"Dom na końcu drogi" - Krystyna Bartłomiejczyk - patronat medialny
- Każdy ból, choć na początku wydaje się nie do zniesienia, z czasem zelżeje. Wystarczy cierpliwość i wiara, że będzie coraz lepiej.
Prawda. Z jednej strony upragniona, z drugiej – obnażająca niewygodną tajemnicę. Czy zatem zawsze powinna wyjść na jaw? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi... Bo chociaż szczerość buduje zaufanie i pozwala spojrzeć na rzeczywistość bez złudzeń, to jednak prawda potrafi boleć i ranić bardziej niż milczenie...
Czasami trafiają w nasze ręce historie, które zdają się zupełnie niepozorne. Zaczynają się zwyczajnie, wydaje się, że nic nas nie jest w stanie zaskoczyć. Jednak bardzo szybko zaczynamy rozumieć, że oto wkroczyliśmy do świata bohaterów, stając się niemymi świadkami ich przeżyć. Przeszłości, która wyłania się z ciemnych zakamarków miejsca, które pamięta tak wiele… Które doświadczyło życia tych, którzy je zamieszkiwali, a gdyby ściany potrafiły mówić, opowiedziałyby nam smutną historię o konsekwencjach decyzji podjętych w trudnych momentach, które złamały niejedno serce…
Choć fabuła książki toczy się niespiesznie, to podczas lektury miałam wrażenie, że jest duszna od emocji. A te czasem były okazywane otwarcie, innym zaś razem wplecione między wiersze, niewypowiedziane, a jednak wciąż obecne… To na ich kanwie autorka utkała tę opowieść o strachu i jednoczesnej potrzebie bliskości. O lawirowaniu między pragnieniem szczęścia a obawą, że miłość to za mało… Bo kiedy do głosu dochodzi żal, a rany nie chcą się zabliźnić, ciężko jest otworzyć serce na drugiego człowieka...
Krystyna Bartłomiejczyk kreśli opowieść o przeszłości, która niejednokrotnie odciska na nas swoje piętno. Próbujemy się od niej odciąć, niczym od niechcianego balastu, a jednak ona ma swój plan i nie pozwala o sobie zapomnieć. A mimo to próbujemy. Tak jak bohaterowie powieści, którzy wiele w swoim życiu doświadczyli. Autorka nie daje im prostego startu, choć daje jedno – nadzieję, że mogą być dla siebie lekarstwem. Że mimo trudnych wydarzeń, jakie były ich udziałem, wciąż mają szansę na szczęśliwą przyszłość, na to, iż ból zelżeje i będzie lepiej. Ich relacja utkana jest z drobnych gestów, z niewypowiedzianych słów, ukrytych w spojrzeniach. I chyba ta nienachalność uczucia sprawia, że odbieramy tę powieść tak osobiście. Bo tutaj nie ma fajerwerków, rzucanych z rozmachem pustych deklaracji. Tutaj miłość jest tożsama z szacunkiem, tutaj musi stawić czoła temu, na co nie zawsze mamy wpływ… Czy zdoła wygrać w tej nierównej walce?
Podsumowując:
„Dom na końcu drogi” to niespieszna opowieść, w której wiele jest bólu, nostalgii, ale i nadziei. To opowieść o zaufaniu, które czasami budujemy bardzo długo, zwłaszcza kiedy punktem wyjściowym są poranione serca: kobiety z przeszłością i mężczyzny po przejściach. Powieść Krystyny Bartłomiejczyk to nie jest typowa historia miłosna, bowiem autorka zdaje się nie sprzyjać tym, którzy łakną uczucia. A jednak bardzo dobrze pokazuje, czym tak naprawdę jest relacja, która nieśmiało kiełkuje na niepewnym fundamencie. Że czasami trzeba coś poświęcić w imię wyższego dobra, czasem poświęcić siebie, a nawet… miłość, by mogła ona prawdziwie wzrastać, nawet na tak nieurodzajnym gruncie, nasączonym błędami i tajemnicami z przeszłości. To poruszająca, melancholijna opowieść o pamięci, rodzinie i prawdzie, która czasami niszczy. Historia, która z jednej strony koi, a z drugiej łamie serce. Jeśli szukasz niesztampowej powieści obyczajowej, której fabuła nie podąża utartą ścieżką, ale wręcz przeciwnie – zdaje się pokazywać, że mimo potknięć zawsze jest nadzieja, iż życie da nam kolejną szansę, to polecam „Dom na końcu drogi”.
