"Zanim zrozumiałem, że cię kocham" - Toshikazu Kawaguchi
Są w życiu momenty, które zmieniają wszystko - punkty zwrotne, zakręty na naszej życiowej ścieżce. Jednak rzadko je rozpoznajemy wtedy, kiedy się wydarzają. Przeważnie dopiero z perspektywy czasu widzimy, że pozornie zwyczajny dzień był tym decydującym.
Powróć do swojej ulubionej tokijskiej kawiarni, gdzie między aromatem świeżo parzonej kawy a ciszą bocznej uliczki kryją się historie tych, którzy odważyli się zajrzeć w przeszłość.
Poznaj kolejne opowieści o
podróżach krótkich jak chwila, która mija, zanim wystygnie kawa:
o dziewczynie, która przez lata odtrącała miłość macochy, by po jej śmierci błagać o wybaczenie,
o mężczyźnie, który od lat wiernie czeka w kawiarni na ukochaną,
o kobiecie, która mierzy się z trudną diagnozą i wyrusza w podróż do przyszłości, by sprawdzić, czy wciąż żyje,
o chłopcu, który pragnie jeszcze raz poczuć smak carbonary przygotowanej przez zmarłego ojca.
Tak jak polscy czytelnicy pokochali kojące japońskie książki z serii
Zanim wystygnie kawa, tak Toshikazu Kawaguchi pokochał polską kuchnię – w
najnowszej części cyklu nie zabrakło więc zachwytów nad pierogami,
bigosem i plackami ziemniaczanymi, których urokom ulegają bohaterowie w
polskiej restauracji.
Kawaguchi z niezwykłą subtelnością pokazuje, że choć podróż w czasie nie
może zmienić rzeczywistości, ma moc, by całkowicie odmienić ludzkie
serce. To opowieść o spóźnionych wyznaniach, sile nadziei i miłości,
którą dostrzegamy często dopiero wtedy, gdy wydaje się, że jest już za
późno.
Usiądź wygodnie. Kazu już parzy kawę. Pamiętaj tylko o jednym – nie pozwól jej wystygnąć.
.png)
Często, kiedy czytamy, że jakaś książka jest bestsellerem, siedzą w nas „dwa wilki”. Ten pierwszy, który poddaje się opiniom innych i z pewnością, że ma przed sobą dobrą lekturę, sięga po dany tytuł. I ten drugi, który ma w sobie wiele sceptycyzmu, bo może to określenie zostało nadane na wyrost, a po przeczytaniu książki spotka nas tylko rozczarowanie. Tak było w moim przypadku, gdyż zazwyczaj z niepewnością podchodzę do bestsellerów. Muszę sama sprawdzić, czy historia, w moim odczuciu, zasługuje na to miano. I teraz mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że „Zanim zrozumiałem, że cię kocham” stanowczo zasłużyła.
Mam w sobie teraz taki ogrom emocji i chyba pierwszy raz doświadczyłam czegoś takiego, że w spokojnej historii, która zdaje się odzwierciedleniem określenia: „minimum słów, maksimum treści”, mogłam tak wiele dla siebie „zagarnąć”. To historia jest tak czuła, subtelna, niespieszna, a jednocześnie tak naszpikowana emocjami, że czytelnik chłonie niemal każde słowo, zatrzymuje się co chwilę, by poddać się refleksji, delikatnej melancholii, aż wreszcie poczuciu, że tak bardzo potrzebowałem tej książki w swoim życiu. I chociaż nie jest to tytuł dla każdego, to na pewno każda wrażliwa dusza, która jest czuła na delikatne, choć niepozbawione trudnych tematów opowieści, znajdzie dla siebie dużo więcej, niż mogłaby oczekiwać po tak pozornie-niepozornej książce.
To historia, która pokazuje, że często w naszym życiu na wiele jest już za późno. Że zdajemy sobie sprawę, że coś było dla nas cenne, kiedy nie możemy uratować tego, co bezpowrotnie przepadło. Kiedy nie możemy porozmawiać z tymi, którzy odeszli… To mozaika ludzkich historii, która stanowi odzwierciedlenie naszych własnych trosk, żalu za tym, co utracone, za przegapioną z własnej winy okazją. I chociaż podróż w czasie zdaje się tutaj nieco nierzeczywistą formą szansy, to bardzo dobrze pokazuje, że mimo braku możliwości zmiany teraźniejszości, dobrze jest mieć okazję na to, by zmienić nasze postrzeganie danej sytuacji, by uspokoić skołatane myśli i dać sercu „rozgrzeszenie”…
Podsumowując:
Obawiałam się, że słowo bestseller będzie na wyrost. I cieszę się, że tak mile się zaskoczyłam, do tego stopnia, że chcę przeczytać pozostałe książki z serii „Zanim wystygnie kawa”. Ta historia dała mi ukojenie, ciepło, ogrom wzruszeń i zostawiła z mnogością przemyśleń, które cały czas rezonują w mojej głowie. Takich książek nam trzeba! Zwłaszcza w świecie napędzanym przez stres, ciągły pęd za czymś, co nie zawsze jest jasno określone. I my pędzimy, zamiast skupić się na tym, co ważne, by nie przegapić momentów, które już nigdy się nie powtórzą. Bo wtedy, kiedy to do nas dotrze, pozostaje jedynie żal, że nie możemy usiąść przy stoliku i jeszcze raz porozmawiać z kimś bliskim, choćby parę minut, zanim wystygnie kawa… Niepozorna a jakże piękna to była opowieść o miłości, szansie na szczęście, nadziei, ale także strachu przed tym, co nieznane, nawet jeśli upragnione. Polecam miłośnikom niespiesznych, ale czułych historii, które stanowią niewyczerpalne źródło ważnych dla serca refleksji, by nie odkładać życia na później, bo ono rzadko ofiarowuje „drugie podejście”.

Komentarze
Prześlij komentarz