"Cienie na połoninach" - Małgorzata Garkowska

Nie miała wątpliwości, że mogła na niego liczyć, i na każdym kroku pokazywał, jak bardzo był jej oddany. Dlatego nie chciała go krzywdzić, a robiła to, myśląc o innym.
I wojna światowa nie tylko wywraca porządek świata, ale również komplikuje losy dwóch przyjaciół, którzy wprost ze studiów na lwowskiej politechnice trafiają do wojska.
Jeden z nich, Andrzej Bukowski, zostaje
ranny w pobliżu majątku położonego w cieniu bieszczadzkich połonin. Tam
jego serce zabije mocniej nie tylko na widok sielskich krajobrazów, ale
również dzięki Emilii. Panna Roszkowska odwzajemnia uczucie, jednak los
szykuje dla tej pary nieoczekiwane komplikacje, z których oskarżenie o
dezercję okaże się tą najłagodniejszą.
Drugi z kompanów, Bogdan
Poradowski, zakochuje się w Annie, siostrze Andrzeja. Dziewczyna próbuje
walczyć z własną nieśmiałością, która podpowiada jej, że przystojny
kawalerzysta nie oprze się powabowi innych kobiet. Tymczasem ich
znajomość okazuje się pełna czułości i wzajemnego wsparcia, tak ważnych w
chwilach, gdy wszystko wokół się zmienia... Jakie konsekwencje
spowoduje pewien list, który nigdy nie trafił do adresata? Czy w świecie
naznaczonym widmem śmierci można zachować siłę na realizację marzeń? Co
przyniesie wojna mieszkańcom krakowskich kamienic i podkarpackich wsi?
W
miejscu, gdzie wiatr śpiewa dawnymi głosami, a połoniny kryją coś
więcej niż tylko mgłę, rozgrywa się wielopokoleniowa opowieść, w której
każda łza niesie echo minionych dni, a każde wyznanie miłości przerywa
pełną tajemnic ciszę. W sercu Bieszczad rozgrywa się saga rodzinna
utkana z nici bojkowskich tradycji, wierzeń i codzienności, która
pachnie wypiekanym w chyży chlebem i rozbrzmiewa dźwiękiem cerkiewnych
dzwonów.

Bieszczady - miejsce, w którym cisza ma swój własny rytm, a połoniny zdają się oddychać otulającym je wiatrem. Wędrując ich falującymi grzbietami, człowiek czuje, jak codzienność powoli ustępuje miejsca zachwytowi nad prostotą natury. To wyjątkowy zakątek Polski, którego bogata kultura i tradycja wciąż intrygują, dając możliwość poznania opowieści o ludziach, którzy żyli tu na styku różnych światów. Bieszczady uczą uważności, szacunku do historii i pokory wobec przyrody, która nieustannie przypomina, jak niewiele potrzeba, by poczuć się naprawdę wolnym.
Ależ to się dobrze czytało! To była jedna z tych literackich podróży, z których nie chce się wracać. Klimatyczna opowieść przesiąknięta lokalnym kolorytem, cichym głosem Mykajłowej snującej bajkę, ale także historia o ludzkich losach, namiętnościach, marzeniach i stracie, która jest nieodłączną częścią życia. Tak jak miłość, która, choć bywa burzliwa, czasem wystawiona na próbę, może stać się najcenniejszym podarunkiem od świata.
Małgorzata Garkowska przenosi nas w czasie do Krakowa, ale przede wszystkim w Bieszczady początku XX wieku, dając okazję, by poznać ten region oczami ludzki, którzy weń zamieszkują. Tych, którzy się tam osadzili jakiś czas temu i tych, którzy niczym drzewa zapuścili korzenie za dziada pradziada i są całym sercem oddani swojej małej ojczyźnie. Lekkie pióro autorki odmalowuje krajobrazy, których widok zapiera dech w piersiach. Tutaj czujemy niemal każdy zapach, słyszymy dźwięki codzienności, krzątaninę w kuchni, ale i krzyk rozpaczy czy śmiech radości, kiedy bohaterowie doświadczają szczęścia. Tutaj strzelający w kominku ogień daje poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli za oknem sroga zima przykryła śniegiem połoniny - strażników tajemnic. W tej książce ożywa świat z minionych lat, dzięki czemu możemy poczuć tę wyjątkową atmosferę okraszoną lokalnym kolorytem i tradycjami.
Autorka splata ludzkie losy z wydarzeniami historycznymi, sprawiając, że powieść nabiera realizmu, a całość jest niezwykle emocjonalną i autentyczną opowieścią, którą czytelnik śledzi z wypiekami na twarzy. Nawet jeśli jej rytm nie wyznaczają odgłosy walk, ale bicie serc, które zapałały do siebie wielką miłością. Bo nie sposób nie podkreślić, że powieść Małgorzaty Garkowiskiej to także, a może przede wszystkim, historia uczucia, które musiało stawić czoła niejednej życiowej zawierusze. Ogrom emocji, jakie autorka przelała na papier, sprawia, że nie sposób nie zaangażować się w losy jej postaci. A te są pełnokrwiste, pełne namiętności, a bywa i podatne na wpływ porywczych zachowań, bardzo szybko stają się nam bliskie. Wspólnie z nimi przeżywamy ból straty, kolejne potknięcia, konieczność zmierzenia się z determinującą ich codzienność historią, ale i z własnymi demonami, które próbują przegonić hen na cztery bieszczadzkie wiatry.

Podsumowując:
Małgorzata Garkowska ponownie mnie zachwyciła. Fakt, że ta pozornie niespieszna fabuła naszpikowana jest emocjami, sprawił, że lekturę jej książki przeżywałam z wypiekami na twarzy. Że przewracałam kolejne strony, czasem z niepokojem, czasami z ekscytacją, by dowiedzieć się więcej na temat tego, co autorka zgotowała swoim bohaterom. Nie sposób nie wspomnieć tutaj o nienachalnym, ale niezwykle drobiazgowo odmalowanym tle historycznym, ale również o lokalnym kolorycie, który może nie jest wyeksponowany na pierwszym planie, ale stanowi idealne, niezwykle barwne uzupełnienie całej fabuły i sprawia, że wchodząc w wykreowany przez autorkę świat, niemal czujemy w powietrzu tę wyjątkową atmosferę. To ona powoduje, że mamy ochotę rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady, by móc chłonąć ich piękno namacalnie, poczuć tamtejszy klimat i jeszcze dogłębniej poznać kulturę, tradycję i historię. "Cienie na połoninach" to piękne zaproszenie i początek sagi, na której kolejny tom czekam z utęsknieniem!
Komentarze
Prześlij komentarz