Czasami trafiają w nasze ręce historie, które zdają się zupełnie niepozorne. Zaczynają się zwyczajnie, wydaje się, że nic nas nie jest w stanie zaskoczyć. Jednak bardzo szybko zaczynamy rozumieć, że oto wkroczyliśmy do świata bohaterów, stając się niemymi świadkami ich przeżyć. Przeszłości, która wyłania się z ciemnych zakamarków miejsca, które pamięta tak wiele… Które doświadczyło życia tych, którzy je zamieszkiwali, a gdyby ściany potrafiły mówić, opowiedziałyby nam smutną historię o konsekwencjach decyzji podjętych w trudnych momentach, które złamały niejedno serce…
Choć fabuła książki toczy się niespiesznie, to podczas lektury miałam wrażenie, że jest duszna od emocji. A te czasem były okazywane otwarcie, innym zaś razem wplecione między wiersze, niewypowiedziane, a jednak wciąż obecne… To na ich kanwie autorka utkała tę opowieść o strachu i jednoczesnej potrzebie bliskości. O lawirowaniu między pragnieniem szczęścia a obawą, że miłość to za mało… Bo kiedy do głosu dochodzi żal, a rany nie chcą się zabliźnić, ciężko jest otworzyć serce na drugiego człowieka...
Krystyna Bartłomiejczyk kreśli opowieść o przeszłości, która niejednokrotnie odciska na nas swoje piętno. Próbujemy się od niej odciąć, niczym od niechcianego balastu, a jednak ona ma swój plan i nie pozwala o sobie zapomnieć. A mimo to próbujemy. Tak jak bohaterowie powieści, którzy wiele w swoim życiu doświadczyli. Autorka nie daje im prostego startu, choć daje jedno – nadzieję, że mogą być dla siebie lekarstwem. Że mimo trudnych wydarzeń, jakie były ich udziałem, wciąż mają szansę na szczęśliwą przyszłość, na to, iż ból zelżeje i będzie lepiej. Ich relacja utkana jest z drobnych gestów, z niewypowiedzianych słów, ukrytych w spojrzeniach. I chyba ta nienachalność uczucia sprawia, że odbieramy tę powieść tak osobiście. Bo tutaj nie ma fajerwerków, rzucanych z rozmachem pustych deklaracji. Tutaj miłość jest tożsama z szacunkiem, tutaj musi stawić czoła temu, na co nie zawsze mamy wpływ… Czy zdoła wygrać w tej nierównej walce?
Podsumowując:
„Dom na końcu drogi” to niespieszna opowieść, w której wiele jest bólu, nostalgii, ale i nadziei. To opowieść o zaufaniu, które czasami budujemy bardzo długo, zwłaszcza kiedy punktem wyjściowym są poranione serca: kobiety z przeszłością i mężczyzny po przejściach. Powieść Krystyny Bartłomiejczyk to nie jest typowa historia miłosna, bowiem autorka zdaje się nie sprzyjać tym, którzy łakną uczucia. A jednak bardzo dobrze pokazuje, czym tak naprawdę jest relacja, która nieśmiało kiełkuje na niepewnym fundamencie. Że czasami trzeba coś poświęcić w imię wyższego dobra, czasem poświęcić siebie, a nawet… miłość, by mogła ona prawdziwie wzrastać, nawet na tak nieurodzajnym gruncie, nasączonym błędami i tajemnicami z przeszłości. To poruszająca, melancholijna opowieść o pamięci, rodzinie i prawdzie, która czasami niszczy. Historia, która z jednej strony koi, a z drugiej łamie serce. Jeśli szukasz niesztampowej powieści obyczajowej, której fabuła nie podąża utartą ścieżką, ale wręcz przeciwnie – zdaje się pokazywać, że mimo potknięć zawsze jest nadzieja, iż życie da nam kolejną szansę, to polecam „Dom na końcu drogi”.

.png)
Komentarze
Prześlij komentarz