze pojawiają się również kobiety pełne pasji i charakteru: szalona Stefania nie-Poniatowska, Chuda Edka, której życie nie szczędziło trudów, oraz sprytna Felusiowa, twarda z pozoru, a o miękkim sercu. Każda z nich wnosi coś wyjątkowego do życia Apolonii, a wszystkie łączy jedna cecha – niezwykła siła, dzięki której można przetrwać nawet w najtrudniejszych czasach.  


W zasadzie nie przywiązujemy się do rzeczy. Dziś są, jutro ich nie ma, niszczeją, zużywają się, psują. To coś, co przemija, co nie zajmuje często w naszych myślach zbyt wiele miejsca. A jednak są takie przedmioty, które niosą ze sobą jakąś historię. Zamkniętą w samym ich sercu, poruszającą wspomnienia, często z dzieciństwa, zazwyczaj te dobre, które chcielibyśmy na zawsze schować na dnie duszy, by pamięć o nich nigdy nie umarła. By ta konkretna rzecz przypominała nam o tym, co minęło… 
Babcia – dla wielu z nas wiążą się z nią cudowne wspomnienia, które osładzają nam trudne dni. Beztroskie dzieciństwo, babciną kuchnię, która zawsze pachniała w określony sposób. To obrazy, które na zawsze zapisują się w naszej pamięci, które pielęgnujemy, zwłaszcza wtedy, kiedy nie mam jej już w naszym życiu, kiedy już nigdy nie będzie nam dane skosztować wypieków spod jej ręki, posłuchać opowieści o minionych czasach… Takie właśnie uczucia wywołuje powieść „Ulice, które pamiętały wojnę”, bo chociaż są one retrospekcją do wojennej i powojennej przeszłości, to właśnie szczególna relacja babci i wnuczki, a także pewna kryształowa salaterka, zdają się skupiać przede wszystkim uwagę czytelnika. 
To powieść niespieszna, opowieść o codzienności, której piękno zniszczył wybuch wojny. Historia snuta przez babcię Apolonię pozbawionych jest wielkich zwrotów akcji, bowiem kobieta relacjonuje ówczesny świat widziany kobiecym okiem. Oczami młodej dziewczyny, której wydarzenia tamtych dni odebrały tak wiele… Autorka z dużą wrażliwością opisuje próbę przetrwania matki i jej córek, które trafiły do okupowanej Łodzi, gdzie utrzymywały się z przeróbek krawieckich. I to właśnie to miasto staje się niemym towarzyszem opowieści, która, choć wydaje się zwyczajna, chwyta za serce prozaicznością zdarzeń, które w tamtym trudnym okresie, były prawdziwą walką o to, by przeżyć. Były wyrazem kobiecej siły, która stała się jedynym synonimem nadziei na to, że jutro w ogóle nadejdzie… 
Wątek, który w pewien sposób ujmuje i wywołuje wspomnienia, jest dla mnie ten związany z pewną salaterką. To ona jest symbolem pamięci i straty, przemijania i przetrwania. Synonimem normalności i drobnych radości, które wówczas były towarem deficytowym. To właśnie ona, otulona zapachem anyżu, rozczula i sprawia, że sami zaczynamy tęsknić za tymi chwilami, które mogliśmy spędzić z babcią, która spracowanymi dłońmi gładziła nas po głowie, opowiadając o swojej przeszłości.

Podsumowując:

„Ulice, które pamiętały wojnę” to opowieść, która porusza. To historia o przyspieszonym dojrzewaniu, o wojnie, która odbierała ludziom niemal wszystko, nie mając litości. Powieść, która obrazuje kobiecą siłę i wolę przetrwania, a także opowieść o trudnej codzienności na tle okupowanej Łodzi. To właśnie kobiety w tej książce trzymają w ryzach świat, który rozpada się na ich oczach, próbują ocalić resztkę nadziei i choć namiastkę normalności w nieludzkich czasach. To powieść, która, choć niespieszna, ma swój rytm odmierzany kolejnymi dniami w strachu o bezpieczne jutro… Historia o stracie, przemijaniu, a także pamięci, która czasami może być zamknięta w zwykłym przedmiocie, który dla nas zyskuje miano symbolu dawnych wydarzeń. To właśnie on przywołuje wspomnienia, czasem i te bolesne, a jednak jego obecność stanowi swego rodzaju stałą, jest zakotwiczeniem w doświadczeniach przeszłości, które mimo że trudne, nas ukształtowały. 
 
Książkę można zamówić tutaj: KLIK 
 
 
[wpis sponsorowany przez wydawnictwo Filia]
 

Komentarze

instagram

Copyright © NIEnaczytana